ROZMOWA ZE STEFANEM STULIGROSZEM

Sto lat plus VAT!

Stefan Stuligrosz z córkami, Fot. Archiwum rodzinne

Stefan Stuligrosz z córkami, Fot. Archiwum rodzinne

rozmowa ze Stefanem Stuligroszem, twórcą Poznańskich Słowików,
znakomitym dyrygentem i kompozytorem

Od bardzo wielu lat zadajemy i Panu, i sobie, wciąż to samo pytanie: w czym tkwi tajemnica niesłychanej energii, która nadal - choć do setki brakuje zaledwie dziesięciu lat! - pozwala Panu komponować, kierować chórem, koncertować i to również daleko od Poznania, podejmować wiele społecznych działań i na dodatek jeszcze pisać?
Nie czuję ciężaru lat, choć niełatwo mi się już poruszać. Ale przyzwyczaiłem się już do tego i nie stanowi to dla mnie problemu. Zawsze lubiłem pracę i miałem szczęście znajdować w moim otoczeniu od samego początku ludzi życzliwych i kochających: rodziców, babcię Franciszkę ze Starołęki, żonę, córki, nauczycieli,?kolegów, przyjaciół. Stworzyłem sobie nawet, a może tylko powtórzyłem - teorię o promieniowaniu, która bardzo dobrze się sprawdziła w odniesieniu do moich chórzystów. Oni dawali mi swoją energię, radość, świeżość, a ja im moją pasję, życzliwość, wielką satysfakcję z uprawiania muzyki i doświadczenie.
Od czego zaczyna Pan dzień?
Od pacierza. Tak było zawsze. Polecam Bogu wszystkie moje zajęcia, bliskich i przyjaciół, także tych nieżyjących. Budzik dzwoni o 7, a jeśli obudzę się wcześniej, cieszę się, bo wydłuża się w ten sposób mój dzień pracy. Sporo czasu zajmuje mi gimnastyka, ale wykonuję ją konsekwentnie i bez cienia sprzeciwu, bo wiem, że rehabilitacja jest konieczna. Potem oczywiście śniadanie. Lubię proste jedzenie, np. zupę mleczną, ale nigdy nie odmawiam sobie prawdziwej, pachnącej kawy. I o dziwo, w żaden sposób nie koliduje to z lekami, które zażywam. Widocznie organizm wie, co mi służy, i akceptuje moje wybory. Kiedyś - szczerze przyznaję, bardzo lubiłem też papierosy.
Nigdy bym Pana o to nie podejrzewała...
Paliłem w okresie mojej intensywnej pracy w Akademii Muzycznej. Oprócz dydaktyki, były jeszcze przez wiele lat obowiązki rektorskie i wydawało mi się, że papierosy przyspieszają i ułatwiają mi pracę. Pewnego dnia rzuciłem jednak te papierosiska i nie tylko nie ucierpiało tempo mojej pracy, ale i niewątpliwie wyszło mi to na zdrowie.
Pokój pracy jak u prawdziwego profesora: książki, szafy pełne nut, organy, wiele zdjęć, kwiatów, ale też komórka, telefon, komputer...
Nie boję się nowości. Zresztą już od dawna nie wyobrażam sobie bez nich normalnego dnia. I chociaż ułatwiają mi życie, to gdybym chciał zrealizować tylko moje muzyczne plany, musiałbym prosić Boga o drugie dziewięćdziesiąt lat! Te nuty, które gromadzę, muszą przecież ożyć. Kiedy biorę nuty do ręki, zawsze zastanawiam się, ile błysku geniuszu, pomocy Ducha Świętego, talentu, ale i pracy kosztował twórcę każdy utwór. Żeby jednak zabrzmiał prawdziwie, możliwie najwierniej, tak jak chciałby tego kompozytor, musi być bardzo dokładnie zanalizowany przez dyrygenta i chór. Liczą się tu nie tylko umiejętności, ale i wrażliwość, i serce. Jan Paweł II, do którego słów często wracam, podkreślał, że istnieje ścisły związek między Stwórcą, twórcą i odtwórcą. Rdzeń "twórca" obecny jest jednak we wszystkich tych wyrazach.
Trudno zliczyć wszystkie Pana koncerty, podróże artystyczne, godziny pracy z chórem... m.in. o tym pisze Pan w swoich wspomnieniach Piórkiem Słowika. Do dwóch znanych nam już tomów, Wydawnictwo Media Rodzina dołączyło nową część Pana wspomnień, w której opisane są przeżycia z czasu stanu wojennego i uroczystości w Watykanie. Zrobił nam Pan prezent na swoje urodziny.
Śpiewaliśmy wielokrotnie dla Ojca Świętego. Szczególnym wyróżnieniem były dla nas uroczystości z okazji beatyfikacji i potem kanonizacji siostry Faustyny Kowalskiej. A jeśli chodzi o grudzień 1981 roku, to zastał nas na trasie koncertowej w Szwajcarii i w Niemczech. Nie przerwaliśmy zaplanowanych występów, bo w żaden sposób nie wypłacilibyśmy się z nałożonych na skutek tego kar, ale było i smutno, i bardzo nerwowo. Najważniejsze jednak, że nie daliśmy poznać publiczności, w jak trudnej jesteśmy sytuacji. Śpiewaliśmy może jeszcze lepiej niż zwykle. Bardzo trudna była też podróż, ale kiedy znaleźliśmy się wreszcie we Frankfurcie nad Odrą, spotkała nas niespodzianka. Dzięki przemyślnym działaniom poznańskich przyjaciół, przyjechał po nas specjalny pociąg! A potem były najmilsze spotkania z bliskimi i dzielenie się paczkami, którymi obdarowano nas za granicą, gdy dowiedziano się o sytuacji w Polsce. Przyjeżdżając wtedy do Polski, zadałem też kłam plotkom, że chcę zostać na Zachodzie.
W tym miejscu muszę się przyznać do jednej mojej niechlubnej cechy. Jeśli w dziedzinie muzyki jestem bardzo skrupulatny, to z gromadzeniem recenzji, opinii, wrażeń, jest już, niestety, znacznie gorzej. Jestem po prostu zwykłym bałaganiarzem! Na szczęście obdarzył mnie Pan Bóg łaską dobrej pamięci. Z trudem, bo z trudem, ale skompletowałem te wspomnienia. Namówił mnie zresztą do tego red. Wojciech Nentwig, dziś dyrektor Filharmonii Poznańskiej. Z samym pisaniem nie było już większych problemów, bo tak jak lubię opowiadać, lubię również pisać.
Jak zapowiada się jubileusz? Urodził się Pan w samo święto Matki Boskiej Częstochowskiej, 26 sierpnia 1920 roku.
Za wszystkie dni życia będę dziękował Bogu na Jasnej Górze. Ojcowie paulini już nie mogą się nas doczekać. A jeszcze wcześniej, bo 10?sierpnia pojedziemy do Hajnówki, gdzie siostry klaryski wybudowały nowy klasztor i będziemy śpiewać podczas konsekracji kościoła.
A w Poznaniu uroczystości rozpoczęły się już w czerwcu, oczywiście koncertem w filharmonii.
Jak wiem od przyjaciół, ciąg dalszy nastąpi jesienią, ale nie dopytuję o szczegóły, bo lubię niespodzianki.
Często myślę teraz o minionych latach: o rodzinie, zauroczeniu muzyką, nauce w szkole (prymusem w Marii Magdalenie nie byłem!) i u świetnego kupca Franciszka Woźniaka, potem o moich znakomitych nauczycielkach podczas okupacji...
Prof. Marii Trąmpczyńskiej, Gertrudzie Konatkowskiej...
Kochana pani Gertruda pozwoliła mi nawet nazywać się matulą i była przez wiele lat serdecznie związana z moją rodziną. Według moich pedagogów mogłem być dobrym solistą - widzieli mnie, np. w partiach bohaterskich tenorów w operach Wagnera, jako dyrygenta w operze (Bierdiajew), ale ja zdecydowałem się na pracę w chórze. I uważam, że to było i jest moje najprawdziwsze powołanie. Cieszę się, że mogłem przez tyle lat wprowadzać moich śpiewaków w świat muzyki. Uczyć przyjaźni i odpowiedzialności za swoje postępowanie. Nieraz wyrzucam sobie surowość, z jaką ich traktowałem, ale przecież zawsze chciałem ich dobra. Byłem dla nich najpierw druhem, potem ojcem, no a teraz jestem dziadkiem! Niektórzy moi chłopcy poświęcili się muzyce - Andrzej Tatarski, Jarosław Bręk, inni osiągnęli sukcesy w innych dziedzinach, jak Jerzy Smorawiński czy Krzysztof Linke. Jestem z nich dumny, cieszę się, że pamiętają o mnie i że śpiewają mi Sto lat plus VAT!
Rozmawiała Grażyna Wrońska

Stefan Stuligrosz z rodziną, Fot. Archiwum rodzinn e

Stefan Stuligrosz z rodziną, Fot. Archiwum rodzinn e