171839 2021-10-26 11:08:08 Happysad - jeden z najważniejszych zespołów na polskiej scenie alternatywnego rocka - obchodzi w tym roku dwudziestolecie swojej działalności. I to z wielkim hukiem. Po niedawnych premierach: płyty Odrzutowce i kowery i książki Zanim pójdę. Długa droga zespołu Happysad, chłopaki ze Skarżyska-Kamiennej, znani choćby z takich kultowych przebojów jak Zanim pójdę, Taką wodą być czy W piwnicy u dziadka, ruszają w wielką trasę koncertową po całej Polsce. Jednym z przystanków będzie poznańska Tama.

]]>
Happysad to zespół, którego albo się kocha albo nienawidzi. Kochać go można za wrażliwość, bo załoga Jakuba Kawalca gra alt-rocka w naprawdę czuły i uroczy sposób. Nienawidzić, bo cała ta słodycz gitarowych brzmień, idąca w parze z pastelowymi tekstami o "pluszowych misiach", często zahacza o banał i infantylizm, które dla wielu mogą być barierą nie do przeskoczenia. Bez względu na to, do której grupy moglibyśmy się zaliczyć, trzeba przyznać, że twórczość Happysad - zwłaszcza za sprawą takich płyt jak debiutanckie Wszystko jedno (2004) czy Mów mi dobrze (2009) - wywarła na polskiego rocka naprawdę realny wpływ. Czy tego chcemy czy nie, po dwudziestu latach trudno nie ustawiać ich w jednym rzędzie z Myslovitz czy Comą.

W tym roku panowie obchodzą okrągły jubileusz, co okazało się być dla nich okazją nie tylko do zorganizowania serii koncertów w ramach okolicznościowej trasy koncertowej i wydania nowego albumu, ale również wyjątkowej książki. Wydana w połowie października biografia Zanim pójdę. Długa droga zespołu Happysad autorstwa Żanety Gotowalskiej to kompletne, aż 350-stronicowe kompendium wiedzy na temat zespołu, który - jak słusznie zauważa dziennikarka - od lat nie tylko jest jedną z najczęściej koncertujących grup w Polsce, ale i tą, która wciąż może pochwalić się najliczniejszą publicznością, i to nie tylko pod sceną, ale i na YouTube.

O tym, że mimo upływu lat i tak niesprzyjających dla rocka wiatrów panowie wciąż trzymają pion, przekonuje również ich najnowszy album, którego premiera odbyła się pod koniec tegorocznych wakacji. Odrzutowce i kowery to zestaw 14 piosenek, które zdaniem muzyków najlepiej podsumowują ich dotychczasową działalność, jednak zamiast wypuszczenia standardowego Greatest Hits, kapela zdecydowała się na coś bardziej nietuzinkowego - dwuczęściowy zestaw składający się z nigdy niepublikowanych wcześniej utworów, które choć nie trafiły na płyty studyjne, to mogłyby z całą pewnością, a także auto-coverów, w których wielkie hity Happysad nabierają zupełnie nowych, czasem nawet ciekawszych kolorów.

Warto dodać, że przed poznańskim koncertem w ramach jubileuszowej trasy Happysad w roli supportu zagra braniewski zespół The Cassino. To fakt godny odnotowania, bo nie dość, że duet perkusisty Piotra Dawidka i gitarzysty Huberta Wiśniewskiego to "emocjonalna muzyka gitarowa" wcale niełatwa do zaszufladkowania, w której panowie śmiało hulają między blues, funk i indie rockiem, to na dodatek świetnie sprawdzi się w roli sycącej przystawki przed daniem głównym, które już w najbliższy piątkowy wieczór z pewnością zadowoli każdego fana Happysad. W tym roku mogą oni czuć się naprawdę rozpieszczeni.

Sebastian Gabryel

  • koncert Happysad
  • 29.10, g. 19
  • Tama
  • bilety: 75 i 85 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2021-10-26 17:44:06 308335 <![CDATA[Happysad, fot. Maciej Lachowicz]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171839,308335,show2.jpg 308336 <![CDATA[Happysad, fot. Karol Kacperski]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171839,308336,show2.jpg 308334 <![CDATA[Happysad, okładka płyty "Odrzutowce i kowery", wyd. Mystic Production 2021, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171839,308334,show2.jpg 308337 <![CDATA[Fot. materiały organizatora]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171839,308337,show2.jpg
171786 2021-10-25 13:06:45 Requiem Wolfganga Amadeusza Mozarta to jeden z najbardziej rozpoznawalnych i budzących emocje utworów kompozytora. Towarzyszą mu też tajemnice, teorie spiskowe i legendy przesłaniające prawdziwą historię utworu. Tymczasem Requiem to niezwykłe dzieło o bardzo zwyczajnych początkach.

]]>
O Mozarcie myślimy jako o natchnionym geniuszu, przewodniku boskiej muzyki, kompozytorze, z którego palców najwspanialsze muzyczne pomysły spływały same. Ten obraz podkreśla wszechobecna narracja na jego temat sięgająca już XIX wieku - za przykład niech posłuży rzekomy list kompozytora opublikowany w 1815 roku, powszechnie uznany za fałszerstwo. "Fałszywy" Mozart opisuje w nim jak nowe pomysły spływają na niego podczas podróży, spacerów, bezsennych nocy, a rozwijanie muzycznych motywów rozpala jego duszę. Ten mit Mozarta to pokłosie romantyzmu i postrzegania artystów jako natchnionych mistrzów o specjalnym statusie społecznym, dzielących się swoją sztuką z ludzkością. Prawda jest jednak bardziej prozaiczna.

W XVIII-wiecznym Wiedniu komponowano by zarobić na chleb. Tak samo pracował Mozart. Wiemy, że kompozytor borykał się z permanentnymi problemami finansowymi i każda lekcja, koncert czy zamówienie na utwór było - nomen omen - na wagę złota. Faktycznie, jego muzyka wyróżnia się na tle twórczości innych ówczesnych mu kompozytorów i możemy śmiało określać go jako geniusza, lecz warunki jego pracy były zdecydowanie mniej romantyczne niż to sobie dziś wyobrażamy.

Podobnie zmitologizowane jest samo Requiem. Zostało zamówione jesienią 1791 roku, powstawało w ostatnich tygodniach życia kompozytora i nie zostało przez niego ukończone. Samo zamówienie, wraz z zaliczką, wręczył Mozartowi tajemniczy posłaniec. Wokół tych okoliczności narosło wiele nieprawdziwych teorii, a najbardziej znaną z nich jest spopularyzowana przez film Amadeusz ta, wedle której zamówienie złożył opętany nienawiścią i zazdrością wobec bardziej zdolnego kolegi Antonio Salieri. Także ten mit można obalić, a rzeczywistość okazuje się mniej rozpalająca emocje - mszę żałobną zamówił Franz Graf von Walsegg-Stuppach chcąc uczcić pamięć swojej zmarłej żony. Posłużył się posłańcem by zachować dyskrecję i anonimowość.

Mozart przystąpił do pracy, którą przerwała niespodziewana choroba zakończona śmiercią 5 grudnia 1791. Owdowiała Konstancja Mozart zwróciła się do uczniów zmarłego męża z prośbą o ukończenie Requiem, żeby mogła otrzymać jakże potrzebne wynagrodzenie. Poszczególne fragmenty dokańczali Freystädler, Eybler, Stadler i wreszcie Franz Xavier Süssmayr. Historycy muzyki domyślają się, że ten ostatni korzystał z pracy poprzedników, którzy porzucili ją w nieznanych nam okolicznościach, lecz to sobie przypisał główne zasługi w wykończeniu partytury. Całej prawdy nie poznamy zapewne nigdy, wiemy jednak, że całkowicie spod ręki  Mozarta wyszła jedynie część Requiem eternam, a pozostałe powstały w szkicach, nieukończonych fragmentach lub jedynie w głosach wokalnych.

Poza fenomenem kulturowym Requiem jest przede wszystkim poruszającym dziełem o sprawach ostatecznych, ale też o wynikającej z wiary w zbawienie nadziei. 29 i 30 października wykona je Teatr Wielki w Poznaniu w kościele ojców Karmelitów na Wzgórzu św. Wojciecha. Przed nadchodzącym dniem Wszystkich Świętych będzie to okazja do zadumy i refleksji. Wśród solistów znajdą się Małgorzata Olejniczak-Worobiej, Magdalena Wilczyńska-Goś, Piotr Friebe i Damian Konieczek. Chór i orkiestrę Teatru poprowadzi Marco Guidarini.

Paweł Binek

  • Requiem Wolfganga Amadeusza Mozarta
  • 29 i 30.10, g. 20
  • Chór i Orkiestra Teatru Wielkiego, Marco Guidarini
  • Teatr Wielki / Kościół ojców Karmelitów na Wzgórzu św. Wojciecha
  • bilety: 30 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2021-10-26 11:33:52 308261 <![CDATA[Marco Guidarini - wykonanie "Requiem" Wolfganga Amadeusza Mozarta w kościele pw. Św. Andrzeja Apostoła w Komornikach, fot. Michał Leśkiewicz]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171786,308261,show2.jpg 308263 <![CDATA[Soliści: Małgorzata Olejniczak-Worobiej, Magdalena Wilczyńska-Goś, Piotr Friebe, Damian Konieczek - wykonanie "Requiem" Wolfganga Amadeusza Mozarta w kościele pw. Św. Andrzeja Apostoła w Komornikach, fot. Michał Leśkiewicz]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171786,308263,show2.jpg 308264 <![CDATA[Orkiestra Teatru Wielkiego i Marco Guidarini - wykonanie "Requiem" Wolfganga Amadeusza Mozarta w kościele pw. Św. Andrzeja Apostoła w Komornikach, fot. Michał Leśkiewicz]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171786,308264,show2.jpg 308265 <![CDATA[Chór, Orkiestra Teatru Wielkiego i Marco Guidarini - wykonanie "Requiem" Wolfganga Amadeusza Mozarta w kościele pw. Św. Andrzeja Apostoła w Komornikach, fot. Michał Leśkiewicz]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171786,308265,show2.jpg
171440 2021-10-18 12:51:33 Czy Strachy Na Lachy to wciąż jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich zespołów rockowych? Jak najbardziej. Czy w pełni zasłużenie? Już niekoniecznie. Jego najnowsza, dziewiąta płyta to kolejna próba wzniesienia się ponad juwenaliowe schematy. Próba odważna, ale czy udana? Niestety, muzyka elektroniczna załodze Grabaża pasuje jak pięść do oka.

]]>
Mówiąc o najsłabszych punktach w twórczości Strachów Na Lachy w ogóle, trudno nie użyć słowa "letniość". Nawet przy całym uwielbieniu dla ich największych, pełnych uroku przebojów, takich jak klasyczne już Piła tango, Dzień dobry, kocham cię czy Czarny chleb i czarna kawa, nie ulega wątpliwości, że jak na dyskografię opiewającą na dziewięć płyt, w niemal dwudziestoletniej już działalności grupy jednak powinno zadziać się nieco więcej aniżeli tylko kilka radiowych hitów z czasów pierwszych płyt i najbardziej udana (bo w całości), słusznie platynowa Dodekafonia - mądry, ska-rockowy album, który po ponad dziesięciu latach wciąż świetnie się broni. Czy za dekadę będzie można powiedzieć tak również o Piekle?

Z najnowszymi piosenkami Strachów Na Lachy problem polega na tym, że ich warstwa muzyczna uległa przedawnieniu już lata przed dniem ich premiery. Owszem, w Piekle potrafi zrobić się naprawdę gorąco, jednak trudno nie ulec nieznośnemu wrażeniu, że żar w nim roznieca przede wszystkim Grabaż, resztę chłopaków - Andrzeja "Kozaka" Kozakiewicza, Rafała "Kuzyna" Piotrowiaka, Longina "Lo" Bartkowiaka, Mariusza "Mańka" Nalepę i Łukasza Sokołowskiego - zostawiając daleko w tyle. Za co mogliśmy go kiedykolwiek cenić - za jedyną w swoim rodzaju wokalną ekspresję/manierę, zawsze bezbłędne, zostające w głowie, tak przecież niebanalne w swojej konstrukcji teksty czy niewątpliwą charyzmę - tu znów uwydatnia się z całą mocą.

Na tym albumie temperatura wzrasta, o ile Krzysztof Grabowski dochodzi do głosu. Kiedy uderza w rząd, jak w Stroicielu wiolonczel (W średniowieczu naród tkwi / Rządzi nimi siedmiowieczny ludzik / Tłum otoczył jego dom / Tłum ten tylko jedno ma marzenie / Wpierw pięć gwiazdek, potem trzy / Podmiot się nie zgadza z orzeczeniem), w alarmujące tony (Nad jeziorem głębokim cuchnie wyschnięte dno / Toksyczne obłoki, małże i ślimaki / Zawieje na pustynię, zostanie tylko plastik / Rzeka ścieków płynie, fenolowy zastrzyk), a czasem kiedy swoim głosem po prostu przydaje całości miłej, nienachalnej melodyjności, jak w bujających, retro-estradowych Sznurach aut, będących jednym z najmocniejszych punktów na płycie.

Można powiedzieć, że Strachy Na Lachy zawsze były przykładem zespołu, w którym liczy się przede wszystkim lider. Tyle że dotąd panowie polegali na mniej lub bardziej udanej mieszaninie alt-, pop- i punk- rocka z domieszką nieharcerskiej poezji śpiewanej - grali bezpiecznie, ale stabilnie. Teraz jednak postanowili poeksperymentować - i to śmiało, bo kto by pomyślał, że nagle zaczną bawić się w syntetyczny, elektryczny pop, wprawiający w zakłopotanie aurą syntezatorowego vintage, jak ma to miejsce choćby w Niebotycznym Niebowstąpieniu czy Sygnaliście. Zamysł może i mógłby być godny pochwały, wnoszący do twórczości Strachów realne novum, szkoda tylko, że w realizacji wypada płasko i zwyczajnie nieprzekonująco.

Za wpadki trudno nie mieć i kuriozalnych, bo hawajskich, a nawet trapowych (!) wstawek w Chciałbym, żeby czy singlowego Zachmurzonym w Tobie, w którym trance'owy lead pulsuje wzdłuż harmonijkowej melodyjki. Bez zbędnych złośliwości, powiedzieć trzeba, że muzycznie Piekło sili się na młodzieżowość z gracją słonia, jakością mając się nijak do wciąż świetnej roboty, jaką za wszystkich zdaje się tu wykonywać Grabowski, by Piekło nie było wybrukowane jedynie dobrymi chęciami reszty jego twórców.

Właściwie trudno wyczuć, czy to, co dziś postanowiły zaproponować nam Strachy to jakaś wyrachowana poza, mająca na celu przyciągnąć nowe grono słuchaczy, czy może efekt eksperymentów, na które panowie pokusili się z czystej ciekawości, a co - oby już z większym biglem i gustem - zamierzają kontynuować w przyszłości. Bez względu na intencje, cała ta elektroniczna powłoka spowijająca Piekło pokazuje, jak bardzo panowie nie nadążają za trendami, dlatego na "nowe oblicze" Strachów Na Lachy może i złapią się fanboye, którzy i tak sięgnęliby po płytę, ale o naprawdę świeżym narybku chyba mogą zapomnieć.

Sebastian Gabryel

  • Strachy Na Lachy
  • Piekło

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2021-10-22 15:36:05 308035 <![CDATA[Strachy Na Lachy, fot. Marcin Szymański]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171440,308035,show2.jpg 308034 <![CDATA[Strachy Na Lachy, "Piekło", fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171440,308034,show2.jpg 308036 <![CDATA[Grabaż, fot. Marcin Szymański]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171440,308036,show2.jpg 308037 <![CDATA[Grabaż, fot. Marcin Szymański]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171440,308037,show2.jpg
171439 2021-10-18 12:51:24 We wtorek 26 października w Pawilonie zagrają szwedzcy artyści - kolektyw BADA i Fågelle. Wierni miłośnicy prowadzonego przez Krystiana Piotra LAS-u bardzo długo musieli czekać na ten koncert.

]]>
Powody tej sytuacji są oczywiste w kontekście sytuacji na świecie. - Ten koncert pierwotnie był planowany wiosną 2020 roku. Oczywiście przez pandemię został kilka razy przełożony, aż w końcu, wszystko na to wskazuje, odbędzie się w tym miesiącu. To premierowy w Polsce występ nowego projektu Anny Von Hausswolff BADA. Rezygnuje w nim ze swojego ogromnego wokalnego talentu na rzecz bardziej demokratycznego udziału jako "jedynie" członek zespołu - tłumaczy Krystian Piotr.

Anna Von Hausswolff to urodzona w 1986 roku w Göteborgu muzyczka, kompozytorka i keyboardzistka, która sama pisze teksty swoich utworów. Tworzy od 2008 roku. Do tej pory wydała pięć solowych albumów - Singing From the Grave (2010), Ceremony (2012), The Miraculous (2015), Dead Magic (2018) i All Thoughts Fly (2020), oraz trzy EPki - Track of Time (2010), Källan (Prototype) (2014) i Källan (Betatype) (2016).

Obok Von Hausswolff, w Poznaniu posłuchamy także Hannesa Nilssona, Davida Sabela, Filipa Neymana i Gianluca Grasselli. - Anna koncertowała w niemal dokładnie tym samym składzie, kiedy grała pod swoim nazwiskiem. Było tak choćby na wspólnej trasie ze Swans, czego byłem świadkiem w Berlinie. Teraz zależy jej na pokazaniu tego, że wszyscy mają równy wkład w muzykę, którą tworzą jako BADA - zdradza Krystian Piotr. - Poza oczywistymi walorami muzycznymi do zaproszenia właśnie tego projektu przekonało mnie zdjęcie Anny Von Hausswolff sprzed kilku lat, oddające doskonale mi znany stan emocjonalny, oraz klip do utworu Deathbed autorstwa jej siostry Marii Von Hausswolff - dodaje.

Rozbiórka piosenek

Obok BADA w Poznaniu wystąpi Fågelle. To eksperymentująca artystka, w której muzyce melodie popowe podlegają dekonstrukcji poprzez noise i field recording. Artystka pisze swoje piosenki w taki sposób, że równie dobrze mogłaby je wykonywać trochę tak, jak utwory pop. Interesując się muzyką eksperymentalną i improwizowaną zwróciła uwagę na to, że te dwa światy - popu i awangardy - wzajemnie się jednak wykluczają. - Uważam, że w muzyce eksperymentalnej istnieje obawa przed zajmowaniem się formą piosenki - pomimo tego, że bardzo interesującą sprawą jest eksperymentowanie również i na tym polu. Podobnie jest z lękiem w muzyce pop w zajmowaniu się dźwiękiem. Stąd uważam, że jest to interesująca przestrzeń do ekslopracji - powiedziała w wywiadzie dla "Wolfgang Magazin" w 2019 roku.

W 2013 roku muzyczka zadebiutowała EP-ką Fågelle. - W moim domu rodzinnym w Halmstad, w kominie, znajdowało się ptasie gniazdo. W kuchni mogliśmy słyszeć pełne desperacji krzyki rosnących piskląt. Nagrywałam je. W pewnym momencie ucichły, a przez wentylację zaczęły spadać do naszej kuchni robaki. Wtedy zrozumiałam, że te pisklęta umarły. Trzeba było zorganizować usunięcie gniazda. Było to naprawdę okropne doświadczenie. Z tego zdarzenia zostały mi nagrania field recording. Wykorzystałam je na jednym z utworów pierwszej epki - wspomina artystka. Stąd też wziął się jej pseudonim artystyczny. Fågelle to połączenie szwedzkiego słowa fågel (ptak) i francuskiego słowa elle (ona).

Field recordingiem artystka zainteresowała się po tym, jak dowiedziała się, że Björk posiada bibliotekę dźwięków. - Pomyślałam, że to jest super i też bym chciała mieć coś takiego. Miałam wtedy bodajże piętnaście lat. Moja matka kupiła wtedy rejestrator H4 Zoom, a ja go "ukradłam" i zaczęłam na nim nagrywać różne rzeczy. Od tego czasu stale buduję swoją bibliotekę dźwięków - mówi.

Przy pracy nad nowym utworem zawsze zaczyna od pisania piosenek w tradycyjny sposób, korzystając z pianina bądź gitary. - Tak powstają piosenki "popowe" czy po prostu takie, jakie być powinny. To właśnie one zawsze są podstawą przy produkcji. Mając już takie solidne piosenki otrzymuje się wiele wolności w rozbieraniu ich na kawałki, dokonywaniu ich dysekcji i bawieniu się nimi. Właśnie takie liczne działania są podejmowane na etapie produkcji. Tak więc najpierw buduję szkielet, a potem dokonuję jego rozbiórki. Używam noise'u, nagrań terenowych, syntezatorów i wielu różnych rzeczy - tłumaczy Fågelle. Ten proces jest więc wyjściem od pewnych idei i koncepcji, by ostatecznie zbudować cały świat złożony z dźwięków, posiadający osobną specyfikę i życie.

Specyfika takiej pracy, opartej na maksymalizacji procesu produkcyjnego sprawia, że powstawanie albumu jest wyjątkowo rozciągnięte w czasie. - Dość szybko komponuję same piosenki. Można jednak powiedzieć, że ta część związana z aranżacją i produkcją również jest częścią komponowania. Podstawa piosenki powstaje zwykle w przeciągu kilku dni. Ale produkcja w moim przypadku może ciągnąć się bardzo długo, wręcz całymi latami. Zwykle przechodzi ona przez różne etapy. Najpierw jest pierwsza część produkcji, potem dodaję warstwę za warstwą. Niektóre z tych pierwszych prób i "szkiców" znajdują się w finalnej wersji, a inne odpadają po drodze. Uwielbiam budowanie właśnie takich gęstych produkcji, w których można "rzeźbić", "wycinając" w nich ostateczne piosenki - przyznaje.

Ostatnia płyta Fågelle, Helvetesdagar, ukazała się w lutym 2020 roku. - W stosunku do poprzedniego albumu jeszcze więcej pokładam wiary w rozwój poszczególnych części utworów. Mogą one przekształcać się w dość nieoczekiwany sposób. Lubię zachowywać pod tym względem otwartość. Pozwalam, by na etapie produkcji "rzeczy działy się same przez się" - miast wkładać sporo wysiłku tylko w jedną koncepcję. Myślę, że oględnie rzecz biorąc właśnie na tym polega eksperymentowanie - relacjonuje artystka.

Annę von Hausswolff Fågelle traktuje jako mentorkę, wzór do naśladowania. - Koncert w Poznaniu będzie pierwszym razem, gdy będę supportować Annę czy BADA. To moja przyjaciółka. Obie mieszkamy w Göteborgu, to znaczy ona tam mieszka, a ja podróżuję między Göteborgiem i Berlinem. Mamy wielu wspólnych znajomych i sporo nas łączy. Jest też dla mnie autorytetem - zaznacza artystka.

Marek S. Bochniarz

  • koncert BADA, Fågelle
  • 26.10, g. 20
  • Pawilon
  • bilety: 40-50 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2021-10-23 20:02:15 308125 <![CDATA[BADA, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171439,308125,show2.jpg 308126 <![CDATA[Anna Von Hausswolff, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171439,308126,show2.jpg 308127 <![CDATA[Fågelle, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171439,308127,show2.jpg 308128 <![CDATA[Okładka płyty "Fågelle", fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171439,308128,show2.jpg 308129 <![CDATA[Okładka ostatniej płyty Fågelle - "Helvetesdagar", fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171439,308129,show2.jpg 308130 <![CDATA[fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171439,308130,show2.jpg
171441 2021-10-18 12:51:46 Druga, kosmiczna i dźwiękolubna edycja Hiatus Festival dobiegła końca, a mi wciąż nie opadły po niej emocje. Stąd w stanie głębokiego poruszenia i skrajnej wręcz ekscytacji ledwo daję radę napisać tę relację.

]]>
Czy pamiętacie jeszcze te silne uczcia, które towarzyszyły otwarciu Sali Wielkiej Centrum Kultury Zamek pod koniec 2012 roku? Panowało wówczas przekonanie, że choćby ze względu na świetny system nagłaśniający będzie się w niej odbywać bardzo wiele interesujących wydarzeń muzycznych. Po wyjątkowym występie múm, eksperymentalnej grupy islandzkiej, trudno mi było opanować podekscytowanie tym, co miały przynieść nadchodzące miesiące i lata. "A więc to już, wreszcie, finalnie - Poznań będzie miał świetne miejsce dla muzyki!" Jednak kolejne lata pokazały, że CK Zamek nie potrafiło wykorzystać całego potencjału tej przestrzeni. W międzyczasie Sala Wielka zaczęła się trochę kojarzyć jako "sala galowa", lubiana przez lokalne festiwale duża przestrzeń na przedpremiery oczekiwanych hitów art-filmu polskiej dystrybucji, czy scena na przedstawienia teatralne. Na samym końcu listy było to miejsce prezentacji trochę skromnego i dość zachowawczego programu muzycznego, sytuującego się przede wszystkim w ciasnych granicach klasyki i jazzu. Inna muzyka pojawiała się dość sporadycznie, np. w czasie trwania Enea Spring Break Festival.

A co z awangardą? Ostatnie lata tę nieznośną i zabawną (jeśli ktoś ma specyficzne poczucie humoru) sytuację trochę przełamaly. Myśliwy (Dariusz Franek) zaczął się pojawiać w Zamku z programem muzyki eksperymentalnej, międzygatunkowej i sztuką performensu, który jest "festiwalowym", spotkaniowym elementem jego autorskiego i osobnego projektu wydawniczego Uroruro Manufucktura (w Zamku odbyła się w 2018 roku U R O p i ę (ś) ć, a w 2020 Uro siódma pieczeń). A rok ubiegły przyniósł nam także Hiatus Festival, czyli wydarzenie skupione przede wszystkim na muzyce elektronicznej i awangardowej. Wówczas jeszcze ze względu na obostrzenia pandemiczne festiwal odbywał się do pustej Sali Wielkiej i był transmitowany w Radiu Afera. A jednak się udało i zaskoczyło!

Nigdy dotąd nie zdecydowałem się uczestniczyć w festiwalu muzycznym biorąc udział we wszystkich organizowanych w jego ramach wydarzeniach. Na Enea Spring Break Festival było to po prostu niemożliwe, bo sporo występów odbywało się przed pandemią równolegle, w tym samym czasie. Poza tym - jak na to festiwalu showcase'owym - publiczność płynnie zmieniała miejsca, podchodząc bardzo swobodnie do półgodzinnych ram występów, łapiąc po parę czy kilkanaście minut tu czy tam. Mi tacy nieuważni widzowie szybko zaczęli działać na nerwy i znielubiłem tę imprezę w poczuciu, że jej publiczność tym luźnym stosunkiem do muzyki trochę w zasadzie lekceważy artystów i nie szanuje samej siebie.

Na Hiatus Festival trafiła zupełnie inna widownia, która w stanie absolutnej wręcz uwagi słuchała z namaszczeniem wszystkich występów. Powodem jest pewnie sam charakter prezentowanej na festiwalu muzyki. Z jednej strony wymaga ona skupienia. Z drugiej jest sama w sobie niezwykle absorbująca i sprawia, że popada się - w zależności od charakteru artysty i preferowanej przez niego twórczości - w miły stan otępienia i odrętwienia, zatapia się we wszechwładzy agresywnego, despotycznego i nie biorącego jeńców dźwięku, bądź popada w ekscytację. Poza tym - jak ujął to Davide Manuli w Legendzie Kaspara Hausera - w świeckim świecie zaludnionym przez rosnącą rzeszę ateistów mszę zastąpił set didżejski - sytuacja, w której muzyk na scenie staje się kapłanem nowej, postsekularnej liturgii. A wierni widzowie mogą się ponieść i poddać jej ekstatycznym falom.

Festiwal otworzył koncert zespołu Seti Setters mającego proweniencje jazzowe i prowadzącego poszukiwania w sferze free impro. Justyn Małodobry na kontrabasie i Kuba Płużek na fortepianie to ta bardziej jazzowa część tria, które przełamuje jednak Dawid Dąbrowski na syntezatorze modularnym. Wydaje mi się, że ich występ jako rozpoczynający festiwal był doskonałym wprowadzeniem publiczność w muzykę eksperymentującą. Wieczór zamknął mocny, mroczny, emocjonalnie ciemny, pogmatwany i "idealnie depresyjny" koncert Rashada Beckera, którego twórcy umieścili w programie jako gwiazdę wydarzenia. Muszę przyznać, że po jego absorbującym występie byłem w stanie zrozumieć ich podziw dla artysty. - To miejsce [Sala Wielka CK Zamek] jest fantastyczne. Granie w Polsce jest dla mnie niezwykle satysfakcjonujące przeżycie. Jeśli mam być szczery, to naprawdę uważam, że polska publiczność jest najbardziej wykształcona i szczera w Europie. Kocham tu grać. To miejsce ma rzecz jasna bardzo silną aurę, a dźwięk brzmi w niej doskonale. Cała organizacja wydarzenia była świetna i było to dla mnie bardzo dobre doświadczenie - przyznał artysta.

W Poznaniu Becker zaprezentował live set, który ma charakter konceptualnego albumu muzycznego. - Nazywa się Krieg, co po niemiecku oznacza wojnę. Niekoniecznie jednak odnosi się do wojen prowadzonych między narodami. Chodzi raczej o niemożność odczuwania spokoju na tym świecie. O to, że nie da się znaleźć w takim miejscu, którego rzeczywistość pozwoliłaby nam w ogóle pracować nad tym, by osiągnąć wewnętrzny spokój czy uzyskać świadomość, że robi się coś, co ma jakikolwiek pozytywny wpływ na życie ludzi i ich los. Mam tu na myśli szczególnie kontekst społeczny. Ludzie za pomocą muzyki i przy jej wsparciu mogą przezwyciężyć swoje życie. Ja sam jestem niezwykle uprzywilejowany. W Krieg odnoszę się do historycznej tradycji partyzantki miejskiej i ludzi, którzy znajdują się w stanie permanentnej wojny z powszechnym systemem globalnym, a te antagonizmy są wyrażane na wielu różnych poziomach - wyjaśniał Becker.

Mnie jednak o wiele bardziej zachwycił duet LXMP. Może dlatego, że na pamięć znam już materiał z ich ostatniego, zwariowanego, zabawkowego i kipiącego od energii albumu Żony w pracy. W czasie wywiadu Macio Moretti mówił mi zresztą kpiarsko, że zagrają wszystkie hity, które... znam tylko ja. Na samym początku występu wraz z Piotrem Zabrodzkim poprosili publiczność o to, aby swoje przeniosła krzesełka i usiadła nieco bliżej. Wkrótce mogliśmy zrozumieć, dlaczego tego chcieli. Otóż panowie zarażają swoją niewyczerpalną miłością do muzyki, olbrzymią radością z grania. Dzielą się swoją ekscytacją, uniesieniem, wprawiając widownię w tak pozytywny nastrój, jakby ta była nastolatkami płynącymi w morzu endrofin. Publiczność została pochwycona w grząskie piaski dekonstrukcyjnych, połamanych utworów, w których przejawiają się anarchistyczne i pełne poczucia humoru osobowości twórcze obu artystów. Moretti i Zabrodzki korzystają ze starych, trochę zużytych wizualnie sprzętów, a ja mam wrażenie, że ich koncerty poniekąd cofają widza w przeszłość w tym sensie, że z materiałem Żony w pracy może on w wyobraźni powrócić do najlepszych chwil ze swojego życia. Dzieje się tak za pomocą tej przedziwnej i trudnej do opisania ekstazy i nerwowości, przeżywanych przy odsłuchu i występie.

Festiwal zamknął wbijający w krzesełko występ Jung An Tagen z wizualizacjami Rainera Kohlbergera. To było doświadczenie z pogranicza pięknego i strasznego. Skrajny charakter dźwięku w elektronicznej muzyce austriackiego artysty był doskonale połączony z abstrakcyjnymi obrazami - hipnotyzującymi, brutalnymi, a miejscami prawie że niemożliwymi do zniesienia. Przypomniałem sobie przy tej okazji filmy eksperymentalne Pau Sharitsa z migoczącymi, stroboskopowymi efektami przy stosowaniu jednokolorowych plansz o czystych kolorach. Kohlberger, podobnie jak amerykański mistrz, zdaje się chcieć zupełnie zdominować widza i nim wstrząsnąć.

Organizatorzy przyznają, że prezentują po prostu tych artystów, których występy sami chcieliby zobaczyć na żywo. Brzmi to może trochę egoistycznie, ale w praktyce okazało się - przynajmniej w tym wypadku - słuszne i racjonalne. Zasada kierowania się własnym gustem zadziałała w przypadku obu edycji bardzo dobrze. Jako że mam sporą obsesję na punkcie elektroniki i "dźwięków z kosmosu", ciągle poszukując w tym polu nowych twórców i albumów, potrafiłem docenić wybory Dawida Dąbrowskiego i Huberta Karmińskiego, uznając je jako wręcz oczywiste. Mam na myśli to, że ściągają oni do Poznania artystów, których koncertów tu faktycznie brakuje, choć są związani z wydawcami ważnymi, rozpoznawalnymi i popularnymi. To taka sytuacja, gdy organizator zapewnia nam dostęp do czegoś, o czym podświadomie marzyliśmy zakładając, że się to nigdy nie zrealizuje, a jeśli już zechcemy posłuchać naszych ulubionych artystów, trzeba będzie pojechać gdzieś w Polskę, bądź odwiedzić Niemcy czy Czechy. Oceniając program drugiej edycji festiwalu uznałem, sam bym pewnie nie dokonał lepszych wyborów. Stąd Hiatus Festival zapisuję w głowie w podstawowych planach kulturalnych na rok 2022. Wszyscy miłośnicy muzyki poszukującej, eksperymentującej - ale wcale nie trudnej i nieprzyjemnej - powinni zrobić podobnie i nie ominąć tego wydarzenia w Zamku przy kolejnej okazji "nadganiania i łapania elektro".

Marek S. Bochniarz

  • Hiatus Festival 2021
  • CK Zamek
  • 16-17.10

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2021-10-20 20:02:28 307697 <![CDATA[Hiatus Festival, fot. Kuba Gołąb]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171441,307697,show2.jpg 307696 <![CDATA[Hiatus Festival, fot. Kuba Gołąb]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171441,307696,show2.jpg 307698 <![CDATA[Hiatus Festival, fot. Kuba Gołąb]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171441,307698,show2.jpg 307699 <![CDATA[Hiatus Festival, fot. Kuba Gołąb]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171441,307699,show2.jpg 307700 <![CDATA[Hiatus Festival, fot. Kuba Gołąb]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171441,307700,show2.jpg 307701 <![CDATA[Hiatus Festival, fot. Kuba Gołąb]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171441,307701,show2.jpg 307702 <![CDATA[Hiatus Festival, fot. Kuba Gołąb]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171441,307702,show2.jpg 307703 <![CDATA[Hiatus Festival, fot. Kuba Gołąb]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171441,307703,show2.jpg 307704 <![CDATA[Hiatus Festival, fot. Kuba Gołąb]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171441,307704,show2.jpg
171436 2021-10-18 12:50:55 Teatr Ósmego Dnia przygotował program obchodów 45. rocznicy powstania Komitetu Obrony Robotników pod hasłem Kobiety demokratycznej opozycji 1976-2021. W jego ramach zostanie w czwartek otwarta wystawa Niepokorne 1976-1989 i zaprezentowany spektakl Teczki. Z kolei w piątek i sobotę odbędą się panele dyskusyjne. Ostatni panel, Kobiety białoruskiej opozycji, zamknie w sobotę koncert polsko-białoruski Nasty Niakrasavej i Jacka Kleyffa*, który mówi: - Obecna sytuacja społeczno-polityczna nie tyle kołem się toczy, co sinusoidą czy po okrągłej sprężynie.

]]>
Jako doszło do tego, że zaczął Pan występować z artystką białoruską Nastą Niakrasavą?

Podyktowało to samo życie. Nasta od czternastu lat mieszka w Polsce. Była front woman projektu R.U.T.A., odnogi Kapeli ze Wsi Warszawa. Śpiewali pieśni sprzed trzystu lat, skierowane przeciwko panu i plebanowi. Był to duży zespół, który jeździł po całym kraju. Bardzo ostro, punkowo w tym projekcie wrzeszczała, więc nie wiedziałem jeszcze wtedy, że ma tak piękny głos. Jakieś siedem-osiem lat temu nasze ścieżki skrzyżowały się na festiwalu w Gorajcu koło Biłgoraja. Nasta przyszła śpiewać refreny i wystąpiła z nami na scenie. Jeszcze nie mogliśmy wtedy połączyć naszych dróg artystycznych, bo działała w zespole R.U.T.A. Powiedzieliśmy jednak sobie, że może uda się to zrobić w przyszłości.

Po dwóch latach spotkaliśmy się na imprezie rozdania Nagród Newsweeka im. Teresy Torańskiej. Nasta powiedziała wtedy, że projekt R.U.T.A. został zawieszony, już nie występują i jest wolna. Od razu uznaliśmy, że zaczynamy współpracę. Od tego czasu jeździmy razem tam, gdzie tylko się da. Jeżeli zapraszają mnie samego i nie ma warunków materialnych na cały mój pięcioosobowy zespół, to jadę wtedy z Nastą. W naszym wspólnym projekcie ona gra na cymbałach i akordeonie do moich piosenek, a także śpiewa chóry. Do repertuaru włączyliśmy również - szczególnie ze względu na ostatnią, bieżącą sytuację - pieśni białoruskie, które wykonuje Nasta. Bardzo dobrze się nam razem współpracuje.

Jakie utwory wykonuje Pan w czasie takiego koncertu?

Wykonuję wszystkie piosenki, które mam. Śpiewam repertuar, który cały czas narasta od roku 1970. Ze starych utworów wybieram te, które pasują do bieżącej sytuacji, w tym mojej i egzystencjalnej. Nowe są jeszcze bardziej z tym związane.

Czy mógłby Pan powiedzieć więcej o tych nowych piosenkach?

Do mnie piosenki przychodzą. Nie siadam i nie piszę codziennie przez trzy godziny, aby potem coś z tego odłowić. Jedną z moich ostatnich pieśni Piotr S. ułożyłem, gdy podpalił się Piotr Szczęsny. Jest też nowszy, satyryczny utwór o tytule Banan, który opisuje ścieżkę banana z Afryki do Polski. Kiedyś zresztą działałem w teatrze satyrycznym Salon Niezależnych. To zarówno śmieszna, jak i straszna piosenka, bo opisuje syndrom półkolonializmu, który Polska uprawia w postaci wysysania z Afryki tego, co najlepsze - tak, jak każdy inny europejski kraj - płacąc za to grosze.

Czy w repertuarze mają Państwo również utwory odnoszące się bezpośrednio do obecnej sytuacji na granicy polsko-białoruskiej, czy unikają Państwo takiej jednoznaczności?

Nie unikamy. Nie przyszedł do mnie jeszcze żaden tekst, który byłby na konkretnie ten temat. Cały mój repertuar był zawsze bardzo społeczny, więc dawne piosenki pasują też do tego, co się teraz dzieje. Jeżeli przyjdzie do mnie tekst na ten temat, to obiecuję panu, że przepuszczę go przez długopis i zrobię do niego muzykę.

Na pewno będziemy jednak do tego nawiązywać w konferansjerce. Nasta śpiewa też w czasie koncertu białoruskie pieśni, do których ma bardzo antyłukaszenkowskie komentarze. Bardzo przeżywa to, co obecnie dzieje się na Białorusi, bo zamykają i torturują jej przyjaciół i znajomych. Śpiewamy też Mury po białorusku.

Mówi Pan, że Pana starsze piosenki pasują do obecnej sytuacji. Czy ma Pan przez to poczucie, że w Polsce i regionie doszło do powtórki z dawnych lat?

To skojarzenie samo się nasuwa. Niektórzy mówią, że sytuacja sprzed trzech dni [rozmowa odbyła się 9 października] jest klasyczna dla Rejtana. To ten pierwszy, bardzo zdecydowany krok poza Unię Europejską - czyli związek, który w jakikolwiek sposób chroni nas przed Rosją. Jesteśmy tym bardzo poruszeni i na pewno w najbliższą niedzielę stawimy się na demonstracji, ale pojawimy się tam oczywiście anonimowo.

Powiedziałbym, że sytuacja nie tyle jednak kołem się toczy, co sinusoidą czy po okrągłej sprężynie. Jest tak, jakby człowiek spoglądał w dół i widział poprzednie piętro, stan zbliżony do tego co sprzed lat, a dotyczący podobnego syndromu. Oczywiście nasuwają się porównania z PRL-em. To, co się dzieje, jest dość drapieżne i nie pozostawia żadnych wątpliwości.

Rozmawiał Marek S. Bochniarz

*Jacek Kleyff - wolny twórca piosenek i obrazów oraz - jak sam o sobie mówi - rzemieślnik precyzji słowa w danym wzruszającym momencie życia i tworzenia muzyki. W latach 1971-1976 współtworzył z Januszem Weissem i Michałem Tarkowskim teatrzyk Salon Niezależnych (3 Trójzęby Neptuna na Famach, Złota Szpilka Opole'72). Współzałożyciel Orkiestry Na Zdrowie (ONZ), która wygrała pierwszy Przystanek Woodstock Jerzego Owsiaka w 1995 roku w Czymanowie nad jeziorem żarnowieckim i z którą to występuje od ponad trzydziestu lat do dziś dnia. W 2012 roku nakładem wydawnictwa Czarne ukazała się książka będąca zapisem wywiadu-rzeki z Jackiem Kleyffem pt. Rozmowa. W jego życiorysie poza działalnością w ONZ znalazło się miejsce na współpracę z Komitetem Obrony Robotników (1976-80), skończenie studiów architektonicznych, prace wysokościowe, filmowe i teatralne epizody aktorskie, studiowanie systemów filozoficznych Dalekiego Wschodu i malarstwo. Największą jego miłością zawsze jednak było - i nadal jest - wszczepianie tekstów własnych w muzykę, czyli tworzenie piosenek.

  • koncert polsko-białoruski Jacka Kleyffa i Nasty Niakrasavej
  • 23.11, g. 20
  • Teatr Ósmego Dnia
  • bilety: 10 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2021-10-20 14:48:01 307689 <![CDATA[Jacek Kleyff, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171436,307689,show2.jpg 307691 <![CDATA[Nasta Niakrasava, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171436,307691,show2.jpg
171435 2021-10-18 12:50:46 Żywa legenda, jazzowy wizjoner i jeden z największych szaleńców wibrafonu na Czarnym Lądzie. Mulatu Astatke to ktoś znacznie więcej niż tylko prekursor ethio-jazzu. To jeden z tych muzyków, którzy udowodniają, że muzyczne tradycje Afryki i amerykański jazz mogą łączyć się bez jakichkolwiek ustępstw czy kompromisów. Jak to działa w praktyce? O tym przekonamy się w klubie Tama.

]]>
"Wszyscy wiedzą, że etiopski jazz to jedyny rodzaj muzyki, jakiego warto słuchać w dzisiejszych czasach" - zdaje się, że słowa, jakie padają w jednej ze scen kultowego już Wielkiego piękna Paola Sorrentino już nieraz poniosły się szerokim echem w dyskursie na temat współczesnego jazzu. Nie bez powodu. Bo choć ethio-jazz zawsze cieszył się zainteresowaniem o wiele mniejszym niż zdecydowanie bardziej pojemny, choć podobny w nazewnictwie ethno-jazz (co jest zupełnie logiczne, mając na uwadze jego lokalność), to obcując z nim trudno natrafić na jakąś muzyczną minę. Stąd też o ethio-jazzie niemal tyle samo rozprawia się w kontekście jego unikalnego smaku i charakteru, jak i fenomenu, który nie powinien ujść uwadze żadnemu miłośnikowi muzyki jazzowej.

Nie będzie przesadą powiedzieć, że ethio-jazzu praktycznie nie byłoby, gdyby nie Mulatu Astatke - jego prawdziwy prekursor, mistrz, ale i niestrudzony popularyzator. To właśnie on jako pierwszy, z wrodzoną pewnością i wdziękiem najwytrawniejszego wibrafonisty, pokazał o co tak naprawdę w nim chodzi, ale i co tak bardzo odróżnia go od wszystkiego, co na rozległej mapie jazzu dotąd mogliśmy znaleźć. Sięgając do samych korzeni kultury muzycznej swojego kraju, który z wyjątkiem krótkiego okresu pod włoską okupacją w latach 1936-1941, przez całe trzysta lat cieszył się niepodległością, tamtejszym muzykom dającą niczym nieskrępowaną wolność, zderzył je z amerykańskim jazzem. I wtedy zadziały się cuda.

Można mówić o Astatke jako znamienitym kompozytorze, wirtuozie wibrafonu i multiinstrumentaliście, któremu nie obce żadne perkusyjne, klawiszowe czy strunowe instrumenty, ale to tylko biograficzna notka. Znacznie lepiej podkreślić, że to właśnie jego twórczość pokazała nie tylko w jak śmiały sposób gra się w Etiopii jazz, ale że ethio-jazz to paradoks nie do przeoczenia - "dobrze znane novum", jak określił to jeden z dziennikarzy "New York Times" i przedziwny, choć pełny harmonii paradoks. Nagle okazało się, że etiopska taneczność i jedyny w swoim rodzaju groove pasuje jak ulał do wszystkiego, do czego już dawno zdążyli przyzwyczaić nas Amerykanie - Gary Burton, Milt Jackson, Bobby Hutcherson i ich kolejni następcy. I że to naprawdę działa.

Co ciekawe, działa znacznie bardziej niż w przypadku większości nawet najśmielszych prób podejmowanych na polu amerykańskiego jazzu w innych regionach Czarnego Lądu, co nieraz zostało już podkreślone przez czołowych krytyków jazzowych, a co najdobitniej pokazują choćby takie płyty Etiopczyka jak Vol. 4: Ethio Jazz & Musique Instrumentale z cyklu Éthiopiques z 1998 roku czy ostatnia, wydana przed ośmioma laty Sketches of Ethiopia. 78-letni już Mulatu Astatke to żywa legenda, bez której scena world music nie tylko byłaby inna, ale zwyczajnie uboższa. Jeśli coś jeszcze może nas na niej zaskoczyć, to właśnie jego muzyka.

Sebastian Gabryel

  • koncert Mulatu Astatke
  • 23.10, g. 19
  • Tama
  • bilety: 109 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2021-10-20 11:52:34 307617 <![CDATA[Mulatu Astatke materiały prasowe 3]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171435,307617,show2.jpg 307615 <![CDATA[Mulatu Astatke, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171435,307615,show2.jpg 307616 <![CDATA[Mulatu Astatke materiały prasowe 3]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171435,307616,show2.jpg 307618 <![CDATA[Mulatu Astatke materiały prasowe 3]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171435,307618,show2.jpg 307619 <![CDATA[Mulatu Astatke materiały prasowe 3]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171435,307619,show2.jpg
171236 2021-10-13 15:52:54 - Muzyka elektroniczna jest dobra dla wszystkich. Nie można z góry oceniać, że jest przeznaczona tylko dla wybranych ludzi. My nie patrzymy na kategorie wiekowe czy upodobania - mówi Dawid Dąbrowski. - Próbujemy zapełnić w Poznaniu dotąd jeszcze niewypełnione miejsce - dodaje Hubert Karmiński. 2. edycja Hiatus Festival odbędzie się w dniach 16-17 października w Centrum Kultury Zamek.

]]>
Dawid Dąbrowski i Hubert Karmiński zainaugurowali rok temu Hiatus Festival z myślą, że w innych miastach Polski istnieją już festiwale skierowane przede wszystkim do odbiorców muzyki elektronicznej czy awangardowej, a w Poznaniu wciąż brakuje takiego wydarzenia. - Jest to muzyka być może trochę bardziej wymagająca, często improwizowana, a przy tym eksperymentalna i trochę wyzywająca. Stąd pewnie nie trafi w gust każdego odbiorcy. Udział w naszych koncertach zakłada, że publiczność skupia się przede wszystkim na samej muzyce, niż do niej tańczy, czy traktuje ją jako tło do konsumpcji. Chodzi o wkręcenie się w tej dziwne dźwięki, które nasi artyści produkują - wyjaśnia Hubert Karmiński. - Zależy nam jednak na tym, aby zebrać szerokie grono słuchaczy, zarówno osoby młodsze, jak i starsze - dodaje Dawid Dąbrowski.

Od początku organizatorom zależało, aby festiwal miał międzynarodowy charakter oraz na zapraszaniu do Poznania artystów zagranicznych. - Jednak w sytuacji pandemii uznaliśmy, że wolimy wesprzeć polskich artystów, a nie na siłę próbować ściągać kogoś spoza kraju. Zwłaszcza w sytuacji, gdy było bardzo możliwe, że ostatecznie koncert nie doszedłby do skutku - przyznaje Karmiński.

Dla tych, co mają otwarte uszy

Organizatorzy ułożyli program tak, że każdego dnia prezentują jednego artystę zajmującego się elektroniczną muzyką awangardową oraz jeden zespół, związany ze sceną niezależną, improwizowaną, bądź elektroniczną.

Festiwal otworzy 16 października o godz. 20.00 występ Seti Setters. Zespół, zajmujący się muzyką swobodnie improwizowaną tworzą Dawid Dąbrowski (syntezator modularny), Justyn Małodobry (bas) i Kuba Płużek (piano). - Aktualnie dużo koncertują - niedawno wystąpili na festiwalu Jazz Juniors. Mam wrażenie, że za każdym razem ten zespół występuje trochę inaczej. Dlatego nie należy się spodziewać, że usłyszymy dokładnie to, co znamy z nagrań dostępnych w internecie - zapowiada  Hubert Karmiński.

O godz. 21 zagra gwiazda tegorocznej edycji - Rashad Becker, którego organizatorzy próbowali ściągnąć do Poznania już rok temu. Muzyk póki co wydał dwa albumy - Traditional Music Of Notional Species - Vol. I (2013) i Vol. II (2016). - Gdy pierwszy raz usłyszałem tego artystę, to zrobił na mnie bardzo duże wrażenie. Zachwyciło mnie, w jaki sposób kreuje on sekwencje brzmieniowe, barwy, z jak wielką dbałością podchodzi do dźwięku. Becker prowadzi własną wytwórnię masteringowo-płytową i dlatego jego albumy są też bardzo dobrze wyprodukowane. Usłyszenie Rashada Beckera na świetnym sound-systemie w Sali Wielkiej Zamku będzie na pewno czymś wyjątkowym! - zapewnia Dąbrowski. - Aktualnie studiuję muzykę elektroniczną w Danii, a Rashad Becker jest już na tyle kultowym artystą, że omawia się go nawet na historii muzyki jako jednego z pionierów nieoczywistych, elektronicznych brzmień - podkreśla Karmiński.

Niedzielę rozpocznie o godz. 20 występ LXMP, duetu założonego w 2009 roku przez Piotra Zabrodzkiego i Macia Morettiego. - Nie planowaliśmy zupełnie powstania LXMP. Jako koledzy z różnych zespołów nagle zaczęliśmy razem tworzyć. Wyszło, że jest nam to potrzebne do powyginania rzeczywistości w taką stronę, jaka wydaje nam się fajna - przyznaje Moretti.

W 2013 roku artyści wydali płytę coverową Back To The Future Shock - w związku z 30. rocznicą premiery albumu Herbiego Hancocka Future Shock. - Ten album powstał jako odprysk zaproszenia od Festiwalu Unsound, którego tematem przewodnim był wówczas właśnie Future Shock. My uznaliśmy, że nie będziemy się odnosić do słynnej książki Alvina Tofflera, tylko zaprezentujemy swoją interpretację całej płyty Hancocka. Oczywiście są na jej temat różne opinie, ale my odbieraliśmy ją jako raczej asłuchalną. Reprezentuje ona pułapki lat 80., czyli zabawy z nowoczesnymi technologiami, straszne dłużyzny i przeciąganie różnych fraz. Te rzeczy pewnie wtedy były odbierane jako ekscytujące. Można było na przykład posłuchać nowoczesnych automatów perkusyjnych czy "wspaniałych" cyfrowych pogłosów. Musieliśmy więc zrobić tak, aby mieć przyjemność z jej grania - relacjonuje Macio Moretti.

- Uwielbiam ten projekt. Ich ostatnie wydawnictwo to bardzo dowcipna płyta Żony w pracy z 2016 roku. Tytuł podsuwa następującą myśl: żony poszły do pracy, a chłopaki udały się do studia i nagrały swój album. Nie zapomnę nigdy koncertu w Toruniu w NRD, gdy LXMP grało bardzo połamany rytmicznie utwór, a na filmie z wydarzenia widać zbliżenie na but jednego z widzów, który próbował uderzać w rytm, ale cały czas był z niego wytrącany - wspomina Hubert Karmiński.

- Macio Moretti jest osobą tworzącą bardzo wiele zespołów. Zapewne wszyscy znają Mitch & Mitch. Mam wrażenie, że rzadko się zdarza, aby artyści związani z wytwórnią Lado ABC podróżowali do Poznania - dodaje Karmiński.

Festiwal zamknie o godz. 21 koncert Jung An Tagen. Pod tym pseudonimem kryje się austriacki muzyk i artysta wizualny Stefan Juster, współpracujący z Virtual Institute Vienna. - Miałem przyjemność go zaprosić dwa lata temu na Gadafest - festiwal, który organizuję pod Krakowem. Gdy grał na głównej scenie, to wydał ze swojego niewielkiego laptopa takie częstotliwości i sekwencje, że publiczność stanęła jak wryta. Juster jest związany z wytwórnią Editions Mego, która ma na koncie bardzo dużo interesujących albumów. Ten label warto znać. Stefan to człowiek o niezwykle ciekawym podejściu do dźwięku, który jest perfekcjonistą i bardzo powoli pracuje nad swoimi albumami, robiąc wszystko w swoim czasie - opowiada  Dąbrowski.

W Poznaniu Jung An Tagen wystąpi z Rainerem Kohlbergerem, który zaprezentuje wizualizacje przygotowane specjalnie do tego setu. To austriacki artysta wizualny i designer mieszkający w Berlinie. Jego prace oparte są na grafikach generowanych za pomocą algorytmów. Z ich pomocą Kohlberger przygotowuje występy na żywo, instalacje, filmy i aplikacje na telefon.

Czy awangarda powinna mieć ograniczenia wiekowe?

Obok festiwalu "dla dorosłych" organizatorzy przygotowali w tym roku nowość i rzecz unikalną w skali Polski, czyli μHiatus - awangardowy festiwal dla najmłodszych. Potraktowali to jako swoisty eksperyment i są ciekawi tego, jak wypadnie i jak ich propozycja zostanie odebrana przez poznańską publiczność.

- Cały rok rozmawiamy o Hiatus Festival. Mamy dużo różnych projektów i ambitnych marzeń związanych z jego rozbudową. Od samego początku planowaliśmy organizować wydarzenia towarzyszące. Bo zależy nam na tym, aby festiwal nie był postrzegany tylko tak, że odbywa się raz do roku, ale by było także widać, że jest w nim również miejsce na wydarzenia cząstkowe , które pojawiają się jednorazowo - przypominając o jego istnieniu. Obok Hiatus Festival zdecydowaliśmy się w tym roku zorganizować dość odważną edycję dziecięcą. Nie wydaje mi się, aby było to zupełnie nowatorskie, choć z drugiej strony nie słyszałem o sytuacji, aby taką odważniejszą muzykę kierować do najmłodszego odbiorcy. Muszę też sprostować wyobrażenie o tym, że μHiatus jest festiwalem wyłącznie dla dzieci. To tak naprawdę festiwal przeznaczony dla rodzin. Zależało nam na tym, aby stworzyć komfortową sytuację, w której ani rodzice, ani dzieci nie poczują się w jakiś sposób wykluczeni - wyjaśnia Dąbrowski.

W trakcie dwóch dni festiwalu będzie można przyjść ze swoimi dziećmi na godzinne wydarzenia rozpoczynające się o 16:00, by wspólnie z najmłodszymi odkryć radość płynącą z ciekawej, poszukującej muzyki, która zaskakuje i potrafi zachwycić wrażliwego słuchacza. Obydwa spotkania otworzą występy Teatru Pomarańczowy Cylinder, łączącego muzykę i elementy spektaklu aktorskiego. W sobotę zagra Seti Setters, a w niedzielę LXMP.

- Robimy to wydarzenie z dbałością o bezpieczeństwo dzieci. Sam jestem rodzicem i doskonale rozumiem, że zdarzają się różne sytuacje. Na tym festiwalu nie będzie więc tak, że ktoś musi być "cicho". Dzieci nie będą zmuszone, by cały czas grzecznie i posłusznie siedzieć w czasie koncertów. Wiadomo z drugiej strony, że żaden z artystów nie będzie chciał, aby dziecko kopało mu nogą w bęben, ale nie będziemy też stosowali musztry, by stresować najmłodszych uczestników festiwalu. Dzieci muszą się przecież nauczyć normalnych relacji międzyludzkich - niech więc robią to również na naszej imprezie. Artyści przecież poradzą sobie i wyznaczą granice. Jestem też przekonany, że dzieci odnajdą się w takim środowisku - zapewnia Dąbrowski.

Organizatorzy traktują najmłodszych widzów jako pełnoprawnych uczestników wydarzeń kulturalnych, którzy od najmłodszych lat powinny otrzymywać możliwość dostępu do kultury ambitnej, wysokiej i skrajnej, czyli "niszowej" i bardzo wyrafinowanej. - Uważam, że w przedszkolach nie powinno się napompowywać najmłodszych disco polo i tego typu tandetnymi produkcjami. Mogą przecież równie dobrze słuchać muzyki współczesnej czy eksperymentalnej. Dlaczego w sumie mieliby być pozbawieni takiej możliwości? Przecież nie jest tak, że jest to dla nich z jakiegoś powodu kultura zakazana czy jakkolwiek niedostępna. Pomyślmy też o rodzicach tych dzieci, którzy często nie mają okazji być na takich eventach. My obie te grupy łączymy i serdecznie zapraszamy do wspólnych odwiedzin w Centrum Kultury Zamek - dodaje Dąbrowski.

Pod tym względem organizatorzy reprezentują niezwykle inspirujące, a przy tym na gruncie polskim bardzo nowatorskie podejście. Jednak z perspektywy edukacyjnej jest ono po prostu jedynie słuszne, a przy tym zwyczajnie racjonalne. Bo taktowanie dzieci z dużym szacunkiem i otwartością powinno być w Polsce wszechobecne. Bardzo chciałbym być właśnie takim dzieckiem, które przyjdzie z rodzicami na μHiatus, by od najmłodszych lat odkrywać świeżą i nowoczesną muzykę, prezentowaną przez twórców o podejściu tak egalitarnym i niezwykle demokratycznym. - Jest to swojego rodzaju eksperyment. Bardzo jesteśmy ciekawi, jak wypadnie - przyznaje Dąbrowski.

Marek S. Bochniarz

  • Hiatus Festival 
  • 16-17.10
  • CK Zamek
  • bilety: 30-50 zł
  • μHiatus - awangardowy festiwal dla najmłodszych
  • 16-17.10
  • CK Zamek
  • wstęp wolny po rejestracji na adres: info.hiatusfestival@gmail.com

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2021-10-13 16:03:43 306906 <![CDATA[Kadr z filmu "Moon blink", Rainer Kohlberger, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171236,306906,show2.jpg 306907 <![CDATA[Kadr z filmu "It has to lived once and dreamed twice", Rainer Kohlberger, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171236,306907,show2.jpg 306908 <![CDATA[Kadr z filmu "It has to lived once and dreamed twice", Rainer Kohlberger, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171236,306908,show2.jpg 306909 <![CDATA[Seti Seters, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171236,306909,show2.jpg 306910 <![CDATA[LXMP, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171236,306910,show2.jpg 306911 <![CDATA[Rashad Becker, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171236,306911,show2.jpg 306912 <![CDATA[Jung An Tagen, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171236,306912,show2.jpg
171151 2021-10-12 12:05:30 Jak daleko pada rock'n'roll od punk rocka? Będzie można się o tym przekonać pod sceną w Klubie u Bazyla, który zaprasza na wyjątkową konfrontację Dr Misio i The Analogs - dwóch rockowych sił, które choć sporo dzieli, to jeszcze więcej łączy.

]]>
Nie ma wątpliwości, że dziś Arkadiusz Jakubik to postać równie ważna dla polskiego filmu, co dla muzyki. Za sprawą niezapomnianych, dramatycznych kreacji aktorskich - choćby w Domu złym, Weselu czy Wołyniu Wojciecha Smarzowskiego - zgodnie i w pełni zasłużenie oceniany jest jako jeden z najbardziej charyzmatycznych aktorów ostatnich dwudziestu lat. Jakubik zawsze gra "z trzewi" - surowo, szczerze i bez retuszu. I tych samych zasad zdaje się trzymać nie tylko na filmowym planie, ale również na scenie, na której już od prawie dziesięciu lat występuje wraz ze swoim rock'n'rollowym zespołem Dr Misio, znanym choćby z takich piosenek jak Pogo, Mentolowe papierosy, Dziewczyny, Młodzi, Hipster czy Pismo.

Wydaje się, że czego Jakubik nie zagra u Smarzowskiego, zrobi to właśnie ze swoim zespołem, od początku współtworzonym z Pawłem Derentowiczem (gitara), Mariuszem Matyskiem (bas), Janem Prościńskim (perkusja) i Radkiem Kupisem (klawisze). Pokazują to nie tylko brudne, wręcz czarne jak smoła riffy, ale również - a może zwłaszcza - bezkompromisowe, uderzające prosto w serce teksty autorstwa Krzysztofa Wargi i Marcina Świetlickiego, za sprawą których cały ten rock'n'rollowy ciężar, jaki wyziera z każdego albumu Dr Misio (w tym najnowszego, wydanego w ubiegłym roku Strachu XXI wieku) to pretekst nie tylko do koncertowej jazdy bez trzymanki, ale i chwili zastanowienia z słuchawkami na uszach. Bo psychozy polskiego społeczeństwa to często psychozy nas samych. A Dr Misio stawia całkiem trafne diagnozy, nie wystawiając recept, a jedynie wskazując palcem na to, co boli.

W równie fascynującą i niemniej niebezpieczną podróż przez Polskę brudnych miast nie od dziś zabierają nas też chłopaki z The Analogs - punk rockowej, antyfaszystowskiej kapeli z ponad 25-letnim stażem, która dla pokolenia '89 z pewnością może być tym, czym dla dzieci Jarocina była Moskwa czy KSU. Wystarczy odpalić takie jej petardy, jak Pieśń aniołów, Era Techno czy Dzieciaki atakujące policję, by zrozumieć, że skandowanie "punk's not dead" to nie zawsze naiwne zaklinanie rzeczywistości. Kamil "Prosiak" Rosiak (wokal, gitara), Paweł "Piguła" Czekała (gitara), Przemysław "Benon" Kaczmarek (bas) i Kuba "Drummerboy" May (perkusja) to Czterech Punkowych Jeźdźców z ulicy - i to dosłownie, bo w końcu to właśnie oni cieszą się statusem prekursorów polskiej muzyki street punkowej, ściślej określanej jako oi!, będącej domeną sceny londyńskiej.

Na swoim najnowszym, tegorocznym albumie o wdzięcznym tytule ChWDP, opatrzonej chyba najbardziej kontrowersyjną okładką tego roku, "Analogsi" z siłą obucha rozprawiają się z mitami, jakie narosły wokół politycznych i ekonomicznych przemian, które dokonały się w Polsce na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. I podobnie jak Dr Misio, łypią na polski "mental" podbitym okiem sceptyka, grając z buntowniczą werwą, której tak często brakuje bandom o połowę młodszym od nich. Nic dziwnego, że teraz oba składy postanowiły połączyć siły i ręka w rękę zagrać swoje najgorętsze numery. O ich pierwotnej sile, w której chodzi o coś więcej niż bunt, przekonamy się już w najbliższy piątek.

Sebastian Gabryel

  • koncert Dr Misio + The Analogs
  • 15.10, g. 19.30
  • Klub u Bazyla
  • bilety: 55 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2021-10-12 12:05:30 306779 <![CDATA[Dr Misio, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171151,306779,show2.jpg 306780 <![CDATA[The Analogs, fot. Mariusz Dwójka/One Man Photo]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171151,306780,show2.jpg 306781 <![CDATA[Dr Misio, fot. M. Ostrowska]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171151,306781,show2.jpg 306782 <![CDATA[The Analogs, fot. Oldschool Rec]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171151,306782,show2.jpg 306783 <![CDATA[fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,171151,306783,show2.jpg
170733 2021-10-04 10:02:50 Leonardo da Vinci to najbardziej oczywisty przykład człowieka renesansu. Wybitny malarz, architekt, matematyk i muzyk, łączył w sobie renesansowe ideały człowieka wielostronnie wykształconego, można nawet określić uniwersalnego. Dla kwintetu Tomasza Chyły stał się jednoczesną inspiracją i wyzwaniem. Najnowsza płyta kwintetu - da Vinci - otwiera dla słuchaczy liczne możliwości snucia analogii i odniesień.

]]>
Tomasz Chyła Quintet to jedna z tych formacji młodego pokolenia polskiego jazzu, o której mówi się dobrze i głośno. Od kilku lat eksplorują oni muzykę improwizowaną w nieograniczony sposób, czerpiąc przy tym z różnych gatunków muzycznych. Ten trójmiejski zespół działa na jazzowej scenie od 2013 roku. Już trzy lata po swoim debiucie zostali laureatami Grand Prix Międzynarodowego Festiwalu Jazz Juniors, zaś w 2019 roku otrzymali nominację Akademii Fonograficznej do nagrody muzycznej Fryderyki 2019 w kategorii: Muzyka Jazzowa i nominację za Album Roku dla płyty Circlesongs. Po trzech płytach formacji: Eternal Entropy (2017), Circlesongs (2018), Tomasz Chyła Quintet live at Polish Radio 3. (2019) przyszedł czas na czwartą - da Vinci (2020).

Do udziału w projekcie da Vinci zaproszono zespół wokalny Art'n'Voices, którego członkiem jest Tomasz Chyła. Na płycie zespół zadebiutował w nowym składzie poza liderem i sekcją rytmiczną (Sławek Koryzno, Konrad Żołnierek) - nowymi postaciami kwintetu: laureatem Nagrody Muzycznej Fryderyk, trębaczem Emilem Miszkiem oraz gitarzystą Krzysztofem Hadrychem.

Nie bez przyczyny tytuł trzeciego studyjnego albumu kwintetu odnosi się wielkiego człowieka renesansu. Na płycie mamy bowiem do czynienia z połączeniem różnych technik wykonawczych i kompozytorskich. Fuzja muzyki jazzowej przeplata się tu z muzyką chóralną, narracją współczesnych kompozycji, elementami folku, rocka oraz tzw. contemporary music. Muzycy formacji lawirują gdzieś na pograniczu gatunków. Choć kolaż stylistyk z których czerpią inspiracje wydaje się być studnią bez dna, materiał do albumu da Vinci stanowi zwartą, wręcz holistyczną skomponowaną formę. Muzykom formacji zależało, by album na którym znalazły się różnorodne muzyczne koncepcje, przedstawiał działania wszechstronnego umysłu.

Bodźcem do powstania płyty była postać artysty - geniusza i legendy zafascynowanego człowiekiem i światem, ale też jego nieokiełznana i nieposkromiona ciekawość poparta nieustannym dążeniem do doskonałości. Z jednej strony ta wybitna postać stała się więc niebywałą inspiracją, z drugiej wyzwaniem. Choć, jak porównał to na jednym ze spotkań prasowych dziennikarz muzyczny Piotr Metz, działalność artystyczna Tomasza Chyły jest analogiczna do wszechstronności Leonarda da Vinci.

Muzycy z Tomasz Chyła Quintet nie raz dali poznać się jako reinterpretatorzy mainstreamowego jazzu, nadając mu pełen szlachetności, szczerości i romantyzmu charakter. W ich muzyce szczególną uwagę można zwrócić na otwartość form, lekkość wykonawczą i interpretacyjną świeżość. Czym jeszcze zaskoczą nas podczas najbliższego koncertu w CK Zamek? Przekonamy się już w sobotę.

Katarzyna Nowicka-Rynkiewicz

  • Tomasz Chyła Quintet, z cyklu JazzZamek #35
  • 9.10, g. 19
  • CK Zamek, Sala Wielka
  • bilety: 35 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2021-10-07 12:21:31 306224 <![CDATA[Tomasz Chyła Quintet, fot. Anna Maria Biniecka]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170733,306224,show2.jpg 306225 <![CDATA[Tomasz Chyła Quintet, fot. Katarzyna Kukiełka]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170733,306225,show2.jpg 306226 <![CDATA[Tomasz Chyła Quintet, fot. Maciej Moskwa]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170733,306226,show2.jpg
170727 2021-10-04 09:53:10 Dla laika Almost Famous to przede wszystkim przestrzeń nieskrępowanej wolności twórczej. Dla Bonsona - projekt, w ramach którego może wyżyć się na codzienności, zapewniając przy tym pokaz skilli. Trudno powiedzieć, czym właściwie jest AF dla Soulpete'a, jednak to właśnie jego wizja muzyczna sprawiła, że mamy do czynienia z jednym z najbardziej wyrazistych składów na polskiej scenie rapowej. W najbliższy piątek zespół zagra w Klubie u Bazyla. Koncert stanowi jeden z przystanków na trasie promującej AF2, drugi album zespołu, a pierwszy wydany nakładem Def Jam.

]]>
Zacznijmy może od przedstawienia naszych znamienitych gości. W pierwszej kolejności Marcin Karwacki, czyli Laikike1. Żywa (a po wygranej z nałogiem - żywa jak nigdy dotąd) legenda rapowego podziemia. Jego ksywa w pewnych kręgach bywa wymawiana z czcią, jego płyty - stawiane na ołtarzykach. I choć sporo w tym ironii, jeszcze więcej prawdy. Liczne wersy artysty nawet nie tyle przeniknęły do socjolektu fanów, co stały się czymś w rodzaju bon motów. Laik debiutował w wieku 25 lat materiałem Bybzi Bybzi EP (2006). Wychowała go ulica, "speed, proszek i deal nim" i bloki, które "ciągle łamią nogi". A z pewnością także, o czym mówi nieco rzadziej, studia filologicznie i więcej niż kilka przeczytanych książek, które wykształciły jego ponadprzeciętną wrażliwość językową. W następnych latach, poprzez gościnne występy u innych ważnych postaci rapowego podziemia, rozliczające scenę coroczne Level upy, a w końcu album Milczmen Screamdustry (2012) oraz wokalne położne na Goodlife Szopsa (2013), ugruntował swoją pozycję w panteonie największych gwiazd niezależnej sceny rapowej. Jeśli kiedykolwiek chcielibyśmy mówić o kategorii poetyckości w kontekście rapu, bez uwzględnienia twórczości Laika wywód pozostanie niekompletny. Mimo że to przez tę poetyckość właśnie Karwacki przez lata spotykał się z zarzutami grafomanii. W roku 2016 raper połączył siły z Bonsonem i Soulpete'em, tworząc formację Almost Famous. Cztery lata później światło dzienne ujrzał jego kolejny solowy krążek, Diamondlife, oparty na podkładach Szopsa.

Drugi z panów to Bonson, czyli Damian Kowalski. Debiutował wcześniej od Laika, bo w wieku 18 lat, Wspomnieniami z domu umarłych (2008). Przez parę lat po premierze Historii po pewnej historii (2011) płakała z nim cała nasto- i dwudziestoparoletnia Polska; każdy zawód miłosny skutkował kompulsywnym zapętlaniem Ich już nie ma czy Pana Śmiecia. Na długi czas przylgnęła do niego łatka smutnego rapera... jednak wolnego od pretensjonalności wielu kolegów (lub nie) po fachu, a więc ogólnie szanowanego. Sentymentalna natura twórcy od samego początku świetnie współgrała z werbalną agresją i ulicznym sznytem. Dzięki temu na kolejnych albumach rapera, m.in. O nas się nie martw (2014), Znany i lubiany (2016) czy Postanawia umrzeć (2018) mogliśmy usłyszeć Bonsona wyalienowanego (jednak z ulicą maszerującego w szeregach zwartych, a później także rodzinnego), szczerego do bólu, świetnego technicznie no i takiego, co to może dać w twarz, jakby co.

No i w końcu maestro, dzięki któremu mogło powstać AF, jeden z najoryginalniejszych pod względem estetycznym projektów w polskim hip-hopie. Soulpete, czyli Piotr Gędek, to postać, której słuchaczom rapu przedstawiać nie trzeba, bo zrobią to za nas charakterystyczne potężne bębny, idealnie dobrane sample i wszechobecny na bicie brud. Wszystkim pozostałym jednak przedstawić warto. Soulpete to m.in. autor cenionych producenckich perełek takich jak Soul Raw (2014), Raw (2015) czy Noir Fiction (2019). Na jego podkładach rapowali gracze tacy jak O.S.T.R., Te-Tris, Quebonafide, Erking, Smif N Wessun czy Oddisee. Z Laikiem współpracował z wcześniej przy Postaciach fikcyjnych (2018) czy w grupie Rap Addix (2012). Z Bonsonem zaś... szkoda czasu. Po prostu mnóstwo razy. Z mediami producent rozmawia niechętnie, ale trudno się temu dziwić, ponieważ o jego muzyce ciągle piszą to samo. No bo ile można o tym brudzie i mięsistych basach? I ja składam samokrytykę.

O ile warstwa muzyczna pierwszego albumu Almost Famous opierała się w całości na samplach z Black Keys, o tyle w tym przypadku możemy mówić o kompozycji bazującej w głównej mierze na gitarach i basach Jacka White'a czy Black Rebel Motorcycle Club. Scratchami ponownie ubarwia krążek Dj Eprom. "To Almost Famous, suko, krew na butach smród gorzały" - rapował parę lat temu, w singlu AF1, Bonson. Słowa te pozostały aktualne, bowiem kolejne wydawnictwo zespołu to znowu album przepełniony gniewem, niezgodą na panujące konwenanse, szeroko pojęte normy i bylejakość sceny. Wydaje się, że tym razem nieco ambitnej do projektu podszedł Laik, który - co mogliśmy usłyszeć na Diamondlife (2020) - coraz większą wagę przywiązuje do instrumentacji głoskowej i coraz częściej gdzieś się spieszy. Niekiedy można niestety odnieść wrażenie, że na podniesieniu wartości brzmieniowej ucierpiała wartość semantyczna, a raczej - jej przyswajalność. Niezmiennie atrakcyjne linijki są bowiem w wielu przypadkach o wiele trudniejsze do wyłapania, gdyż zakrywa je lawina (fonetycznych) środków stylistycznych i wszystkich innych wyrazów emocjonalnego zaangażowania artysty. Bonson natomiast odpala swój dobrze znany od dekady tryb "zblazowany i bezczelny". I choć może brakuje u niego nieco głębszej metaforyki (jaką uraczył nas np. w AF2 z pierwszej płyty) o tych wszystkich butelkach, prochach i pięściach słucha się z jakąś atawistyczną przyjemnością. Bo mimo że po raz setny, to w bardzo przystającym do tego wszystkiego entourage'u.

Dlaczego zatem warto wpaść w piątek do Bazyla? Po pierwsze - mamy szansę posłuchać na żywo chyba najbardziej rockowego zespołu rapowego w Polsce. Po drugie - dla doświadczenia synergii wynikającej z wykorzystania potencjału obu charyzmatycznych MC's. To zawdzięczamy oczywiście bezbłędnemu jak zawsze Soulpete'owi. Po trzecie w końcu - Laikike1 na co dzień mieszka w Anglii. Mimo statusu ikony podziemia zbyt wiele w życiu przed publicznością nie zagrał, dlatego każda z jego wizyt w kraju jest dla fanów czymś w rodzaju teofanii.

Jacek Adamiec

  • koncert Almost Famous (Laikike1, Bonson, Soulpete) promujący nowy album zespołu - AF2
  • 8.10, g. 20
  • Klub u Bazyla
  • bilety: 40-50 zł, bilet VIP: 100 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2021-10-08 12:36:42 306124 <![CDATA[Almost Famous, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170727,306124,show2.jpg 306125 <![CDATA[Almost Famous, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170727,306125,show2.jpg 306127 <![CDATA[Almost Famous, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170727,306127,show2.jpg
170721 2021-10-04 09:43:50 Pięćdziesiąty czwarty sezon artystyczny rozpoczęty! Orkiestra Kameralna Polskiego Radia Amadeus na inaugurację przygotowała program pełen okazji do ukazania swojej wszechstronności i możliwości. Koncert zatytułowany Opowieści Szecherazady stał się opowieścią o kompozytorskiej i wykonawczej pomysłowości.

]]>
Za pulpitem dyrygenckim stanęła założycielka i dyrektor orkiestry Agnieszka Duczmal. Gościem Amadeusa było Krakowskie Trio Stroikowe, które zaprezentowało podczas koncertu najwyższy wykonawczy kunszt. W skład zespołu z wieloletnią już tradycją wchodzą oboista Marek Mleczko, klarnecista Roman Widaszek i fagocista Paweł Solecki. To wybitni instrumentaliści i pedagodzy związani z krakowskim i katowickim środowiskiem muzycznym. Trio wraz z orkiestrą prawykonało Barocode II Macieja Zielińskiego. Utwór ten oscyluje między estetyką muzyki baroku i muzyki współczesnej. Barokowe stylizacje przeplatają się między solowymi partiami oboju, klarnetu i fagotu a orkiestrą, której powierzona została większość współczesnych brzmień. Te z kolei wywodzą się z muzyki elektronicznej, ale wykonywane są na instrumentach bez elektronicznych "wspomagaczy".

W Barocode II znajdziemy efekty przypominające szumy i trzaski starej płyty winylowej, niewielkie zmiany tempa i potężne zwolnienia, jakie można uzyskać zmieniając tempo obrotu talerza gramofonu czy przytrzymując wirującą płytę. Kilkudźwiękowe mikro-tematy są wielokrotnie powtarzane i tworzą układy przypominające sample. Nałożenie tych dwóch estetyk stworzyło pole dla nietypowych współbrzmień oraz dialogów między solistami i orkiestrą. Prowadzi też do przyjemnej refleksji: w dobie zcyfryzowanej muzyki, której ogrom powstaje przy pomocy komputerów, Zieliński zaprezentował przeciwne podejście i wpisał elektroniczność w partie tradycyjnych instrumentów. Barocode II jest ciekawą i wartą uwagi kompozycją i w wykonaniu Krakowskiego Tria Stroikowego oraz Orkiestry Amadeus zabrzmiało energicznie i wciągająco.

Następnie Amadeus wykonał suitę Szeherezada Nikołaja Rimskiego-Korsakowa w aranżacji Agnieszki Duczmal. Szeherezada czerpie z Baśni tysiąca i jednej nocy i pełną paletą orkiestrowych barw opowiada zaklęte w nich historie. Feeria kolorów wynika nie tylko z orientalnych inspiracji. Rimski-Korsakow miał wyjątkowe wyczucie orkiestry - uważa się go za jednego z największych mistrzów orkiestracji. Niech poświadczy o tym fakt, że jedna z najważniejszych rosyjskich oper, Borys Godunow Musorgskiego, grana jest zazwyczaj w orkiestracji... Rimskiego-Korsakowa. Tym bardziej niezwykły i ryzykowny wydaje się pomysł zmniejszenia zespołu wykonawczego jedynie do orkiestry smyczkowej, pozbawionej  jakże ważnych w Szecherezadzie instrumentów dętych i perkusji. Jednak bez odrobiny ryzyka nie ma sukcesów.

Agnieszka Duczmal opracowując suitę Rimskiego-Korskowa wykorzystała ogromne spektrum możliwości brzmieniowych jakie drzemią w orkiestrze smyczkowej. Jako przykład niech posłużą strukturalnie skomplikowane wejścia całej orkiestry skontrastowane duetami i solami poszczególnych instrumentów. Wśród efektów dźwiękowych można wymienić ślizgające się po dźwiękach glissanda czy przypominające werbel szybkie uderzenia smyczka. Szeherezada Agnieszki Duczmal jest fascynująca i oryginalna, nie traci kolorytu i potrafi zaskoczyć. Na nagrodzony owacją na stojąco sukces Szeherezady złożyły się również fantastyczna dyspozycja orkiestry i charyzma dyrygentki. Duczmal i jej orkiestra włożyli ogrom energii i pasji w wykonanie. Wyróżniało się ono także głębokim zrozumieniem utworu i dramatycznym napięciem oraz wirtuozerią solowych partii altówki, wiolonczeli i przede wszystkim skrzypiec.

Następna okazja by usłyszeć Amadeusa już w listopadzie. Po tak zachęcającej inauguracji sezonu pozostaje wypatrywać nadchodzącego koncertu z udziałem laureata trwającego Konkursu Chopinowskiego. A to dopiero początek nowego sezonu artystycznego poznańskiej orkiestry.

Paweł Binek

  • koncert Opowieści Szeherezady
  • Orkiestra Kameralna Polskiego Radia Amadeus
  • Agnieszka Duczmal, Krakowskie Trio Stroikowe
  • Aula UAM
  • 3.10

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2021-10-15 10:20:40 305954 <![CDATA[fot. Grzegorz Dembiński]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170721,305954,show2.jpg 305955 <![CDATA[fot. Grzegorz Dembiński]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170721,305955,show2.jpg 305956 <![CDATA[fot. Grzegorz Dembiński]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170721,305956,show2.jpg 305957 <![CDATA[fot. Grzegorz Dembiński]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170721,305957,show2.jpg 305958 <![CDATA[fot. Grzegorz Dembiński]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170721,305958,show2.jpg 305959 <![CDATA[fot. Grzegorz Dembiński]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170721,305959,show2.jpg 305960 <![CDATA[fot. Grzegorz Dembiński]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170721,305960,show2.jpg 305961 <![CDATA[fot. Grzegorz Dembiński]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170721,305961,show2.jpg 305962 <![CDATA[fot. Grzegorz Dembiński]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170721,305962,show2.jpg 305963 <![CDATA[fot. Grzegorz Dembiński]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170721,305963,show2.jpg
170702 2021-10-03 17:53:33 OFF Opera już siódmy raz pokazuje, co znaczy interdyscyplinarność w sztuce i myślenie o operze pod kątem nie tylko artystycznym, ale także społecznym. Finał kolejnej edycji już 5 października.

]]>
Offowa opera, czyli jaka? Nowoczesna, odważna, stawiająca pytania, łącząca alternatywę z klasyką, wchodząca w głąb. Będąca w kontrze do konwencji, tradycji, schematyzmu. OFF Opera jest interdyscyplinarnym projektem organizowanym przez Stowarzyszenie Młodych Animatorów Kultury. Poprzez muzykę i teatr opowiadają historię, komentują świat. Inspiracją dla twórców projektu jest sztuka uliczna, site specific, community art, kultura popularna i alternatywna. Co przygotowali dla nas na finał wydarzenia?

Opera otwarta

Listy do przyszłości to tytuł tegorocznego projektu. Traktowany jest tu dosłownie - wiadomość wysyłana w przyszłość jest dla twórców głównym narzędziem artystycznym. Finałowa OFF Opera Kongres: 2071 to performatywne widowisko w reżyserii Zdenki Pszczołowskiej - laureatki konkursów OFF: Premiery/Prezentacje oraz SzekspirOFF Prezentacje. Autorem muzyki jest laureat Jutronautów - Andrzej Konieczny. Kompozytor w swojej pracy wyszedł od tekstu reżyserki i na jego podstawie stworzył partyturę graficzną. Ten nietypowy zapis jest właściwie zbiorem instrukcji wykonawczych dla grupy performerów i performerek. Na całokształt dzieła będzie miała wpływ także publiczność - to ona będzie losować kolejność wspomnianych wskazówek. - Kongres: 2071 powstaje na genologicznie nieokreślonym gruncie. Z jednej strony ma związki z teatrem dramatycznym, z drugiej jest także mocno osadzony w muzyce, jednak w inny sposób niż opera lub teatr muzyczny w ogóle. Kongres: 2071 jest też silnie związany z teatrem ruchu i tańca, a także z tradycją performansu. W sensie formalnym i światotwórczym inspirację dla Kongresu stanowi twórczość Stanisława Lema, a zwłaszcza Opowieści o pilocie Pirxie, które zresztą mają swoją emanację w projekcie i stanowią bezpośredni punkt odbicia dla nie-historii. Bo twórcy konsekwentnie odchodzą od fabularnego prowadzenia opowieści, oddalają się także od historii jako takiej, choć z drugiej strony cały czas są z nią . W końcu przyszłość jest związana z historią, choć przecież nieustannie ją porzuca...  - zdradza reżyserka.

Sama nazwa offowej opery wywodzi się z pomysłu na to, by twórcy zadali sobie pytania o przyszłość, próbowali ją przewidzieć, spekulować na jej temat i weryfikować potencjalność zdarzeń. Jak mówi reżyserka - Proces budowania spektaklu ma charakter kolektywny. Tekst stanowi tylko jedno z narzędzi do myślenia i mówienia o przyszłości, równoważne są muzyka i ruch: ruch uruchamia audiosferę, audiosfera uruchamia słowa, słowa uruchamiają ruch, ruch muzykę i tak dalej... Wszystko dzieje się w świecie precyzyjnych reguł, chociaż liczba możliwych zakończeń jest nieskończona. Spektakl może zadziałać za każdym razem inaczej - w zależności od publiczności, jej mikroruchów, przypadkowych działań i odgłosów.

Prócz Pszczołowskiej i Koniecznego wśród twórców Kongresu: 2071 jest także Oskar Malinowski (choreografia). Obsadę tworzą aktorzy Sebastian  Magdziński i Małgorzata Walenda oraz muzycy: Kacper Krupa i Aleksandra Komsta vel Oly, a także grupa dwudziestu pięciu performerów i performerek, którzy wzięli udział w warsztatach muzyczno-performerskich poprzedzających wydarzenie.

OFF Opera jest projektem złożonym, do czego przyzwyczaiły już publiczność poprzednie edycje. Tym razem integralną częścią finałowego widowiska jest publikacja Listów do przyszłości. Przeczytamy w niej kilkanaście listów (do kogoś lub czegoś istniejącego w 2071 roku) autorstwa osób ze świata kultury, sztuki, nauki i biznesu:  Ziemowita Szczerka, Przemysława Czaplińskiego, Zdenki Pszczołowskiej, Ewy Bińczyk, Natalii Hatalskiej, Szczepana Kopyta, Malcolma xD, Przemysława Staronia, Wojciecha Wińskiego, Anny Nieznaj, a także członków Stowarzyszenia Młodych Animatorów Kultury. Premierę spektaklu poprzedzi spotkanie z kilkoma autorami tekstów.

Ile to pięćdziesiąt lat od dziś? Przekonamy się już w najbliższy wtorek.

Aleksandra Kujawiak

  • finał projektu OFF Opera
  • 5.10, g. 18 - spotkanie autorskie, g. 20 - premiera spektaklu
  • CK Zamek
  • obowiązują bezpłatne wejściówki (do odbioru w kasie CK Zamek)

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2021-10-03 17:53:33 305866 <![CDATA[Zdenka Pszczołowska, fot. Piotr Kręglicki]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170702,305866,show2.jpg 305867 <![CDATA[Andrzej Konieczny, fot. Daszkow]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170702,305867,show2.jpg
170701 2021-10-03 17:33:42 Wprawdzie koncert inaugurujący 50. Międzynarodowy Festiwal Muzyki Współczesnej Poznańska Wiosna Muzyczna odbył się, zgodnie z nazwą, wiosną b.r. (dokładnie 12 marca w Filharmonii Poznańskiej), jednak większość festiwalowych wydarzeń przewidziano na pierwsze dni października. Obcować z twórczością końca XX wieku i najnowszą można do wtorku 5.10. W programie muzyka solowa, kameralna oraz zespołowa, prapremiery, a także... klasyka moderny.

]]>
Pierwszym koncertem październikowego bloku była prezentacja Lepos Duo Jana Czai (wiolonczela) i Yang Xu-Czai (fortepian). Koncertujące na całym świecie małżeństwo ma w repertuarze nie tylko muzykę artystyczną, ale również filmową czy inspirowaną folklorem. W sobotnie popołudnie wykonali w Sali Czerwonej Pałacu Działyńskich, jednego z piękniejszych budynków stojących przy Starym Rynku, kilka kameralnych utworów muzyki najnowszej. Zabrzmiały Filo d'Arianna Eugeniusza Knapika (kompozytor i wykładowca związany z katowicką Akademią Muzyczną), bitten Sylwii Nowastowskiej (prawykonanie), Northen lights Brighta Shenga (kilkuczęściowy utwór chińsko-amerykańskiego kompozytora), Adagio amoroso Zbigniewa Kozuba (kompozytor związany z Poznaniem) oraz Grave. Metamorfozy Witolda Lutosławskiego (zmarłego w 1994 roku giganta muzyki współczesnej).

Punkty programu łączyła nie tylko ich nowość (wszystkie utwory, poza powstałym w 1981 roku Grave Lutosławskiego, zostały skomponowane nie wcześniej niż w 2005 roku) oraz obsada wykonawcza (wiolonczela i fortepian - w przypadku Filo d'Arianna - wiolonczela solo). Okazało się, że utwory na przekór stereotypowi o nieprzyjemnej i koślawej modernie pełne są klasycznego uroku. Adagio amoroso Kozuba było wypełnione niemal pucciniowskim napięciem i dramaturgią, a finalne progresyjne figuracje (przesuwanie tego samego motywu w górę lub w dół) przywiodły na myśl wirtuozowskie utwory epoki baroku. Z kolei Northen Lights Shenga, jako kompozycja wieloczęściowa, operuje kontrastami od kosmicznej delikatności flażoletów (sposób wydobycia dźwięków z instrumentów strunowych - delikatnie dotykając strunę w odpowiednim miejscu uzyskuje się dźwięk o wiele wyższy i delikatniejszy niż normalnie przyciskając strunę do gryfu instrumentu) w jednej części po motoryczne, uporczywie powtarzalne szybkie motywy w innej, co jest zresztą typowe dla kompozycji cyklicznych (więcej niż jednoczęściowych) niemal wszystkich epok.

Więcej modernizmu można było natomiast doświadczyć w Grave. Metamorfozy (najstarszej, o ironio, kompozycji w programie), a także w najmłodszym bitten Nowastowskiej. Utwór Lutosławskiego opiera się na przekształcaniu (metamorfozach) rytmicznym stałego motywu opartego na dwóch interwałach (odległościach między dźwiękami). Współbrzmienia są kreowane w typowy dla Lutosławskiego sposób, dążąc do utworzenia pełnego dwunastodźwięku. Kompozycja Nowastowskiej operuje bardziej zdarzeniami lub efektami dźwiękowymi możliwymi do uzyskania na instrumentach w niestandardowy sposób, taki jak uderzanie dłonią w struny fortepianu czy różne sposoby wykonania glissanda (ślizganie się po strunach) na wiolonczeli. W trakcje trwania utworu owe zdarzenia dźwiękowe zagęszczają się, prowadząc do intensyfikacji wrażeń.

Festiwal Poznańska Wiosna Muzyczna w swoich założeniach ma służyć nie tylko stworzeniu przestrzeni na wykonywanie muzyki współczesnej, lecz także jej propagowaniu wśród szerokiego grona odbiorców. Nurty muzyczne od prawie półtorej wieku są liczne i bardzo odbiegające od tego, do czego przeciętny słuchacz jest przyzwyczajony. Wpływ na to miało nie tylko poszukiwanie nowych środków wyrazów, ale także zmiany społeczne. Zmienił się również sam statut kompozytora - do końca XIX wieku była to jednostka niezależna, której twórczość albo się przyjęła wśród odbiorców, albo nie. Od początku XX wieku kompozytor stał się zdecydowanie bardziej profesją-zawodem. Powstają związki kompozytorów, a ich twórczość jest chroniona prawnie. O wiele częściej kompozytorzy zabierają także głos, tłumacząc swoje procesy twórcze. Jest to szczególnie potrzebne, ponieważ przełom jaki nastąpił w muzyce w XX wieku przerwał jednolitą ciągłość przemian muzycznych trwających od początku baroku, więc odbiorcy mają prawo czuć się zagubieni. Niestety na sobotnim wydarzeniu zabrakło tego aspektu edukacyjnego. Brak konferansjerki zdecydowanie pozbawił słuchaczy możliwości odpowiedniego nastawienia się na odbiór, a niezapowiedziana zmiana kolejności prezentowania dzieł wymusiła domyślanie się, czego słuchamy w danym momencie.

Powyższe zaniedbanie organizatorów nie miało jednak wpływu na docenienie jakości wykonania Lepos Duo. Zarówno dźwięk wiolonczeli, jak i fortepianu był niezwykle piękny: donośny, głęboki i mocny w jednych miejscach, delikatny i zwiewny w innych. Utwory były przez wykonawców przygotowane w szczegółach, a każdy zabieg przez nich stosowany był przemyślany. Zachwycająca była także spójność partii - żaden z muzyków nie był tylko uzupełnieniem drugiego lecz tworzyli równoważny wkład w całość dzieła. Wykonanie duetu potwierdziło tezę, że jakość prezentacji - przygotowanie oraz ekspresja i osobowość muzyków - w przeważającej mierze mają wpływ na ostateczny odbiór wydarzenia, który w tym przypadku dał bardzo dobry efekt, będący w stanie zadowolić każdego zainteresowanego słuchacza.

Kamil Zofiński

  • koncert Lepos Duo w ramach 50. Poznańskiej Wiosny Muzycznej
  • Pałac Działyńskich
  • 2.10

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2021-10-03 17:35:23 305865 <![CDATA[Lepos Duo, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170701,305865,show2.jpg 305863 <![CDATA[Yang-Xu Czaja i Jan Czaja, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170701,305863,show2.jpg 305864 <![CDATA[Yang-Xu Czaja, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170701,305864,show2.jpg
170672 2021-10-01 15:41:22 - Może zabrzmi to trywialnie, ale strasznie lubię grać na perkusji. To jest jedna z moich ulubionych czynności w życiu. Pozwala mi to przekazać ładunek energetyczny, który mam w sobie - mówi Stanisław Aleksandrowicz*, kompozytor i perkusista, który już w niedzielę wystąpi w Poznaniu ze swoim nowym projektem.

]]>
Stanisław Aleksandrowicz oktet "Pieśń o bębnie" to projekt łączący kwartet smyczkowy z kwartetu jazzowym. Jesteś jazzmanem, skąd więc pomysł, aby w składzie pojawiły się także instrumenty smyczkowe?

Jakiś czas temu kupiłem biografię jednego z moich ulubionych kompozytorów - Johannesa Brahmsa. W trakcie czytania postanowiłem posłuchać muzyki, o której czytałem i w ten sposób trafiłem na I sekstet H-dur. Tak bardzo to do mnie przemówiło, że zainspirowało do tego, aby wzbogacić skład jazzowy o kwartet smyczkowy. Podobnie było też z płytą jednego z moich ulubionych perkusistów - Nate'a Smitha, który na płycie z zespołem Kinfolk zaaranżował piękne partie na kwartet smyczkowy.

Poza tym pierwszy stopień szkoły muzycznej ukończyłem na skrzypcach, więc może gdzieś, głęboko w podświadomości, instrumenty smyczkowe były mi wciąż bliskie.

W tym momencie wyłaniają nam się różne przestrzenie Twoich inspiracji, a zatem: Brahms i muzyka klasyczna, Nate Smith i jazz, w którym się specjalizujesz. Podstawą Twojego projektu są dwa kwartety. Są one według Ciebie odrębnymi cząstkami, czy raczej prowadzą wspólny dialog?

To absolutnie jest wspólny dialog! Choć jest to podwójny kwartet, myślę o tym projekcie jako o oktecie. Jest to dla mnie jednorodny aparat wykonawczy, w którym poszczególne partie instrumentalne się przeplatają. W tym projekcie całą materię muzyczną traktuję bardzo holistycznie. Starałem się uniknąć sytuacji, gdzie muzyka krążyć będzie wokół jednego instrumentu. Wspólny dialog prowadzą ze sobą na przykład: klarnet basowy, wiolonczela i altówka. Ale na płycie jest również utwór w trochę innej obsadzie - kwartet smyczkowy został wzbogacony o kontrabas. Utwór ten w całości został przeze mnie zaaranżowany i jest kompozycją zamkniętą, bez improwizacji i partii solowych.

Czytając o Twoim projekcie napotkałam sformułowanie suity jazzowej. Czy zatem Twoja płyta jest zbiorem zamkniętym, czy pozostawiasz w niej miejsce dla niedopowiedzeń, dla odszukiwania własnych znaczeń i reinterpretacji?

Wersje koncertowe, rządzą się zupełnie innymi prawami, niż wersje studyjne, które są zdecydowanie bardziej zwarte i oszczędne w środkach. Bardzo zależało mi, żeby traktować materiał na płycie jako jedną zwartą całość i nie myśleć o poszczególnych utworach jako wycinkach całości. Dążyłem raczej do tego, aby kompozycje zawarte na płycie traktować jako jeden duży utwór, w obrębie którego znajduje się całkiem sporo miejsca do otwierania nowych form i improwizacji. Myślę, że pod tym względem materiał Pieśni o bębnie jest bardzo zróżnicowany. Niektóre z kompozycji są zaaranżowane od a do z i stanowią materiał zamknięty. Jest też kilka pozycji, które są zdecydowanie bardziej otwarte, jazzowe i tam zaaranżowany jest tylko temat, a solówki nie mają wyznaczonej przeze mnie formy ani harmonii. To właśnie w tych utworach wraz z moimi kolegami dajemy upust naszej energii i kreatywności na koncertach, chociaż na płycie zagraliśmy to zupełnie inaczej, niż było to pierwotnie zaplanowane.

Ten materiał jest też mocno zróżnicowany przez warstwę elektroniczną, z którą różnie bywa przy wykonywaniu live, ponieważ mocno komplikuje to logistykę oraz sprawy nagłośnienia i technikalia koncertowe. Natomiast w wersji studyjnej warstwa live electronics będzie mocno słyszalna.

Skąd w Twoim muzycznym mikrokosmosie miejsce dla Herberta? Punktem wyjścia stała się Pieśń o bębnie?

Projekt ten zrodził się w mojej głowie parę lat temu. Mój dyplom licencjacki oparty był częściowo o te kompozycje, które nagraliśmy niedawno z oktetem. Wcześniej wykonywaliśmy je z triem Kwaśny deszcz, tylko wtedy nie było tam instrumentów smyczkowych.

Pieśń o bębnie stała się punktem wyjścia, a Herbert jest jednym z moich ulubionych poetów. Choć, dopóki nie sięgnąłem po biografię Andrzeja Franaszka, twórczość Herberta wydawała mi się dosyć  trudna w interpretacji. Myślę, że aby interpretować wiersze Herberta, trzeba mieć rozległą wiedzę ogólną. Trzeba też znać kontekst biograficzny, aby prawidłowo odczytać jego nawiązania do kultury antyku, II Wojny Światowej  czy rzeczywistości życia w PRLu.

Zawsze bliskie było mi łączenie warstwy słownej z muzyczną. Starałem się uniknąć bezpośredniości przekazu w postaci nagrań, czy recytacji. Zdecydowanie bardziej zależało mi na stworzeniu swego rodzaju muzyki programowej, gdzie nieco abstrakcyjna treść muzyczna będzie wynikać z inspiracji poezją. Myślę, że dodając do muzyki recytacje, można ją przeintelektualizować, poza tym dzieło staje się wtedy bardzo dosłowne. Starałem się tego uniknąć, ponieważ w muzyce bardzo ważna jest dla mnie warstwa emocjonalna.

Wracając do Ciebie. Otaczają Cię różne przestrzenie muzyczne: pojawia się Brahms, muzyka dodekafoniczna, jazz i live electronics. W tym wszystkim jest także miejsce dla słowa i Herberta. Czy jest jakaś główna oś tej płyty, czy nie chcesz jej tak determinować i uważasz, że wszystkie składniki się wzajemnie przeplatają ?

Myślę, że powinny się przeplatać. Rzeczywiście, możliwości stylistycznych i muzycznych mamy do dyspozycji całkiem sporo. Chciałem, aby nie sprawiało to wrażenia chaosu, a bardziej zderzenia różnych konwencji i stylistyk, które będzie odbywało się w sposób bardzo płynny i zwarty wokół jednej głównej osi. Mam nadzieję, że udało mi się to uzyskać i że muzyka z płyty nie będzie przepełniona za nadto różnymi składnikami, lecz będzie to dzieło spójne, pomimo różnych dialektów muzycznych. Myślę, że wynika to z mojego postrzegania sztuki. Bardzo bliskie jest mi postmodernistyczne podejście, które polega na łączeniu ze sobą różnych materii stylistycznych. Bardzo imponuje mi to, co robił Penderecki w latach 80. Wcześniej komponował używając tego mocno awangardowego języka i po czasie, gdy poczuł że te możliwości się wyczerpały, zaczął łączyć na przykład współczesne, awangardowe techniki kompozytorskie z tymi renesansowymi.

Chyba możemy uznać, że to Poznań stał się Twoją dominującą przestrzenią. To tutaj odczuwasz muzyczny świat wraz z formacjami: Kwaśny deszcz, Anomalia, czy Maciej Fortuna trio, a teraz także Twoim kwartetem i oktetem. Z tych wszystkich momentów wyłania się portret: kompozytora, perkusisty i producenta muzycznego. Dominantą w Twojej twórczości jest zatem komponowanie, czy granie? Kim jesteś aktualnie najbardziej?

Myślę, że perkusistą, ponieważ album oktetu oraz drugi album, który realizuję równolegle to są dwa moje debiutanckie albumy, gdzie wszystkie kompozycje zawarte na płycie będą mojego autorstwa. Będą to też pierwsze dwa albumy, które realizuję na zasadzie producenckiej, więc myślę że dopiero rozpoczynam przygodę z produkcją i komponowaniem. Póki co najwięcej mojego czasu zawodowego zajmuje bycie perkusistą.

Wróćmy na chwilę do Herberta:

Odeszły pasterskie fletnie

Złoto niedzielnych trąbek

Zielone echa waltornie

I skrzypce także odeszły

Pozostał tylko bęben

I bęben gra nam dalej

Odczytując ten wiersz bardzo prostolinijnie, możemy stwierdzić, że perkusja to właśnie takie instrumentalne uniwersum najbliższe ludzkiej naturze? Dlaczego Twój wybór padł właśnie na ten instrument?

Perkusję wybrałem trochę z przypadku. Ze skrzypcami się nie polubiliśmy, ale z perkusją polubiłem się bardzo (mam nadzieję, że ze wzajemnością). Może zabrzmi to trywialnie, ale strasznie lubię grać na perkusji. To jest jedna z moich ulubionych czynności w życiu. Pozwala mi to przekazać ładunek energetyczny, który mam w sobie. Myślę, że siła rażenia perkusji i możliwość osiągnięcia naprawdę potężnych dynamik i przekazania potężnego ładunku energetycznego jest dalece większa niż chociażby na skrzypcach. Aczkolwiek perkusja nie jest do końca instrumentem melodycznym. Staram się wykorzystywać zestaw na zasadzie melodycznej, jednak czasami to, co czuję, moją wrażliwość i przemyślenia, bardziej mogę wyrazić komponując - na przykład na kwartet smyczkowy, czy inne instrumenty harmoniczne, melodyczne. To jest zupełnie inny rodzaj ekspresji.

Nie będę wymieniać, w ilu konkursach udało Ci się wziąć udział oraz ilu z nich zostałeś laureatem. Jednak czy jest jakaś nagroda, która jest Ci szczególnie bliska, albo która uświadomiła Ci, że Twoja muzyczna droga jest właściwa i to nią chcesz podążać?

Myślę, że stypendia Ministra Kultury: pierwsze dla studentów za wybitne osiągnięcia, a drugie do programu Młoda Polska, ponieważ umożliwiły mi one ogromny rozwój oraz zakup potężnej ilości narzędzi i instrumentów, które wykorzystuję chociażby w postprodukcji płyty oktetu. Gdyby nie pomoc ministerstwa, trudno byłoby mi zgromadzić ten sprzęt i pchnąć moje działania w tym kierunku. Zdeterminowało to także zagłębienie się w meandry produkcji muzycznej oraz muzyki elektronicznej, ponieważ ciężko jest zajmować się tego typu rzeczami bez odpowiedniego instrumentarium, a gdy się to instrumentarium zdobędzie, jest już trochę z górki. Myślę też, że bardzo pomocne było stypendium marszałka województwa zachodniopomorskiego oraz stypendium miasta Poznania, dzięki którym udało mi się zrealizować płytę z oktetem. Nagranie płyty, jej postprodukcja oraz wydanie jej wiąże się z dużymi kosztami. Myślę, że właśnie te stypendia bardzo pomogły mi rozwinąć swój język muzyczny, obrać drogę na przyszłość i zrealizować projekt: Stanisław Aleksandrowicz Oktet Pieśń o bębnie.

Rozmawiała Katarzyna Nowicka-Rynkiewicz

*Stanisław Aleksandrowicz - kompozytor, producent muzyczny i perkusista. Laureat wielu prestiżowych konkursów o randze ogólnopolskiej i międzynarodowej - Jazz Juniors, Jazz nad Odrą, DrumFest, Hanzą Jazz Festival i wielu innych. Współtworzy poznańskie środowisko jazzowe i znany jest z formacji: Kwaśny deszcz, Anomalia, Maciej Fortuna Trio.

  • koncert Stanisław Aleksandrowicz Oktet Pieśń o bębnie
  • 3.10, g. 20
  • Blue Note
  • bilety: 40-50 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2021-10-01 15:48:37 305814 <![CDATA[fot. Katarzyna Nowicka-Rynkiewicz]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170672,305814,show2.jpg 305815 <![CDATA[fot. Katarzyna Nowicka-Rynkiewicz]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170672,305815,show2.jpg 305816 <![CDATA[fot. Katarzyna Nowicka-Rynkiewicz]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170672,305816,show2.jpg 305817 <![CDATA[fot. Ewelina Jaśkowiak]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170672,305817,show2.jpg
170638 2021-10-01 10:31:26 - Tango to najbardziej emocjonalna muzyka świata - mówi Wiesław Prządka*, który wraz ze swoim zespołem Wiesław Prządka Quinteto Tango Nuevo i mezzosopranistką Goshą Kowalinską wystąpi w niedzielę w klubie Blue Note. Muzycy zaprezentują materiał z nowego albumu Los Pajaros Perdidos.

]]>
Skąd wzięło się u Pana zainteresowanie Astorem Piazzollą?

Moje zainteresowanie Piazzollą zaczęło się ponad dwadzieścia lat temu. W 2000 roku Waldemar Malicki zaprosił mnie do nagrania programu telewizyjnego z muzyką tego artysty. Wymarzył sobie taki program i szukał bandeonisty, który w nim zagra. Wtedy w Polsce nikt jednak nie grał na bandoneonie. Również i ja tego nie potrafiłem, dlatego nagrań dokonałem początkowo na akordeonie. Bardzo szybko przekonałem się o tym jednak - również za namową kolegów - że tango, a zwłaszcza muzykę Astora Piazzolli powinno się grać na bandoneonie diatonicznym - właśnie takim, którego używał on sam.

Czego będzie można posłuchać podczas niedzielnego koncertu?

Na koncercie będziemy promować najnowszą płytę zespołu Wiesław Prządka Quinteto Tango Nuevo Los Pajaros Perdidos, co znaczy "zagubione ptaki". Tytuł wzięliśmy z jednej z piosenek Piazzolli, tanga śpiewanego. Dlatego naszym gościem na płycie, a także na koncercie w Blue Note, jest Gosha Kowalinska. To mezzosopranistka, która na co dzień mieszka w Paryżu, ale pochodzi z Poznania. Premiera płyty odbyła się w kwietniu tego roku z okazji 100. rocznicy urodzin Astora Piazzolli - wybitnego artysty, bandoneonisty, kompozytora i twórcy nowego tanga, tango nuevo. Zagramy jego największe przeboje, w tym Michelangelo '70, Milonga del Angel, Concerto para quinteto, Invierno porteno, Verano porteno, Balada para un loco, Oblivion.

Proszę opowiedzieć więcej o swoim zespole Wiesław Prządka Quinteto Tango Nuevo.

Wszystkie utwory, które wykonamy na koncercie, zostały napisane na kwintet. Stąd wziął się skład, który zebrałem w oparciu o muzyków z Polski. To taki typ składu, z jakim najczęściej koncertował na niemalże całym świecie Astor Piazzolla. Poza tym, najwięcej utworów napisał właśnie na swój kwintet.

Na jego wzór stworzyłem dokładnie taki sam skład instrumentalny, czyli: fortepian, bandoneon, skrzypce, kontrabas i gitara elektryczna. Ta ostatnia jest dość istotna. Gdy Piazzolla składał swój zespół, to na przekór wszystkim wprowadził gitarę elektryczną. Argentyńczycy byli tym początkowo oburzeni. Był to jednak specjalny zabieg, który bardzo wzbogaca brzmienie całego zespołu.

Współpracuję ze wspaniałymi muzykami. Na skrzypcach wystąpi Marcin Suszycki, koncertmistrz poznańskiej filharmonii. Na fortepianie zagra Rafał Karasiewicz - wrocławski pianista, producent muzyczny i aranżer, który współpracuje z wieloma aktorami, w tym z Teatrem Muzycznym Capitol. Z kolei Marek Piątek to gitarzysta z Krakowa. Przez wiele lat współpracował z Aloszą Awdiejewem. Zaczął grać tango z Malickim, więc wiedziałem, że odnajdzie się w kierunku muzycznym, który stworzył Astor Piazzolla. Natomiast na kontrabasie wystąpi gwiazda polskiego jazzu, poznaniak Zbyszek Wrombel.

Czy postrzega Pan siebie bardziej jako wykonawcę, czy interpretatora muzyki Astora Piazzolli?

Wykonując jego utwory, nie odgrywamy "nutek", które Piazzolla zapisał w aranżacjach. Każdy dodaje coś od siebie. W ogóle aby zagrać jego utwory, to trzeba trochę posłuchać tej muzyki i wejść w klimat tanga. Niestety nie każdy potrafi dobrze je zagrać. Jest tak zwłaszcza w przypadku muzyki Astora Piazzolli, która jest bardzo oryginalna.

Na czym polega jej oryginalność?

Piazzolla w swoim tangu wprowadził elementy muzyki klasycznej i współczesnej, w tym jazzu. Powstał w ten sposób miks różnych kierunków. Stąd zarówno w składzie piazzollowskim, jak i moim są artyści związani z różnymi gatunkami muzycznymi. Marcin Suszycki jako koncertmistrz w filharmonii na co dzień gra muzykę klasyczna, ale doskonale odnalazł się w tangu. Z kolei Zbyszek Wrombel jest kontrabasistą zupełnie jazzowym, lecz jego warsztat i opanowanie instrumentu są tak wszechstronne, że równie dobrze czuje się w twórczości Piazzolli. Marek Piątek jest gitarzystą wykształconym klasycznie, ale inspiruje go jazz, a przede wszystkim bossa nova, samba - rytmy południowoamerykańskie, które są blisko tanga. Natomiast Rafał Karasiewicz jest wszechstronnym pianistą - potrafi zagrać zarówno bluesa, jak i jazz. Współpracuję z nim już piętnaście lat i wiem, że doskonale czuje tango Astora Piazzolli. Uważam, że jak gramy wszyscy razem, to osiągamy właściwy klimat dla muzyki tego artysty.

Co to oznacza ten "właściwy klimat"? Co trzeba w sobie mieć, aby wykonywać muzykę tego kompozytora?

Aby wykonywać muzykę Astora Piazzolli trzeba być muzykiem o szerokich horyzontach, który interesuje się jazzem, muzyką klasyczną i elementami występującymi w tangach tego artysty. Jeśli chodzi o interpretację, to musi być to również muzyk "z duszą". Nie wystarczy osoba, która odegra poprawnie nuty, wyliczając każdą z nich tak, jak jest zapisana. Jak się zagra w ten sposób - realizując wszelkie oznaczenia typu piano, forte, szybciej, wolniej - to będzie to tylko odtworzona muzyka, która nie ma w sobie energii tanga i tego, co przekazywał w niej Piazzolla. U niego dużo jest muzyki, która, że tak powiem, znajduje się również "poza dźwiękami". Zarówno w klasycznym tangu, jak i tango nuevo jest tyle emocji do przekazania, że muzyk ich pozbawiony nie jest w stanie oddać właściwej mu energii i atmosfery.

Czy muzyka Astora Piazzolli wiąże się z konkretnym kręgiem kulturowo-geograficznym?

Na pewno. Tango, które narodziło się w Argentynie można wciąż tam usłyszeć. Ale myślę, że jest ono także dosyć bliskie naszej słowiańskiej duszy. U nas muzycy również są bardzo emocjonalni i potrafią dobrze interpretować tango. To w zasadzie tak naprawdę muzyka wielu kultur. Zrodziło się w Buenos Aires w La Boca - robotniczej dzielnicy portowej, w której przebywało wielu emigrantów z Hiszpanii, Francji, Polski... praktycznie z całego świata. Początkowo wyrażało zresztą tęsknotę za krajem, za swoją kobietą, rodziną, domem... Można więc powiedzieć, że tango jest międzynarodowe. Przez UNESCO tango jest zresztą określane jako dobro ogólnoświatowe.

Rozmawiał Marek S. Bochniarz

*Wiesław Prządka - jeden z najwybitniejszych polskich akordeonistów i bandoneonistów, kompozytor, aranżer. Jak dotąd jest jedynym polskim bandoneonistą koncertującym na bandoneonie diatonicznym. Szerokie horyzonty muzyczne Wiesława Prządki zaowocowały współpracą z największymi postaciami sceny muzycznej - między innymi Richardem Galliano, Jose Juniorem Mossalinim, Izydorem Leitingerem Hanną Banaszak, Grażyną Brodzińską, Olgą Bończyk, Justyną Szafran, Jadwigą i Tadeuszem Katami, Waldemarem Malickim, Krzesimirem Dębskim, Zbigniewem Wodeckim, Krzysztofem Kilijańskim, Jackiem Wójcickim, Jackiem Kotlarskim, Chrisem Schittulli, Bohdanem Jarmołowiczem, Zbigniewem Górnym. Wirtuoz, któremu zawdzięczamy triumfalny powrót akordeonu jako instrumentu solowego na sceny filharmonii, jak również rozpropagowanie w Polsce stylu musette i new musette.

  • koncert Wiesław Prządka Quinteto Tango Nuevo feat. Gosha Kowalinska Astor Piazzolla - Los Pajaros Perdidos
  • 3.10, g. 19
  • Blue Note
  • bilety: 90-110 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2021-10-05 10:25:59 305732 <![CDATA[Wiesław Prządka, fot. Sławek Wąchała]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170638,305732,show2.jpg 305733 <![CDATA[Wiesław Prządka, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170638,305733,show2.jpg 305737 <![CDATA[Album "Los Pájaros Perdidos", fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170638,305737,show2.jpg
170576 2021-09-30 10:37:27 54.sezon artystyczny Orkiestra Polskiego Radia Amadeus zainauguruje niezwykłym koncertem. Opowieści Szeherezady to wydarzenie nasycone atmosferą orientalnej legendy. 

]]>
Jego nazwa nawiązuje do słynnej suity symfonicznej Szeherezada Nikołaja Rimskiego-Korsakowa. Utwór zainspirowany jest arabskimi Baśniami tysiąca i jednej nocy, a dokładnie historią Szeherezady, córki wezyra oraz sułtana Szachrijara, który zdradzony przez żonę postanawia mścić się na każdych kolejnych - zabijając je o wschodzie słońca. Szeherezada, która także została jego żoną, postanowiła zająć sułtana baśniami. Swoją opowieść kończyła zawsze o wschodzie słońca. Zaciekawiony dalszą częścią sułtan odwlekał zemstę o kolejne tysiąc i jedną noc.

Rimski-Korsakow, rosyjski kompozytor epoki romantyzmu, najbardziej utalentowany członek Potężnej Gromadki (obok niego do grupy należeli Aleksandra Borodina, Milija Bałakiriewa, Cezara Cui i Modesta Musorgskiego) miał niezwykły talent do operowania kolorystyką, barwą dźwięków. Uważa się go za ojca orkiestracji. Szeherezada to jeden z najpopularniejszych utworów kompozytora. Należy do nurtu muzyki programowej - środkami muzycznymi wyraża treść pozamuzyczną. Kompozycja ma cztery części: Morze i okręt Sindbada, Opowiadanie księcia Kelendera, Młody książę i księżniczka, Święto w Bagdadzie. Morze. Okręt rozbija się na skale, na której wznosi się żelazny posąg jeźdźca. Już same tytuły oddziałują na wyobraźnię. Części kompozycji łączą dwa tematy - Szeherezady (ornamentalny, pełen ozdobników) oraz Sułtana (posępny, groźny). We wstępie są sobie przeciwstawione, by zgodnie połączyć się w zakończeniu. Jest to utwór pełen urzekających barw, wspaniałej melodyki, rytmicznej energii i ekspresji. Oryginalnie napisany na orkiestrę symfoniczną, tego wieczoru zabrzmi w opracowaniu Agnieszki Duczmal, którą zobaczymy przy dyrygenckim pulpicie.

U boku Orkiestry wystąpi Krakowskie Trio Stroikowe. Zespół istnieje od 1996 roku. Został założony z inicjatywy Marka Mleczki, przy Orkiestrze Kameralnej Capella Cracoviensis. Jego członkowie - Marek Mleczko (obój), Roman Widaszek (klarnet) oraz Paweł Solecki (fagot) są pedagogami Akademii Muzycznych w Krakowie i Katowicach. W swoim repertuarze mają utwory od baroku po współczesność. Tego dnia wykona Barocode II Macieja Zielińskiego - utwór zamówiony specjalnie przez Orkiestrę Polskiego Radia Amadeus. Jego utwory były wykonywane na wielu prestiżowych festiwalach, m.in. podczas Warszawskiej Jesieni, Musica del Novocento, czy Synthesizer-Musik-Festival. Twórczość Zielińskiego określana jest mianem postmodernizmu emocjonalnego ze względu na swoją ekspresyjność. Charakteryzuje się także inwencją formalną i strukturalną. Kompozytor w swojej działalności wychodzi jednak poza krąg muzyki współczesnej. Komponuje również muzykę filmową i rozrywkową.

Aleksandra Kujawiak

  • koncert Opowieści Szeherezady
  • wykonawcy: Orkiestra Kameralna Polskiego Radia Amadeus pod batutą Agnieszki Duczmal, Krakowskie Trio Stroikowe
  • 3.10, g. 18
  • Aula UAM
  • bilety: 40-60 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2021-09-30 15:39:16 305522 <![CDATA[Orkiestra Amadeus, fot. materiały organizatorów]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170576,305522,show2.jpg 305520 <![CDATA[Agnieszka Duczmal, fot. materiały organizatorów]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170576,305520,show2.jpg 305521 <![CDATA[Krakowskie Trio Stroikowe, fot. materiały organizatorów]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170576,305521,show2.jpg 305523 <![CDATA[fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170576,305523,show2.jpg
170547 2021-09-29 15:20:07 - W tym roku Spontaneous Music Festival nosi nazwę Are You Spontaneous? Odnosi się bardzo osobiście do nas wszystkich, muzyków i publiczności. Sytuacja pandemii spowodowała, że najważniejsze stało się dla nas to, aby móc spotykać się twarzą w twarz, budować relacje z ludźmi. Nie jest już tak istotne co powiemy, kogo zaprosimy i kto zagra - mówi Andrzej Nowak. 5. Spontaneous Music Festival odbędzie się w ten weekend i potrwa od piątku do niedzieli.

]]>
Dla większości ludzi muzyka improwizowana jest zasobem dźwięków, których w ogóle nie uważają za muzykę. - Chciałbym docierać do takich osób i przekonywać je, że muzyka jest tak naprawdę jedna i każdy dźwięk jest muzyką. Tych, którzy nadal mają z tym problemy, serdecznie zapraszamy na pierwszy koncert Marcelo Dos Reisa - fantastycznego gitarzysty z Portugalii, który przedstawi swój solowy projekt, bardzo mocno oparty o materiał skomponowany. Będzie to muzyka, z którą widzowie "niestowarzyszeni" i nieznający zbyt dobrze muzyki improwizowanej na pewno dadzą sobie radę. W kolejnych dniach artysta pokaże, jak wspaniałym jest również improwizatorem, ale na otwarciu zagra bardzo przyjemną dla ucha, łagodną muzykę skomponowaną z elementami śpiewu i improwizacji. To propozycja dla tych, którzy jeszcze boją się muzyki improwizowanej i mogliby właśnie od takiego koncertu zacząć jej odkrywanie - zachęca Andrzej Nowak.

W programie festiwalu pojawiło się jedenaście koncertów. Wśród nich znajdziemy dwa stałe składy, które już od pewnego czasu grają ze sobą. Imprezę otworzy w piątek o godz. 19 solowy występ Marcelo Dos Reisa. Pozostałe wydarzenia to przede wszystkim słynne festiwalowe składy Ad Hoc - tria i kwartety złożone z muzyków, którzy nigdy dotąd nie zagrali ze sobą na scenie w takim zestawieniu. Obok prezentacji typu Ad Hoc odbędą się również koncerty dwóch orkiestr, wymyślonych przez Andrzeja Nowaka i Pawła Doskocza w oparciu o inspiracje płynące od artystów. Piątkowy wieczór zamknie o godz. 21 występ Red List Ensemble - ośmioosobowego składu sygnowanego jako Spontaneous Edition. Z kolei sobotni dzień zwieńczy Witold Oleszak i jego Graphic Music For Chamber Orchestra. Poza stałymi rezydentami festiwalu, do Poznania powróci też Matthias Müller, który występował na imprezie w zeszłym roku. Tegoroczny program jest bardzo zróżnicowany. Znalazły się w nim zespoły improwizujące rockowo, a także minimaliści i konceptualiści, czy awangardziści i sonorystycy.

Nowe twarze sceny improwizowanej

Organizatorzy od lat decydują się prezentować to, co młode, świeże, kreatywne, nieobarczone stereotypami na temat tego, jak się gra czy powinno się grać muzykę improwizowaną. Do Poznania ściągają nową falę europejskiej muzyki improwizowanej, zapraszając artystów młodych stażem.  - Jest to pierwsza z naszych dotychczasowych edycji, w której tak mało jest rzeczy znanych i już funkcjonujących na rynku. My chcemy wnieść coś nowego i sprawić, aby zaproszeni przez nas artyści przeżyli coś wyjątkowego na scenie. Mam nadzieję, że nasze pomysły spodobają się publiczności. Najstarszy z uczestników festiwalu to Witold Oleszak, a reszta jest dużo młodsza. Nie stawiamy na znane nazwiska, lecz na młodych artystów, którzy mają coś do opowiedzenia i otwarte głowy. Bo my nie potrzebujemy takich znanych nazwisk. Nie będę oczywiście wymieniać tych, których "nie chcemy" mieć na festiwalu, bo to już byłyby żarty - uśmiecha się Andrzej Nowak.

Spontaneous Music Festival zdobył już pewną renomę na świecie. - Działamy niszowo. A artyści, którzy tworzą muzykę spontaniczną, są właśnie muzykami niszowymi. Pomimo tego są bardzo zaangażowani w Spontaneous Music Festival, co jest dla nas dużym wsparciem. W tym roku gościmy muzyków, z których część - tych polskich - można było usłyszeć podczas poprzednich edycji. Zagranicznych artystów zaprezentujemy po raz pierwszy. Cieszymy się, że nam zaufali, mimo że nigdy nie byli w Poznaniu i nie mieli dotąd okazji z nami współpracować. Zgodzili się mimo wszystko na nasze skromne warunki. Właśnie po to, aby na tym festiwalu być - przyznaje Paweł Doskocz.

Czy jesteśmy spontaniczni?

Przy okazji piątej edycji organizatorzy uznali, że warto zadać sobie pytanie: "Are You Spontaneous?" - To dobry czas, aby zastanowić się, czy jesteśmy spontaniczni. Czy przez te pięć lat udało się nam zbudować publiczność, która ma do nas zaufanie? Wydaje się, że muzycy nabrali już do nas zaufania i chętnie do nas przyjeżdżają. Teraz chcemy sprawdzić, jak jest w przypadku publiczności. - mówi Doskocz. - Bardzo ważne jest dla nas to, że to już piąta edycja festiwalu muzyki spontanicznej - to, że może się on w ogóle nadal odbywać. Organizujemy go wespół z Dragon Social Club, bez którego wsparcia nie byłoby to możliwe - dodaje. Przyznaje przy tym, że ich wydarzenie nie jest finansowane z jakichkolwiek budżetów miejskich, wojewódzkich, czy państwowych.

Pandemia rozbiła działalność popularyzacji muzyki improwizowanej, prowadzonej w Poznaniu przez Andrzeja Nowaka i Pawła Doskocza. Na wiosnę 2020 roku zaplanowali dziewięć koncertów w cyklu Spontaneous Live Series. - Niektóre składy mieliśmy tak wyjątkowe, że już nigdy ich niestety nie powtórzymy. Z tych wszystkich koncertów odbył się tylko jeden. Temu doświadczeniu towarzyszył ogromny dyskomfort. Z drugiej strony, w ubiegłym roku udało się nam zrealizować festiwal mimo tego, że już zaczynały się wtedy w Polsce żółte i czerwone strefy. A w tym roku robimy go ponownie! - zauważa Nowak.

Muzyka spontaniczna w czasach pandemii

Co prawda brakuje im możliwości organizowania i uczestniczenia w koncertach, lecz zwracają uwagę na ilość dostępnej muzyki spontanicznej. - Ta muzyka żyje, krąży w sieci. W czasach pandemii muzycy improwizujący produkują trzy razy więcej muzyki, niż normalnie to robili. Mają dużo czasu, bo nie grają koncertów. Z tego powodu tej muzyki powstaje tak dużo, że czasami trudno jest to wszystko ogarnąć. Trybuna Muzyki Spontanicznej, która jest nieśmiałym współorganizatorem festiwalu, ma na swojej stronie internetowej w podtytule określenie "Improwizowany przewodnik w czasach nadprodukcji dźwięków". Gdy to wymyśliłem pięć czy sześć lat temu, to nie sądziłem, że ten podtytuł stanie się tak adekwatny do czasów pandemii. Ta wielka nadprodukcja to ogromna zaleta pandemii, lecz także jej wielka wada. Ale trudno krytykować sytuację, w której muzyk pozbawiony możliwości grania koncertów nagrywa materiały i próbuje je udostępniać, by czerpać z nich dochody. To podejście jest dla mnie oczywiste. Cóż, to "urok" naszych czasów, tak bardzo dziwnych i szalonych - mówi Nowak.

Spontaneous Live Series to cykl pojedynczych koncertów, które także organizujemy ze wsparciem Dragon Social Club. W ciągu ostatnich dwóch, trzech lat promowaliśmy w ten sposób muzykę improwizowaną. Rok temu nasz festiwal odbył się na granicy możliwości, jeśli chodzi o lockdown. Od tego czasu nic się nie wydarzyło i nie organizowaliśmy niczego, co można by nazwać koncertem. Pierwszym takim wydarzeniem był sierpniowy występ duetu Kaji Draksler i Szymona Gąsiorka Czajka & Puchacz. Muzycy wystąpili wcześniej na 4. Spontaneous Music Festival w zastępstwie zagranicznych artystów, którzy nie mogli przyjechać do Poznania z powodu twardego lockdownu w ich kraju. Naszym drugim wydarzeniem w tym roku, po tamtym sierpniowym koncercie, jest właśnie 5. edycja festiwalu. Mam poczucie, że ten czas bardzo szybko nam minął - choćby z powodu słuchania różnych płyt. Muzycy nie tylko wyprodukowali bardzo dużo, ale i mieli też sporo czasu, aby odświeżyć twarde dyski ze starszymi nagraniami. Trochę trudno jest już za tym wszystkim nadążyć. Ale muzyka zawsze broni się na żywo. Dlatego nie mogę się już doczekać naszego festiwalu. Każda z edycji to trzy dni, gdy dzieje się bardzo dużo i można posłuchać wiele ciekawej muzyki.

Marek S. Bochniarz

  • Are You Spontaneous? 5. Spontaneous Music Festival
  • 1-3.10
  • Dragon Social Club
  • karnet: 140 zł
  • bilety na pojedyncze dni: 50-60 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2021-09-29 15:20:07 305406 <![CDATA[Christian Marien, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170547,305406,show2.jpg 305421 <![CDATA[Peter Orins, fot. Piotr Jaruga]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170547,305421,show2.jpg 305428 <![CDATA[Jeremie Ternoy, fot. Piotr Jaruga]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170547,305428,show2.jpg 305429 <![CDATA[Anna Jędrzejewska, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170547,305429,show2.jpg 305431 <![CDATA[Paweł Doskocz, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170547,305431,show2.jpg 305432 <![CDATA[Małgorzata Zagajewska, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170547,305432,show2.jpg 305433 <![CDATA[Marcelo dos Reis, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170547,305433,show2.jpg 305435 <![CDATA[Michał Giżycki, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170547,305435,show2.jpg 305436 <![CDATA[Paulina Owczarek, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170547,305436,show2.jpg 305434 <![CDATA[fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170547,305434,show2.jpg
170529 2021-09-29 13:25:19 Poznańska Wiosna Muzyczna jesienią? Powoli wszyscy przyzwyczajamy się do kalendarzowego zamieszania w życiu kulturalnym. Ważne, że odłożone przez pandemię wydarzenia odbywają się. A jak pokazuje jesienna odsłona festiwalu - warto było czekać.

]]>
Festiwal Poznańska Wiosna Muzyczna powstał z inicjatywy Tadeusza Szeligowskiego. Ten wyjątkowy kompozytor, a przede wszystkim animator życia muzycznego bardzo wpłynął na muzyczne życie miasta. Dzięki niemu nie tylko mamy jeden z najważniejszych festiwali muzyki współczesnej, ale także Filharmonię Poznańską czy, w pewnym stopniu, Międzynarodowy Konkurs Skrzypcowy im. Henryka Wieniawskiego.

Od pierwszej edycji Poznańskiej Wiosny Muzycznej, która miała miejsce w 1961 roku, idea festiwalu nie uległa zmianie. Wciąż popularyzuje nową, polską i światową, muzykę. Wciąż otwiera się na nowe nurty muzyczne i światowe zjawiska współczesności. I wciąż oddaje hołd klasykom XX wieku.

W świecie muzyki klasycznej oddziela się dość grubą kreską ubiegły wiek. Przez wielu twórczość Pendereckiego, Lutosławskiego, Góreckiego, Bairda, Serockiego i innych nazywana jest współczesną. Dzięki takim wydarzeniom jak Poznańska Wiosna Muzyczna możemy wysłuchać muzyki naprawdę współczesnej, pisanej przez kompozytorów współtworzących życie miasta, jak niegdyś Szeligowski. Możemy także  porównać ją do tej pisaną kilkadziesiąt lat temu, oswoić obie, wybrać to, co nas porusza, skonfrontować się z tym, co drażni. Przed nami cztery dni muzyki nowej i wciąż nowej.

Prawykonania i klasyki

A w programie aż jedenaście prawykonań utworów, m.in. Artura Zagajewskiego (krach na dwa oboje i audio track), Olgi Hans (Spectrum), Marcina Stańczyka (Aftersounds). Jak zawsze będziemy mieli okazję wysłuchać także twórczości poznańskich kompozytorów. Zabrzmią m.in. utwory Katarzyny Danel (Motus), Barbary Kaszuby (Illusions 21 na fortepian i perkusję), Moniki Kędziory (Flumine adverso na klarnet i zespół instrumentów), czy nowy utwór na klawesyn, zespół i elektronikę Katarzyny Taborowskiej. Podczas siedmiu koncertów przypomnimy sobie również klasyki, ale też mniej znane utwory Lutosławskiego, Bairda, Massiaena, Schaeffera, Góreckiego, czy Spisaka. A wyjątkowy poziom tej często niełatwej w odsłuchu twórczości zapewnią wykonawcy - specjalizujący się w wykonawstwie muzyki XX i XXI wieku, promujący ją i przybliżający coraz większej rzeszy słuchaczy.

Jak zwykle Poznańska Wiosna Muzyczna odbędzie się w kilku miejscach, a więc: w Pałacu Działyńskich, Akademii Muzycznej, Kościele pw. Świętego Krzyża, Edge Music Studio i Akademickim Teatrze Muzycznym Olimpia spotkamy się z wyjątkowymi zespołami i solistami.Z pewnością nie tylko poznańscy wielbiciele festiwalu docenią obecność niezastąpionych muzyków Sepia Ensemble. Polecam także wysłuchanie Moniuszko String Quartet, który akurat przypomni przede wszystkim muzykę minionego wieku. Niezwykle ciekawie zapowiada się recital Mari Fukumoto. Urodzona w Tokio organistka wykona m.in. imponujące Annum per annum Arvo Pärta. Festiwal będzie także okazją do wysłuchania muzyków, którzy dopiero zaczynają przygodę z wykonawstwem muzyki nowej. Zanosi się na to, że część druga 50. edycji festiwalu na długo zostanie w pamięci słuchaczy. Stanie się podróżą do nostalgicznej przeszłości i ekscytującej teraźniejszości.

Aleksandra Kujawiak

  • 50. Poznańska Wiosna Muzyczna - jesienna odsłona
  • 2-5.10
  • wstęp wolny

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2021-09-29 13:25:19 305364 <![CDATA[Mari Fukumoto, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170529,305364,show2.jpg 305365 <![CDATA[Sepia Ensemble, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170529,305365,show2.jpg 305366 <![CDATA[Moniuszko String Quartet, fot. Maciej Krajewski]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170529,305366,show2.jpg
170518 2021-09-29 11:49:03 - Uznaliśmy, że lepiej pozbyć się cech, które nas różnią na rzecz dbania o wspólny przekaz. Teraz jako zespół staramy się pozbyć ego indywidualnego i stworzyć takie pięcioosobowe "superego zespołowe" - mówi Igor Stobiecki* z zespołu Lunatycy Martwej Dyskoteki.

]]>
Jak powstał Wasz zespół - Lunatycy Martwej Dyskoteki?

Igor Stobiecki: Pomysł wyszedł ode mnie. Od dłuższego czasu chciałem założyć zespół post-punkowy. Skontaktowałem się w tej sprawie z perkusistą - Kacprem, który tak jak ja, zaczął studiować w Poznaniu. Grałem z nim już wcześniej, kiedy mieszkaliśmy w naszym rodzinnym Radomiu. Mniej więcej w tym samym czasie wpadłem na Tomka, z którym mieszkałem wtedy w DS Babilon. Na fajce w kuchni powiedział, że też chce grać. Potem zaprosiłem do zespołu Kubę - gitarzystę, a następnie pojawił się wokalista Iwo. Na początku chcieliśmy grać utwory ocierające się o twórczość Maca DeMarco i Republiki. Dziś wydaje mi się to zabawne, bo ten DeMarco zupełnie gdzieś zniknął podczas prób.

A kto wymyślił nazwę zespołu i co ona oznacza?

I.S.: To znów mój pomysł. Uznałem, że musimy nazywać się inteligencko, a na scenie będziemy tacy "och" i "ach" - zawoalowani smutkiem albo melancholią. Do tego nastroju opisu pasuje mi słowo "lunatycy". Podczas wczesnych prób, kiedy mieliśmy już kilka utworów, obecny był pewien klawiszowiec, który ostatecznie nie został z nami w zespole, ale posłuchał nas wtedy i stwierdził, że "brzmimy jak jakaś martwa dyskoteka". To było to!

Tomek Sojka**: A potem zauważyliśmy, że akronim naszego zespołu - LMD - brzmi bardzo podobnie do nazwy pewnej znanej substancji psychoaktywnej, więc uznaliśmy, że palec boży wskazał nam tą nazwę.

W 2022 roku wydacie Waszą płytę właśnie o nazwie LMD. Jak się odnajdywaliście dotychczas na rynku muzycznym?

I.S.: Nie będzie nowością, jeśli powiem, że młodym zespołom jest ciężko się wybić, ale taka jest prawda. Istnieje wiele głupich mechanizmów w branży muzycznej, przez które trochę się odechciewa próbować. Istnieją konkursy o dużej tradycji, które obecnie decydują się na metodę wyłonienia finalistów za pomocą głosowania przez publiczność, a to bardzo dyskusyjna metoda w dobie internetu.

T.S.: Nawet w naszej piosence Ku metropolis padają słowa "gruby buldożer masowej cyfryzacji zatkał kanały komunikacji", który dokładnie o tym mówi.  Wystarczy kupić boty do głosowania, by nagle jakiś mały zespół bez żadnej rozpoznawalności wygrał sobie konkurs na koncert festiwalowy. Mówi się, że to są tylko liczby w internecie, które nie przekładają się na nic, ale ostatecznie wychodzi na to, że już nie słuchacz jest najważniejszym w procesie muzycznym, tylko algorytm, który chce "żeby się klikało". Ten problem dotyka też twórców innych dziedzin np. youtuberów i to tych, którzy są już na wysokim poziomie. Nie mają mocy przebicia algorytmicznej bańki, która stwierdza, że ich twarze były widziane już za długo, więc czas zmniejszyć im zasięgi. W takim realiach przyszło nam tworzyć.

I.S.: Podczas tegorocznej edycji "Studia otwartego" zgłosiło się 243 poznańskich zespołów. Podkreślam, wyłącznie poznańskich. Co chwilę powstaje jakiś inny zespół, więc przebicie się przez ten ogrom produkcji jest bardzo trudne. A w Poznaniu mamy naprawdę dobre zespoły - zarówno takie o ugruntowanej pozycji, jak i świeże projekty. Nie jesteśmy zawistni wobec innych. Nie chcemy być sobie sami sterem wędkarzem i rybą. Mamy ochotę współpracować, wspierać się nawzajem z innymi twórcami. 

W press packu, który od Was otrzymałam, pisaliście, że na płycie będzie można posłuchać o problemach współczesności. Co to za problemy, które szczególnie Was przejmują?

T.S.: Iwo Greczko, czyli nasz wokalista, pisze wszystkie teksty. Uznał, że najlepiej wykonuje teksty, które sam napisał, bo łatwiej mu się w nie wczuć. Jego doświadczenia są często bliskie reszcie zespołu, bo bycie niedojrzałym trzydziestolatkiem to bardzo uniwersalna sytuacja z  prostego powodu - nie ma żadnej "dorosłości".  Większość z nas ma poczucie, że choć wiele już wie - nie wie nic. Nie wiadomo jak być dorosłym i jak funkcjonować w świecie, więc trzeba uczyć się wszystkiego samemu od absolutnych metafizycznych podstaw, a tego już w ogóle nikt prawie nie robi. A gdy niby wiadomo, co ze sobą zrobić, wszystko trzeba zderzyć z rzeczywistością, która jest przytłaczająca. Nagle okazuje się, że dyskoteka jest martwa i teraz można już tylko na ślepo bujać się pomiędzy innymi jak lunatycy. Nie wiadomo, czy to oni są we śnie, czy to ty śpisz.

I.S.: W naszej muzyce od początku rezonowały traumy, które przeżywamy jako społeczeństwo. Robimy coraz więcej rzeczy, które mają przybliżyć człowieka do nieśmiertelności np. dzięki rozwojowi technologicznemu. W każdej chwili możemy też wymieniać się informacjami na skalę nie znaną wcześniej. Za wszystko jest jednak cena. O tym mówimy w utworze Ku metropolis. Mógłbym wymieniać przykłady. Ramadan co prawda mówi o historycznych wydarzeniach, ale jednocześnie opisuje lęk przed ewentualną, kolejną wojną, która może być ostatnią w dziejach ludzkości. Słońce i Słowa są o strachu przed wykonywaniem prostych czynności, które sprawiają przyjemność, bo przeszkadza w tym wewnętrzna presja, że należy robić wielkie rzeczy. Jeśli nie spełnimy tego warunku odczuwamy smutek, beznadzieję, traktujemy siebie gorzej.

Wygląda na to, że jako zespół jesteście bardzo ze sobą bardzo zgodni, skoro światopoglądowo tak wiele Was łączy. Zawsze tak było?

I.S.: Nasz perkusista zauważył, że kiedyś problemem zespołu było to, że na scenę wchodziło pięć osób z innej parafii. Uznaliśmy, że lepiej pozbyć się cech, które nas różnią na rzecz dbania o wspólny przekaz. Teraz jako zespół staramy się pozbyć ego indywidualnego i stworzyć takie pięcioosobowe "superego zespołowe".

T.S.: Tak, i wtedy na scenę wychodzi jeden wielki martwy lunatyk - megazord dyskoteki. Pamiętam jak na Gostyńskich Rockowaniach ktoś powiedział, że podczas naszego koncertu widział na scenie pięciu indywidualistów. To miał być komplement, ale doszliśmy do wniosku, że to chyba jednak nie za dobrze, więc zmieniliśmy podejście.

Jak wygląda taki megazord dyskoteki na scenie?

T.S.: Każdy nasz koncert to eksperyment. Jako zespół mamy taką przypadłość, że podczas występów lubimy brać świeże kawałki na pierwszy ogień, bo najbardziej w nas rezonują. Ze względu na to, że koncert w Zamku odbędzie się w kontekście konkursu, mamy dokładnie przemyślaną listę utworów, ale na normalnych występach testujemy metodę Jack'a White'a, czyli rezygnujemy z set listy i improwizujemy z kolejnością piosenek. Cały czas czegoś próbujemy, a metodą prób oraz błędów dochodzimy do nowych rozwiązań.  Zazwyczaj dążymy do tego, żeby występ przebiegał w taki sposób, żeby energia stopniowo rosła, a gdy przejdzie punkt kulminacji, stopniowo wygaszała.

I.S.: Podczas koncertów staramy się też wywołać takie trochę szamańskie doświadczenie. Nasze teksty w połączeniu z muzyką mają w sobie "mantryczność", którą przerzucamy na publiczność. Wchodzimy na koncert z założeniem, że chcemy złączyć ludzi takim "lunatycznym łańcuchem". Zrzucamy go ze sceny, łapiemy nim słuchaczy, potrząsamy w tym uścisku, a oni potem są skołowani. O to nam chodzi, o terapię szokową.

T.S.: Nie zależy nam na tym, żeby wyłącznie zespół przeżył podczas koncertu coś ważnego. Chcemy, by na tej emocjonalnej drodze słuchacz był razem z nami. Z tego powodu nasza muzyka nie jest zbyt taneczna. Wolimy, żeby pomagała publiczności wczuwać się w naszą energię, aby na koniec koncertu poczuli "wyoutowanie" poza wszystko.

Rozmawiała Julia Niedziejko

  • koncert finałowy Gramy u siebie: Niesamowita Sprawa / Lunatycy Martwej Dyskoteki
  • 1.10, g. 19
  • CK Zamek, Sala Wielka
  • bilety: 25 zł

*Igor Stobiecki - absolwent UAM (Zarządzanie Państwem, Politologia), aktualnie student Mediów Interaktywnych i Widowisk. Człowiek orkiestra, basista oraz menadżer zespołu Lunatycy Martwej Dyskoteki. Od blisko 10 lat związany z muzyką, początkowo w rodzinnym Radomiu, a od 5 lat z poznańską sceną muzyczną. Pierwsze kroki w Poznaniu stawiał z zespołem Cool Cat, aktualnie nieco śmielsze z Lunatykami Martwej Dyskoteki. Aktywnie związany z działalnością VIR Gallerry jako osoba techniczna oraz operator kamery.

**Tomasz Sojka - antyfilozof, student Mediów Interaktywnych i Widowisk. Gitarzysta ośmiostrunowy i  rytmiczny, producent muzyki noise i glitch w prywatnym, podziemnym projekcie "Bucefau". Gra w zespołach muzycznych od 2013 roku. Aktywnie związany z działalnością VIR Gallery jako osoba techniczna oraz dźwiękowiec. Jogin.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2021-10-05 08:50:15 305355 <![CDATA[Lunatycy Martwej Dyskoteki, fot. Wiktoria Maik]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170518,305355,show2.jpg 305356 <![CDATA[Igor Stobiecki, fot. Wiktoria Maik]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170518,305356,show2.jpg 305357 <![CDATA[Tomasz Soika, fot. Wiktoria Maik]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170518,305357,show2.jpg 306052 <![CDATA[Lunatycy Martwej Dyskoteki, fot. materiały prasowe]]> https://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,170518,306052,show2.jpg