Biuletyn Miejski

Biuletyn Miejski

Oskarżony Suwart

- Panie Janie, strzelał pan do UB, czy nie strzelał? - zapytali go w 1981 roku aktorzy podczas próby sztuki Oskarżony Czerwiec 1956. Długi czas zwlekał z odpowiedzią, w końcu odparł: - Proszę państwa, a czy można było nie strzelać?

Jan Suwart w 1956 r., fot. archiwum IPN
Jan Suwart w 1956 r., fot. archiwum IPN

Czwartek 28 czerwca 1956 roku. Wczesne godziny poranne. Jan Suwart, 22-letni kierowca Poznańskiej Bazy Remontowej Terenowego Przemysłu Materiałów Budowlanych, wraca z kursu do Pniew. Przy wjeździe do Poznania widzi zbierających się poznaniaków. Ludzie niosą hasła: "Chcemy chleba", "Chcemy religii", "Chcemy Boga, wolnych wyborów".

"Najbardziej doskonała władza"

Wraz ze wzburzonym tłumem Suwart idzie na ul. Kochanowskiego, pod gmach Wojewódzkiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Publicznego. Kilka lat wcześniej zachodził tam, by odwiedzić ojca w pracy. Teraz widzi, jak z budynku lecą w stronę demonstrantów kule. Padają zabici i ranni.

" (...) Ja byłem w domu wychowywany w duchu internacjonalizmu, bo mój ojciec był starym komunistą. I zawsze mi wpajano, że to jest władza wybrana przez lud, ta najbardziej doskonała władza. I raptownie, na moich oczach, ta władza strzela do własnego narodu. To było coś strasznego!" - relacjonował Suwart w rozmowie z Polskim Radiem w 1981 roku.

W 1956 r. nie stoi bezczynnie. Wraz z kolegą uruchamiają samochód z garaży UB i jadą do zdobytego przez poznaniaków więzienia po broń. Przywożą ją samochodem pod szpital na ul. Poznańskiej. " (...) I tam kto podchodził, broń zabierał, dostawał amunicję i szedł do walki" - opowiadał Suwart.

Wśród ostrzeliwujących siedzibę bezpieki poznaniaków jest i Jan Suwart. Strzela do gmachu UB z poddasza willi przy ul. Poznańskiej 49. Gdy po południu pierścień oblegających gmach UB rozrywają czołgi, a władza krwawo pacyfikuje miasto. Demonstranci są wyłapywani, aresztowani i katowani przez UB i milicję. Wśród nich jest także Jan Suwart.

We wrześniu 1956 roku staje wraz z 21 oskarżonymi przed Sądem Wojewódzkim w Poznaniu. Zarzuty: "udzielenie pomocy do gwałtownego zamachu na gmach i funkcjonariuszy UB" oraz nielegalne posiadanie broni. Grozi za to kara śmierci.

Syn komunisty na ławie oskarżonych

Na sali rozpraw zeznań syna słucha Adam Suwart, działacz przedwojennego ruchu komunistycznego w Poznaniu, współtwórca Komunistycznej Partii Polski. Po wojnie organizował PPR w Poznaniu, wywłaszczał właścicieli ziemskich w powiecie wągrowieckim, a potem pracował w kontrwywiadzie i wydziale ekonomicznym poznańskiego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.

Według historyków nie miał nic wspólnego z pionem śledczym - odpowiadał za infiltrowanie zakładów pracy pod kątem złodziejstwa czy sabotażu. Ideowiec, nie korzystał z profitów ludzi władzy. Mieszkał z liczną rodziną w skromnym mieszkaniu w kamienicy przy Poznańskiej.

Dzieci rewolucji

"W rodzinie Suwartów skumulował się niemal ostatni wiek naszej historii" - uważał zmarły niedawno prof. Jan Sandorski, wybitny prawnik z Uniwersytetu Adama Mickiewicza, specjalista w sprawie procesów z 1956 roku.

Ojciec Jana przechodzi koleje losu charakterystyczne dla czasów stalinowskich. W styczniu 1952 roku zostaje aresztowany i oskarżony o to, że w latach 1927-36 był rzekomo agentem policji w KPP (śledczy nie znaleźli żadnych dowodów). Oprawcy z UB torturami wymuszają na nim zeznania. Proces jest wyreżyserowaną pokazówką ze zmistyfikowanymi dowodami. W październiku 1953 roku Adam Suwart dostaje cztery lata więzienia. Obciążające go zeznania składa m.in. żona, oszukana przez ubeków (jej mąż miał dzięki temu wcześniej wyjść z więzienia). Matka Jana w wyniku śledztwa przechodzi kryzys, trafia do szpitala psychiatrycznego w Gnieźnie, gdzie wkrótce umiera. Gdy Adam Suwart wychodzi na wolność w 1954 roku, jest wrakiem człowieka, przechodzi na rentę inwalidzką. Zrehabilitowany zostanie dopiero w 1957 roku.

Płacz niszczy oskarżenie

Proces "dziewięciu" - w tym Jana Suwarta - rozpoczyna się 27 września 1956 roku. Oskarżonym zarzuca się udział w zbrojnym ataku na gmach UB, a także "przyczynienie się" do śmierci Romka Strzałkowskiego, zastrzelonego przez UB 13-letniego chłopca. Ten zarzut szybko jednak upada.

Suwarta bronią dwaj wybitni adwokaci: Michał Grzegorzewicz i Gerard Kujanek. Prokuratura stara się wykazać, że Suwart i inni oskarżeni to chuligani, złodzieje i pospolici przestępcy. Przywołuje wyrok skazujący ojca Suwarta na więzienie, a także fakt, że w 1953 roku 19-letni wówczas Jan Suwart został skazany na 3,5 roku więzienia z dekretu o wzmożonej ochronie własności społecznej (odsiedział dwa lata). Zdesperowany Jan Suwart włamał się do sklepu spożywczego, bo pod nieobecność uwięzionego ojca jego rodzina cierpiała głód.

W odpowiedzi Suwart mówi o bezprawnym uwięzieniu ojca, o tragedii rodziny, o chorobie psychicznej matki: "Znikąd nie dostaliśmy żadnej pomocy. Partia się od nas odsunęła. Starsza siostra, mężatka, została z partii wykluczona. Bratu też odebrano legitymację partyjną. Został nawet zdjęty ze stanowiska. Kiedy moja matka chodziła do Caritasu przy kościele po zupę z dzbankiem, czy sąd sobie wyobraża, jak się czułem?!" - W tym momencie Suwart zaczyna płakać. - "Wszyscy na mnie i na moją matkę wskazywali palcami! Za co? Za to, że mój ojciec walczył za sanacji, był więziony po obozach i teraz... Czy moja rodzina na to zasłużyła?!".

Dramatyczne wystąpienie młodego Suwarta zauważają wszystkie światowe gazety - m.in. "Le Monde" i "Times". Pod ciężarem tragicznych losów rodziny Suwartów załamuje się linia oskarżenia. 12 października 1956 roku sąd uniewinnia Jana z braku dowodów.

Pierwszy po dygnitarzach

Adam Suwart zmarł 2 stycznia 1964 roku. Pochowano go z pompą w Alei Zasłużonych na cmentarzu junikowskim w Poznaniu. Nad jego mogiłą odegrano Międzynarodówkę.

Jego syn Jan Suwart nie poszedł w ślady ojca. W latach 1980-1981 był przewodniczącym Solidarności w poznańskiej Spółdzielni Odzieżowo-Futrzarskiej "Moda", gdzie pracował jako kierowca.

W stanie wojennym wraz z Janem Sandorskim organizował akcję pomocy rodzinom internowanych działaczy "S". Woził paczki przygotowywane w parafii św. Wojciecha. Musiał odejść ze spółdzielni, przez dwa lata nie mógł znaleźć nowej pracy. Zatrudniany dorywczo, stale inwigilowany, przeszedł dwa zawały serca. Doczekał ledwie początku nowych czasów. Zmarł 7 listopada 1989 roku na trzeci zawał. Do końca życia był prześladowany przez Służbę Bezpieczeństwa, która w 1956 roku w swych tajnych aktach nazwała go "bandytą politycznym".

Pochowano go - jak ojca - w Alei Zasłużonych na poznańskim Junikowie; jako pierwszego działacza "S" w miejscu zarezerwowanym wcześniej dla dygnitarzy PRL.

Od czerwca 2017 roku upamiętnia go skwer jego imienia przy moście św. Rocha. W 2019 roku przypada 85. rocznica jego urodzin (11 kwietnia) i 30. - śmierci (7 listopada).

Piotr Bojarski

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019