128106 2019-01-21 13:57:24 Jednym z tradycyjnych szkockich świąt są urodziny narodowego wieszcza Roberta Burnsa. Z tej okazji w najbliższą niedzielę 27 stycznia w Blue Note wystąpi Jig Reel Maniacs - poznańska grupa zajmująca się muzyką szkocką.

]]>
Narodziny zespołu były dziełem przypadku i fortunnych zbiegów okoliczności. W 1990 roku przyjechał do Poznania Szkot Rory Dallas Allardice, który spotkał tu lingwistę i leksykografa Michała Jankowskiego i muzykologa Jacka Podbielskiego. Stworzyli trio J.R.M. - Dzisiejsza nazwa zespołu nawiązuje zarówno do "ojców założycieli" tej formacji, jak i niosących radość tradycyjnych tańców i rytmów celtyckich. Nazwa The J.R.M. Band z 1990 roku, późniejsza JRM Band, aż w końcu JRM wzięła się od początkowych liter imion założycieli zespół. Używana od końca 2010 roku, związana jest również z żywą i -żartobliwie ujmując - maniakalną fascynacją muzyków dwoma podstawowymi rytmami i tańcami celtyckimi jakim są jig i reel. -,Stąd skrót JRM jest rozwijany jako Jigowo-Reelowi Maniacy - przyznaje Mariusz Sprutta, który w zespole gra na gitarze basowej, a także jest wokalistą.

Sprutta w 1994 roku był producentem nagrań i managerem formacji White Garden, którą Rory Allardice zaprosił na festiwal celtycki organizowany przez niego w Poznaniu. - Po festiwalu zaczęliśmy się spotykać, muzykować i tak wsiąkłem. Po Michale, jedynym członku z pierwszego składu, jestem drugim pod względem stażu muzykiem występującym w kapeli - 25 lat z krótką przerwą na himalajsko-podróżnicze aktywności - wspomina Mariusz.

Przez dwadzieścia dziewięć lat działalności Jig Reel Maniacs zmieniał się skład grupy i w związku z tym ewoluowała też sama muzyka. Najlepiej te zmiany można prześledzić na albumach  punktujących długą historię zespołu. W 1996 roku artyści zaprezentowali słuchaczom pierwsze wydawnictwo "In the Pub"- kasetę magnetofonową, której materiał (obecnie dostępny w reedycji na krążku CD), spowodował niebywałą popularność koncertową zespołu, który zyskał rozpoznawalność i został uznany za najlepszy zespół w Polsce zajmujący się muzyką szkocką. W latach 1996-2000 grupa była bardzo aktywna i grała kilkadziesiąt koncertów rocznie, a ówczesne jej brzmienie było bardzo tradycyjne, wręcz etniczne.

Druga płyta wyszła po trzynastu latach. Był to poetycki, studyjny album "Cosa gan Bróga" z udziałem irlandzkiego flecisty i poety Diarmuida Johnsona. Powstał w 2009 roku, a inspiracje muzyką irlandzką i szkocką poszły wówczas w zespole w kierunku łączenia tradycyjnych celtyckich nut z nowoczesnymi aranżacjami nawiązującymi do różnych trendów muzyki świata. - Zaczęliśmy swobodnie poruszać się w zróżnicowanych klimatach - od klasycznych, poprzez popowe, rockowe, reggae'owe, funkowe oraz jazzowe, aż do modernistycznych interpretacji standardów celtyckich, jak również komponować własne utwory, które w otwartych formach często okraszaliśmy improwizacjami - wyjaśnia Mariusz Sprutta. Takie granie zaprezentowane zostało na ostatniej płycie z 2016 roku zatytułowanej "Celtic Fusion".

Na rok 2020 przypada trzydziestolecie działalności zespołu, w planach jest też następna płyta. - Jaka będzie? Czas pokaże. Stałe w zespole jest instrumentarium: tradycyjne instrumenty, flet drewniany, flażolety, skrzypce, dudy świetnie współgrające z sekcją gitar (akustyczna, elektryczna i dwie basowe) oraz perkusją i perkusjonaliami. To instrumentarium w znacznej mierze decyduje o charakterystycznym i barwnym brzmieniu JRM - mówi lider zespołu.

Jego charakter najlepiej będzie jednak poznać na żywo, bo bez wątpienia definiuje go właśnie kontakt, który nawiązuje z publicznością. To dzięki regularnym żywym koncertom w Polsce, jak i za granicą (w rodzinnym Poznaniu grają z częstotliwością raz na dwa miesiące, czasem częściej) kapela jest znana i rozpoznawana, wciąż pozostając jedną z najbardziej wziętych i charakternych formacji muzyki celtyckiej w Polsce - Istotą nieprzerwanej działalności naszego zespołu jest pasja ludzi, którzy go tworzą i ich aktywność koncertowa, bo Jig Reel Maniacs są zespołem przede wszystkim koncertowym. Ważne w kapeli jest to, że bardzo lubimy grać w środowisku dla naszej muzyki właściwym, czyli w pubie, klubie - kameralnie, tak by być blisko publiczności. Dzięki temu podczas koncertów zacieśniają się relacje artysta-widz. W trakcie koncertów, przerw, jak i po koncertach integrujemy się i rozmawiamy z klubowiczami - przyznaje Mariusz Sprutta.

Podczas koncertu w Blue Note będziemy mogli usłyszeć jeszcze bogatsze, nowe instrumentarium Jigowo Reelowych Maniaków, którzy zdecydowali się sięgnąć po dudy elektroniczne. Choć pierwsze próby stworzenia instrumentu miały miejsce jeszcze w latach 70-tych, to dopiero koniec lat 90-tych przyniósł modele, do których przekonali się dudziarze.

Gościem wieczoru będzie pochodzący ze Śremu Michał Mazur, który zagra na jedynym egzemplarzu dud elektronicznych w Polsce. Michał samodzielnie buduje też swoje instrumenty etniczne i kilka z nich zaprezentuje podczas koncertu.

Marek S. Bochniarz

  • Jig Reel Maniacs
  • 27.01, g. 19
  • Blue Note
  • bilety: 35-45 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2019-01-22 14:11:56 219784 <![CDATA[Jig Reel Maniacs, fot. materiały prasowe]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,128106,219784,show2.jpg
128090 2019-01-21 11:17:59 - Myślę, że improwizacja pozwala zbliżyć się nam do tego, co chcemy przekazać - mówi Franciszek Raczkowski, który wraz z Mikołajem Kostką tworzy duet wykonujący jazz minimalistyczny i intymny. W sobotę obaj wystąpią w Centrum Kultury Zamek.

]]>
Pianista Franciszek Raczkowski miał styczność z jazzem już od dzieciństwa. - Jedną z pierwszych kaset, które mi puszczano, był album Milesa Davisa. Również w procesie edukacji muzycznej w Krakowie działy się dla mnie istotne rzeczy. Uczyłem się z Piotrem Orzechowskim i Bartkiem Kalickim, którzy improwizowali dużo wcześniej niż ja - wspomina. To, co dlań interesujące w jazzie to ten jego aspekt, którego brakuje w innych gatunkach - czyli większa możliwość manewru na żywo, gdy występuje się na scenie. - Ta stylistyka pozwala bardziej reagować na moment - zmieniać bieg muzyki w zależności od tego, jaki jest bieg energii między publiką a wykonawcą. Pozwala też przekazywać sobie energię muzyką - wyjaśnia.

W 2015 roku artysta wydał album "Apprentice", na który trafiły jego autorskie kompozycje. -  Tak jak wielu ludzi, którzy pisali muzykę, zazwyczaj męczę się z tym i staram się to trenować. Przez część czasu poświęconego kompozycji piszę różne rzeczy, które idą do szuflady, bo są ćwiczeniami kompozytorskimi. Nie mam łatwości, że ilekroć siądę do instrumentu, to od razu coś mi wychodzi. Ten zapas rozwiązań technicznych, które zdobywam pisząc do szuflady pozwala mi mieć środki, żeby uchwycić idee, które przyjdą do mnie znienacka - mówi Raczkowski. Dlatego bardzo ważne jest dla niego to, aby początkowa koncepcja była "bardzo wyostrzona".

Z jego perspektywy muzyka jazzowa jest na tyle młoda, że wciąż sporo jest w niej rzeczy do zweryfikowania względem innych gatunków, w tym zachodniej muzyki klasycznej, która pozostaje dla niego stałym punktem odniesienia. Z kolei jazz zapewnia mu wolność - ale trzeba dla tej wolności stworzyć odpowiednią przestrzeń. - Zawsze staram się pamiętać o konceptualistach jazzowych i tych, którzy starali się o to, aby muzyka była otwarta i podatna na zmiany, jak Cage czy Lutosławski - mówi.

Z kolei skrzypek Mikołaj Kostka, student Akademii Muzycznej w Katowicach, po tym jak usłyszał wykonanie utworu Piotra Senkowskiego w którym brał udział Raczkowski, zaproponował pianiście współpracę. - Brakowało mi od pewnego czasu kameralistyki, a skrzypce i fortepian to jeden z najpowszechniejszych układów kameralnych. Nasze pierwsze spotkanie od razu przebiegało przy instrumentach. Improwizowaliśmy przez godzinę i stwierdziliśmy, że może to być ciekawe - wspomina Raczkowski.

Początkowo starali się grać bardzo intuicyjnie utwory, które są otwarte, a później szukali wypośrodkowania między otwartą formą a kompozycjami o bardziej ustalonych strukturach. - Nasze osobowości się w pewien sposób uzupełniają. Uważam, że Mikołaj bardzo dobrze potrafi słuchać i znajduje się w dokładnie tym samym miejscu myślowym, w którym jestem - dlatego mamy tak bardzo dobry czas przy graniu - wyjaśnia.

Po kilku koncertach zgromadzili materiał, który zdecydowali się nagrać. Mikołaj Kostka dotychczas nie wydał albumu, więc mógł ubiegać się o stypendium Instytutu Muzyki i Tańca "Jazzowy Debiut Fonograficzny". - Udało się nam je uzyskać, bo w regulaminie jest zapis, że 50% muzyków z zespołu musi debiutować. Mieliśmy w ten sposób możliwość zarejestrowania naszych kompozycji na albumie. A z doświadczenia wiem, że to przynosi ogromną ulgę. Trzeba przypieczętować pewne rzeczy, podzielić się nimi i iść dalej. Album nagraliśmy w marcu ubiegłego roku w studiu Tokarnia u Janka Smoczyńskiego, który jest znakomitym realizatorem. Samo studio też przyczyniło się do kształtu tego materiału, bo jest domowe i panuje w nim świetna atmosfera - relacjonuje Franciszek Raczkowski.

" (...) tych dwoje zrobiło z podstawowych, najbardziej rozpoznawalnych instrumentów świata niesamowitą podróż przez wszystkie emocje. Coś co śmiało można nazwać nowatorskim, współczesnym, awangardowym jazzem. (...) jest to płyta brudna, nieoczywista, pełna zakrętów, korytarzy i ostrych krawędzi. Współczesna, bo przeplata się tu klasyka, mięsisty jazz, elementy rozrywki, a całość oprószona jest ciężkimi ludowymi tkaninami" - można przeczytać w recenzji płyty "Duo" autorstwa Przemo Urbaniaka dla JazzSoul.pl.

Marek S. Bochniarz

  • Raczkowski/Kostka Duo w ramach cyklu JazzZamek #19
  • 26.01, g. 19
  • Centrum Kultury Zamek
  • bilety: 25 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2019-01-21 11:54:33 219693 <![CDATA[fot. materiały prasowe]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,128090,219693,show2.jpg 219695 <![CDATA[fot. materiały prasowe]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,128090,219695,show2.jpg 219696 <![CDATA[fot. materiały prasowe]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,128090,219696,show2.jpg
128105 2019-01-21 13:56:59 Pablopavo to nie tylko czołowa postać polskiej sceny muzycznej i wybitny "tekściarz", ale też laureat i finalista najpoważniejszych konkursów literackich. W piątek w Zamku będzie promował swój najnowszy, znakomity album, nagrany z zespołem Ludziki.

]]>
"Staraliśmy się działać wedle zasady, że nie wolno pozostawiać tak poważnej rzeczy jak muzyka taneczna ludziom bez wyobraźni i iskry szaleństwa" - napisali artyści na okładce swojej najnowszej płyty "Marginal". Krążek, który był promowany świetnym singlowym utworem "Karwoski" jest z całą pewnością najbardziej tanecznym ze wszystkich solowych wydawnictw, które ma na koncie Pablopavo. Lider jest tu w niesłabnąco znakomitej formie wokalnej i tekściarskiej, a rewelacyjnego wsparcia udzielają mu świetni instrumentaliści współtworzący zespół.

Nie dla królów parkietu

Promując swój najnowszy album artysta udzielił w ubiegłym roku wielu wywiadów. Jak zawsze bardzo ciekawie opowiadał w nich m.in. o swoim rozumieniu twórczości. W rozmowie publikowanej przez "Dziennik Gazetę Prawną" twierdził, nie bez racji: "W Polsce wielu artystów nie przykłada wagi do tego, co śpiewa" I dodawał: "Dla mnie ważne jest, co chcę powiedzieć ze sceny, ale nigdy nie myślę o tekstach w oderwaniu od dźwięku. Siłą piosenki jest przecież jej melodia, rytm". Nie ma wątpliwości, że jego umiejętność snucia opowieści jest szczególnym zjawiskiem na polskiej scenie muzycznej. Przyznać trzeba jednak i to, że artysta - wraz z towarzyszącymi mu instrumentalistami - dba o to, by każdy kolejny album ukazywał nieco inne oblicze zespołu, nawiązywał do innych stylów, budził odmienne skojarzenia. Ten najnowszy w zamierzeniu miał sięgać do estetyki disco, ale nie tej upiornej, która kojarzy się z biesiadną współczesnością. Natchnieniem była tu raczej "czarna" muzyka lat 70. - funkowa, soulowa, z odrobiną reggae i bluesa, kołysząca w mądrym rytmie. Definiując muzyczną formułę wybraną dla najnowszego albumu, artysta zdradzał Onetowi: "Jeżeli myśleliśmy o imprezie, tańcu - to raczej nie o królach i królowych parkietu, tylko o ludziach, którzy w takich sytuacjach stoją na uboczu, może nawet pod ścianą, szukając własnego rytmu".

Inteligentny i wrażliwy

Pablopavo to niewątpliwie jedna z najciekawszych, najoryginalniejszych osobowości na polskiej scenie muzycznej. Zdobył wielkie uznanie prasy muzycznej oraz licznych fanów jako autor tekstów, a także wokalista słynnej grupy Vavamuffin (która niedawno obchodziła - także w Poznaniu - piętnastolecie istnienia). Od blisko dekady realizuje równolegle, z niemniejszymi artystycznymi sukcesami, karierę solową, nagrywając i koncertując głównie z zespołem Ludziki. Choć ma też na koncie krążki z DJ Praczasem oraz w trio Pablopavo  / Iwanek / Praczas.

Już od pierwszych nagrań pisano o nim, że w jego twórczości ożywa tradycja Stanisława Grzesiuka i wszystko co najlepsze w tzw. folku miejskim. Że, mimo tych odniesień, jego muzyka nie przestaje być przejmująco aktualna. To bez dwóch zdań jeden z najlepszych tekściarzy i jeden z najważniejszych wykonawców muzyki tzw. popularnej ostatnich lat w naszym kraju, co zwiastował już jego pierwszy solowy singel, wydany dziesięć lat temu, "Telehon", a potwierdzały wszystkie, bez wyjątku, kolejne płyty.

O wspomnianym już debiucie, krążku "Telehon", Marcin Świetlicki mówił: "No, wreszcie, wreszcie ktoś, kto rymuje inteligentnie i wrażliwie, głos ma jak należy, muzykę smaczną, naprawdę za dużo było już tych cwaniakowatych, niezbyt mądrych matołów, przyszedł Pablopavo i świat odtąd będzie trochę inny". Krzysztof Varga dodawał: "Pablopavo w miałkim popiele polskiej muzyki lśni jak diament". Z kolei redaktor naczelny "Lampy", Paweł Dunin-Wąsowicz twierdził: "Objawił się artysta obdarzony wielostronnym talentem literackim - epickim, lirycznym, narracyjnym, reporterskim (...), wreszcie słowotwórczym".

I byłoby to wszystko nieznośnym wręcz patosem, gdyby nie fakt, że to prawda.

"Mikrotyki"

Dodać trzeba, że Pablopavo naprawdę nazywa się Paweł Sołtys. Przed przystąpieniem do Vavamuffin występował m.in. w grupie Magara oraz Zjednoczeniu Sound System. W czasie swej kariery współpracował z ogromną liczbą innych artystów: od Sidneya Polaka (nie mylić z Sydney'em Pollackiem) po Maleo Reggae Rockers, od Molesty po Świetliki.

Z Ludzikami wydał dotąd płyty: "Telehon", "10 piosenek", "Polor" i Ladinola". W 2014 roku opublikował krążek "Tylko" sygnowany wyłącznie jako Pablopavo, nagrany solo.

Dodajmy też, że artysta pod swym prawdziwym nazwiskiem opublikował w 2017 roku w wydawnictwie Czarne tom opowiadań "Mikrotyki", który powszechnie został uznany za literackie wydarzenie. Został on świetnie przyjęty nie tylko przez czytelników i recenzentów, ale też gremia nagradzające. Dał bowiem autorowi m.in. Nagrodę Literacką Gdynia, Nagrodę im. Marka Nowakowskiego czy awans do ścisłego finału Nike.

Tomasz Janas

  • Pablopavo i Ludziki
  • 25.01, g. 20
  • Sala Wielka CK Zamek
  • bilety: 35-55 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2019-01-22 12:17:54 219779 <![CDATA[Pablopavo i Ludziki, fot. materiały prasowe]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,128105,219779,show2.jpg 219780 <![CDATA[Pablopavo, czyli Paweł Sołtys, fot. materiały prasowe]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,128105,219780,show2.jpg 219781 <![CDATA[Okładka płyty "Marginal" - tył, fot. materiały prasowe]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,128105,219781,show2.jpg
128091 2019-01-21 11:18:23 - Gdzieś znów słyszałem, że mam głos jak A, wąsy jak D i piosenki jak R - śpiewa Patrick the Pan, czyli Piotr Madej, w utworze "S30E01" z ostatniej, już trzeciej płyty. W ramach trasy promującej album "trzy.zero" artysta odwiedzi wraz ze swym zespołem Poznań i wystąpi w Meskalinie.

]]>
Piotra Madeja początkowo bardzo pasjonowały sprawy techniczne związane z samym nagrywaniem muzyki - i stąd trafił na dwuletnie studium realizacji dźwięku w Katowicach. - Z perspektywy czasu wiem, że realizacja dźwięku mnie nie kręci. Okazało się, że chodziło mi tak naprawdę o produkcję- czyli kreatywną pracę w studiu. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że tak się to nazywa i oddziela od siebie. Czasem jednak te rzeczy się ze sobą zazębiają, bo na przykład wybór mikrofonu czy wzmacniacza mocno wpływa na brzmienie, a jego kształtowaniem zajmuje się producent - wyjaśnia.

Gdy sześć lat temu w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie poszukiwano realizatora dźwięku, pomimo braku doświadczenia został natychmiast przyjęty. - Robiłem w teatrze wszystko co związane z dźwiękiem: spektakle, koncerty, konferencje... mikrofony, kable, mikroporty...- wylicza Piotr.

Koniec grudnia 2012 przyniósł premierę jego debiutanckiego albumu "Something of an End", który nagrał i wydał samodzielnie, eksperymentując z możliwościami homerecordingu. Na tę wyjątkową płytę trafiły prawie wyłącznie subtelne piosenki w języku angielskim i jedna po polsku. Debiut okazał się też bardzo udany - przyniósł spore zainteresowanie mediów, krytyków muzycznych, a także propozycje koncertów, więc Madej zaczął szukać muzyków, z którymi mógłby wykonywać na żywo nagrane przez siebie kompozycje. Jego zespół współtworzą obecnie Wawrzyniec Topa, Kuba Duda i Adam Stępniowski. Gdy w 2015 roku został wydany jego drugi album "...niczym jak liśćmi", płyta trafiła na 1. miejsce najlepszych polskich płyt roku zestawienia Brand New Anthem. "Piotr Madej po raz drugi udowodnił, że jest geniuszem tworzenia zajmujących kompozycji"- pisano w uzasadnieniu. Gościnnie na płycie wystąpił Dawid Podsiadło.

W sierpniu ubiegłego roku Madej wydał swój najdojrzalszy, dość melancholijny album "trzy.zero", w którym za punkt wyjścia obiera zbliżanie się do osiągnięcia trzydziestych urodzin. Niemniej, daleko w nim do sztampowej wizji "kryzysu" związanego z 30-tką- to raczej swoiste muzyczne podsumowanie, oparte o zainteresowanie rzeczami smutnymi. A że w międzyczasie artysta doszedł do momentu, gdy już bardzo pewnie czuje się w pisaniu piosenek w języku polskim, to bodaj największym atutem tej płyty okazały się doskonale napisanie teksty. Wiele zmian przyniosła Madejowi propozycja współpracy z zespołem Dawida Podsiadły. - Było to bardzo ryzykowne i kosztowało mnie wiele stresu, bo musiałem zrezygnować z pracy w teatrze o wiele wcześniej, zanim pojechałem na próby do Warszawy. Nie zostałem co prawda zaproszony na jakiś oficjalny casting -śmieje się Piotr. - Bo przez to, że się z Dawidem znamy wiedziałem, że mnie chce, ale podchodziłem do tego ostrożnie. Sprawdziłem się jednak i będę grać w zespole również podczas wiosennej trasy koncertowej. Mam nadzieję, że zostanę w nim jak najdłużej, bo jest mi w nim bardzo dobrze - przyznaje.

I tak - Madej prócz twórcy stał się również wykonawcą. - W takim dużym projekcie jest kierownik muzyczny a wręcz dwóch. To zarazem członkowie zespołu. W teorii wszystkim sterują i zarządzają aranżacjami. Nie jest to jednak tak brutalne, jak brzmi, bo mimo wszystko każdy z nas jest doświadczonym muzykiem, a niektórzy są najlepsi w swoim fachu w kraju. Nasze sugestie i propozycje przechodzą, bo są przemyślane i uwarunkowane instynktem - wyjaśnia.

Dla Madeja praca w zespole Podsiadły to okazja do zdobycia nowych doświadczeń. - To muzyka pop, w której wszystko jest proste. A prostota to coś, czego najtrudniej jest się nauczyć. Im dłużej grasz, tym bardziej kombinujesz i starasz się, żeby było to wyszukane. Magia polega na tym, żeby umieć się cofnąć i grać jak najprościej - zdradza artysta. Kiedy nagrywał swoją trzecią płytę wydawało mu się, że jest najprostsza z tych, jakie dotąd napisał. - Po zagraniu koncertów, na których gram proste i dobre piosenki widzę, że czeka mnie jeszcze dużo pracy. Do tej pory jak robiłem numer w Patrick the Pan, to trwało to wręcz parę miesięcy - bo wszystko musiało być dopieszczone, wyszukane i idealne. Teraz mam ochotę nagrać płytę zupełnie nie mając na nią pomysłu. Na przykład wchodzę do studia i pod wieczór mam już szkic piosenki. Skłania do tego nie tylko doświadczenie współpracy z Dawidem ale i to, że dużo teraz rzeczy produkuję dla innych i ludzie przychodzą do mnie z prostymi pomysłami. Uczę się od nich tego, że to naprawdę działa - mówi Piotr Madej.

Marek S. Bochniarz

  • Patrick the Pan
  • 24.01, g. 19
  • Meskalina
  • bilety: 25-35 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2019-01-21 11:39:32 219689 <![CDATA[fot. Paulina Wyszyńska]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,128091,219689,show2.jpg 219690 <![CDATA[fot. Paulina Wyszyńska]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,128091,219690,show2.jpg 219691 <![CDATA[fot. Paulina Wyszyńska]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,128091,219691,show2.jpg 219692 <![CDATA[fot. Paulina Wyszyńska]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,128091,219692,show2.jpg
128001 2019-01-17 10:16:47 Orkiestra to "narzędzie" służące zazwyczaj do wykonywania tzw. muzyki poważnej. To dalekie uproszczenie, niemniej sale koncertowe filharmonii - a więc główne miejsca, w których takie zespoły występują - rozbrzmiewają raczej symfoniami i uwerturami, aniżeli standardami jazzowymi. Z drugiej strony zapominamy, jak wiele utworów muzyki klasycznej służyło rozrywce i zabawie. Taką stronę muzyki - zarówno klasycznej, jak i jazzowej - zgłębi kolejny koncert Orkiestry Kameralnej Polskiego Radia Amadeus.

]]>
"Karnawał z Amadeusem" - nazwa koncertu mówi wiele o repertuarze, który przygotowała dla nas orkiestra. Zespół pod przewodnictwem Agnieszki Duczmal wykona utwory pełne motywów z muzyki klezmerskiej, jazzowej, ale także klasykę.

Koncert rozpocznie kompozycja klasyka klasyków - "Serenata notturna" Wolfganga Amadeusza Mozarta. Ci, którzy dobrze znają muzykę wiedeńskiego kompozytora, doskonale wiedzą, jak bardzo skrzy się ona humorem, jasnymi barwami i melodiami, które prócz niepodważalnej genialności - niosą w sobie to wszystko, czego oczekujemy od muzyki rozrywkowej - są lekkie, wpadające w ucho, idealne do śpiewania. Kolejny utwór - "II Koncert fletowy" Saverio Mercadante z orkiestrą wykona Jadwiga Kotnowska - wybitna interpretatorka muzyki dawnej i najnowszej. Kompozycja Saverio Mercadante jest jednym z najpopularniejszych utworów z repertuaru fletowego epoki wczesnego romantyzmu - radosna kompozycja skrywa w sobie żywiołowy temat nawiązujący do muzyki rosyjskiej, odwołuje się także do subtelnego stylu francuskiego, jak i liryzmu włoskiego.

W dalszej części koncertu czekają nas aż cztery prawykonania. Jeden z najsłynniejszych polskich pianistów jazzowych - Andrzej Jagodziński - dla poznańskiej orkiestry przygotował aranżacje standardów. Usłyszymy "Água de Beber" - bossa novę skomponowaną przez Antonio Carlosa Jobima, słynną włoską piosenkę "Estate", przekształconą w standard dzięki interpretacji João Gilberto, a także dwa utwory Chicka Corei - wspaniałego pianisty jazzowego, pioniera stylu fusion. W jazzowej części koncertu z pewnością na scenie królować będzie pochodzący ze Szczecina José Manuel Albán Juárez. Artysta ten jest perkusistą i perkusjonistą. Współpracował z artystami, którzy - gdyby ustawić ich na muzycznej mapie gatunków - znaleźliby się na przeciwległych biegunach. Łona, Jimek, Maanam, Tomasz Stańko, Waglewscy, Paulina Przybysz - to tylko niektóre nazwiska muzyków, którzy znaleźli się na jednej scenie z Juárezem.

Na koniec czeka nas utwór "Concerto grosso" Airata Ichmouratova, kompozytora, dyrygenta i klarnecisty, który podczas wieczoru pokaże się także jako solista.

Beztroski okres karnawału był i jest inspiracją dla wielu kompozytorów, począwszy od klasyków po jazzmanów i artystów muzyki pop. Pozwólmy jednak, by podczas koncertu podziały na muzyczne gatunki zniknęły. Niech dźwięki zabrzmią nieskrępowaną radością.

Aleksandra Kujawiak

  • Koncert "Karnawał z Amadeusem"
  • wykonawcy: Jadwiga Kotnowska, José Manuel Albán Juárez, Airat Ichmouratov, Orkiestra Kameralna Polskiego Radia Amadeus pod dyr. Agnieszki Duczmal
  • Aula UAM
  • 20.01, g. 18
  • bilety: 30-50 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2019-01-17 10:34:41 219481 <![CDATA[Airat Ichmouratov]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,128001,219481,show2.jpg
128011 2019-01-17 12:45:30 "Nowy rok, zima jest, kamień leży, aż go kiedyś siłę będę wtoczyć miał/ Może wtedy uda się?/ A teraz tchu mi brak" - śpiewały Pustki w 2006 roku na płycie "Do mi no", która przyniosła zespołowi dużą popularność. Dziś tchu zabrakło z pewnością także fanom bandu, który od kilkunastu lat współtworzy polską scenę pop-rockową. I współtworzyć wkrótce przestanie.

]]>
"W chwili osiągnięcia pełnoletniości, czyli po 18 latach wytwarzania hałasu zespół Pustki decyduje się przycichnąć, a jego członkowie zajmą się teraz innymi projektami. Ale zanim to nastąpi, będzie okazja żeby zobaczyć Pustki na scenie na kilku pożegnalnych koncertach" - ta wiadomość mogła być zaskoczeniem dla wszystkich fanów. I chociaż wydana w 2015 roku płyta Wydawało się podsumowała najważniejsze dokonania zespołu, z pewnością dla wielu słuchaczy nie była zwiastunem pożegnania, a przystankiem w drodze do kolejnych albumów.

Aktualny skład Pustek tworzą: Barbara Wrońska, Radek Łukasiewicz oraz Grzegorz Śluz. Wokalistka zespołu, znana także z siostrzanego duetu Ballady i romanse, w lutym 2018 roku wydała solowy album Dom z ognia. Bardzo dobrze odebrany przez krytyków i publiczność z pewnością może stanowić drogowskaz dla fanów Wrońskiej. Solowa kariera jest jeszcze przed nią. "Płyta pozbawiona jest eksperymentów, nadmiernie eksponowanej elektroniki i sampli. Barbara Wrońska po prostu nagrała dziesięć prostych piosenek, nie stroniąc od rockowych brzmień" - pisał o solowym debiucie wokalistki na łamach JazzSoul.pl Maciej Saskowski. Wiadomo także, że Radek Łukasiewicz kontynuować będzie projekt Bisz/Radex. O współpracy z raperem Łukasiewicz mówił, że rozpoczęła się spontanicznie: - Zgadaliśmy się kiedyś, powiedziałem Jarkowi, że lubię hip-hop i że mam kilka podkładów, które dziergałem sobie na boku. Było też sporo rozmów o tekstach i slamach poetyckich, jako że obaj mamy z nimi doświadczenia. W końcu wysłałem Biszowi jakiś podkład, na co on oznajmił: "Stary, za rok zrobię z tego singiel".

Dalsze muzyczne plany perkusisty zespołu, Grzegorza Śluza, nie są jeszcze znane.

Trudno powiedzieć, co stanowi fenomen zespołu Pustki. Każda kolejna płyta tak bardzo różniła się od poprzedniej, że nie sposób dać jednoznaczną odpowiedź na pytanie: skąd wziął się ich sukces? Warstwa tekstowa ich piosenek zmieniała się, stale ewoluowała, by na doskonałej płycie Kalambury wziąć na warsztat teksty Wyspiańskiego, Broniewskiego, Leśmiana czy Tuwima.

Pod względem muzycznym Pustki łagodniały. Z rockowego bandu (płyta Studio Pustki) kierowała się w stronę popu i elektroniki, upraszczała formy utworów, nie ze szkodą jednak dla brzmieniowej warstwy. I chociaż z jednej strony szkoda, że ciągu dalszego nie będzie, to jednak zakończenie kariery w tak wyśmienitym punkcie stawia Pustki w grupie nielicznych polskich zespołów, które wiedziały, kiedy "ze sceny zejść niepokonanym".

Aleksandra Kujawiak

  • Pustki - koncert pożegnalny
  • CK Zamek, Sala Wielka
  • 20.01, g. 19
  • bilety: 35 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019

  

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2019-01-17 12:49:31 219496 <![CDATA[Grzegorz Śluz, Barbara Wrońska i Radek Łukasiewicz, fot. Filip Styliński]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,128011,219496,show2.jpg
127976 2019-01-16 13:23:22 Występ Phurpy to niecodzienne wydarzenie, balansujące na granicy koncertu oraz obrzędu rytualnego. Muzyka, która powstała pod wpływem inspiracji muzyką pre-buddyjską i eksperymentami noisowymi, wybrzmi w sobotę w poznańskim Pawilonie. Dodatkowo ten unikatowy, mistyczny popis dźwiękowy zostanie wsparty obecnością twórców z dwóch innych projektów muzycznych: The Nent i Skrei.

]]>
Alexey Tegin, jeden z muzyków z Phurpy, w wywiadzie udzielonym "Trans/Wizji" w ten sposób skomentował połączenie między obrzędem a koncertem: - W moim mniemaniu nie ma czegoś takiego, jak tzw. muzyka rytualna. Jest muzyka i jest rytuał - działanie magiczne, które urzeczywistnia się poprzez dźwięk. Phurpa to doświadczenie mistyczne. Naszą intencją była przemiana świadomości poprzez dźwięk. Ta intencja wytwarzała moc. Siła woli sprzyja transformacji. Być może najbardziej pasujące do nas określenie to "maszyna rytualna tworzona przez ludzi".

Twórca od lat zajmuje się muzyką rytualną. Początki jego zainteresowania sięgają lat 90., kiedy to poszukiwał brzmień pasujących do jego muzycznej wizji oraz szkolił się twórczo w różnych środowiskach zajmujących się obrzędami.

Zespół pochodzi z Rosji, jednak inspiracją dla jego powstania była fascynacja tradycją Bön - pre-buddyjską praktyką muzyczną. To z niej muzycy wynieśli umiejętność posługiwania się niskim gardłowym głosem nazywanym "rgyud-skad". Alexey Tegin opanował tę technikę  dzięki wsparciu prawdziwych zakonników. Odrealnione, wręcz "nieludzko" brzmiące melodie wydobywane przez wokalistów wprowadzają na scenę niepowtarzalną, mistyczna aurę. Dodatkowym atutem, niemniej istotnym podczas obrzędowego spektaklu dźwięków, są tajemniczo wyglądające instrumenty, nadające rytm i wprowadzające w trans. Muzycy grają też na tajemniczych przyrządach przypominających bębny, rogi, cymbały, oboje o tradycyjnym, tybetańskim pochodzeniu. Na stronie zespołu można przeczytać, że część z nich przyrządzona jest ze zwierzęcych, a nawet ludzkich kości.

Koncert Phurpy to także ciekawe zjawisko pod względem wizualnym. Artyści skryci za czarnymi woalami, przykrywający głowy spiczastym elementem stroju, wyglądają tajemniczo i intrygująco. W trakcie występu muzycy nawiązują do działań rytualnych poprzez obrzędowe gesty, takie jak palenie kadzideł. Występy Phurpy mijają w atmosferze mieszanki spokoju i mroku.  Wyciszające, lecz jednocześnie niepokojące brzmienia, przemieniają scenę w odrealnioną przestrzeń duchową. Na koncertach uczestnicy siedzą i pozwalają świadomości przemieniać się pod wpływem melodii. Z całą pewnością zespół ten idealnie dopasuje się do muzycznych potrzeb tych fanów dark ambientu czy drone, którzy chcieliby poszerzyć swoje horyzonty także o kontekst nieco bardziej etniczny i akustyczny.

Poza mrocznym występem Phurpy, uczestnicy będą mogli zapoznać się także z twórczością Giuseppe Capriglione, który wystąpi tego wieczoru prezentując swój solowy projekt Skrei. Jego muzyka nie odbiega daleko od założeń estetycznych Phurpy. Możemy spodziewać się równie mrocznej aury, gdyż twórca ten specjalizuje się w eksperymentach dronowych i noise'owych.

Występy obu muzycznych projektów uświetni także obecność twórców audiowizualnych z projektu  The Nent. Na ich występ składać się będą zarówno elementy perkusyjne, jak i zarejestrowane dźwięki terenowe.

Przed paroma laty Phurpa wystąpiła w Katowicach podczas Off Festiwalu. Zgromadzona wówczas publiczność poddała się medytacyjnemu transowi w osłonie letniego wieczoru. Tym razem tybetański mistycyzm przełamywać będzie styczniowe śniegi. Z pewnością wydarzenie to warte będzie uwagi, podobnie dla odbiorców, jak i Phurpy, która jeszcze nie miała okazji wystąpić w Poznaniu. Wydarzenie łączące pokaz trzech wspomnianych projektów będzie długie, bo skończy się dopiero po trzygodzinnym obrzędzie, przez co seans medytacyjny może obfitować w wiele ciekawych przeżyć duchowych.

Julia Niedziejko

  • Phurpa
  • Pawilon
  • 19.01 g. 20
  • bilety: 40 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2019-01-16 13:38:53 219458 <![CDATA[fot. materiały prasowe]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,127976,219458,show2.jpg
127921 2019-01-15 08:56:11 Premierą "Halki" 31 sierpnia 1919 roku, ponad sto lat po urodzinach Stanisława Moniuszki, zainaugurowano pierwszy sezon w poznańskim Teatrze Wielkim. Celebrację 200. rocznicy urodzin kompozytora rozpocznie z kolei Filharmonia Poznańska. Rok 2019 będzie szczególny zarówno dla poznańskiej instytucji, jak i całej Polski, gdyż Moniuszko został patronem roku.

]]>
Szkoły narodowe w muzyce XIX wieku tworzyły się w najróżniejszych państwach, gdzie rodziły się idee narodowej odrębności. W Rosji królowała Potężna Gromadka (Aleksander Borodin, Milij Bałakiriew, Cezar Cui, Modest Musorgski, Nikołaj Rimski-Korsakow), w Norwegii Edward Grieg, w Czechach Bedřich Smetana i Antonín Dvořák, w Polsce zaś przede wszystkim Fryderyk Chopin. Obok niego często stawia się Moniuszkę jako "ojca opery narodowej". Sam kompozytor trochę kpił z porównywań z Chopinem i insynuacji, jakoby miał być następcą wielkiego pianisty. Twórczości tych porównać się nie da, Moniuszki samoświadomość własnych ograniczeń jest zaś ujmująca. Jego muzyka nie jest wybitna ani pionierska. Jej siła tkwi w szczerości i oddaniu swoim czasom.

Jednym z dwóch dzieł kompozytora, które przeszły na stałe do repertuarów polskich oper, jest Halka. Libretto Włodzimierza Wolskiego, który napisał tekst także do innej opery kompozytora - Hrabiny, opowiada historię nieszczęśliwie zakochanej, naiwnej dziewczyny, która seks z jednym z głównych bohaterów - Januszem - wzięła za dowód miłości. Bogacz ani myśli związać się z wiejską dziewczyną, w planach ma już ślub z piękną Zosią, córką Stolnika. Główną bohaterką, jak to w romantycznych operach bywa, targają wielkie emocje...

Partytura Halki od czasów prapremiery (Wilno, 1848) uległa licznym zmianom. We wzbogaconej, czteroaktowej wersji zabrzmiała dekadę później w Warszawie i to właśnie ta data uznawana jest za początek historii polskiej opery. O sukcesie dzieła świadczy liczba jego wykonań - do 1872 roku (śmierć Moniuszki) wystawiono Halkę 150 razy. W roku 1900 było ich już 500. Wkrótce polonez Niech nam żyje para młoda grany był nie tylko w teatrach polskich, ale też w Pradze, Moskwie, Kijowie, Rydze, Nowym Jorku oraz Mediolanie. Dziś na arenie międzynarodowej muzyka Moniuszki została zapomniana.

Otwarcie roku Stanisława Moniuszki w Filharmonii Poznańskiej uświetni projekcja filmu Halka z 1927 roku. Wyświetlanemu obrazowi towarzyszyć będzie muzyka na żywo. W tytułowej roli wystąpi Marcelina Beucher - laureatka m.in. Międzynarodowego Konkursu Wokalnego im. Evy Martón na Węgrzech, Marcella Sembrich-Kochanska International Voice Competition w Nowym Jorku oraz Placido Domingo Operalia Competition w Guadalajarze w Meksyku. W pozostałych rolach usłyszymy Rafała Bartmińskiego (tenor) oraz Mariusza Godlewskiego (baryton). Orkiestrę Filharmonii Poznańskiej poprowadzi Adam Banaszak - dyrygent młodego pokolenia, któremu rozgłos przyniosło kierownictwo muzyczne nad Czarodziejską górą Mykietyna.

Aleksandra Kujawiak

  • Koncert "Halka na ekranie i na estradzie"
  • Aula UAM
  • 19.01, g. 18
  • bilety: 20 zł

* UWAGA! W związku z żałobą narodową po śmierci Pawła Adamowicza - prezydenta Gdańska, Filharmonia Poznańska zmienia program i termin 474. Koncertu Poznańskiego zaplanowanego na sobotę 19 stycznia 2019 r. Koncert Halka na ekranie i na estradzie odbędzie w drugiej połowie roku 2019, w sezonie artystycznym 2019/2020. W piątek (18.01) odbędzie się wydarzenie muzyczne upamiętniające zmarłego prezydenta.  Usłyszymy Symfonię pieśni żałosnych Henryka Mikołaja Góreckiego oraz Marsz żałobny Antoniego Orłowskiego Stanisława Moniuszki. Wystąpią Orkiestra Filharmonii Poznańskiej pod dyrekcją Adama Banaszaka oraz sopranistka Marcelina Beucher. Karnety KP  na 19 stycznia oraz mega-wejściówki MW zachowują ważność na piątkowy koncert 18 stycznia.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2019-01-16 13:59:11 219379 <![CDATA[Marcelina Beucher (fot. A. Włodarczyk)]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,127921,219379,show2.jpg
127922 2019-01-15 09:04:15 Koncertowali z powodzeniem na całym świecie, ich płyty wydawała słynna oficyna Tzadik, są jednym z najoryginalniejszych zjawisk ostatnich dwóch dekad na polskiej scenie muzycznej. Zespół Bester Quartet wystąpi w piątek w Blue Note w ramach 22. Dnia Judaizmu.

]]>
"Grywaliśmy na Kazimierzu krakowskim po różnych knajpkach. Tak szlifowaliśmy swój styl. Było to bardzo dobre, bo dużo nas nauczyło: odwagi, luzu w muzyce... Popchnęło nas to do poszukiwania nowych pomysłów. Poznaliśmy tradycję muzyki klezmerskiej i zaczęliśmy na tej bazie tworzyć nowe elementy, które pozwoliły nam wyjść poza krąg klezmerski" - tak opowiadał Jarosław Bester  przed kilkoma laty na antenie radiowej Dwójki o początkach swego zespołu. Dziś w twórczości krakowskiego kwartetu równie ważne co żydowskie inspiracje są autorskie wizje lidera. Twórczość grupy wciąż ewoluuje, wciąż odnajdują się w niej nowe barwy, nowe natchnienia. Nie przypadkiem przecież ponad dekadę temu, będąc (z ówczesnej perspektywy) u szczytu kariery muzycy zmienili nazwę zespołu. To była kwestia artystycznej uczciwości, ale też scenicznej odwagi...

Dzięki temu artystycznemu zaangażowaniu i scenicznej oryginalnością recenzenci mogą pisać o twórczości grupy tak, jak swego czasu Jacek Hawryluk: "To prawdziwa mieszanka wybuchowa, kulturowy tygiel, zaskakujący różnorodnymi pomysłami i rozbrajającą dynamiką gry - jest tu muzyka klezmerska, fascynacja folklorem południowej Europy, improwizacja, otwartość i nieprzewidywalność (...), a przy tym energia i zapamiętanie godne rockowych bandów".

Olśnienia i zachwyty

Powstali jako Cracow Klezmer Band w 1997 roku. Od początku ton poczynaniom zespołu nadaje wybitny akordeonista Jarosław Bester, absolwent krakowskiej Akademii Muzycznej. Pomysł na granie polegał na próbie szukania własnego języka w odwołaniach do tradycji muzyki klezmerskiej. Bliska przyszłość miała pokazać również, że lider ma też wielki talent kompozytorski.

W roku 2000, jeszcze zanim ukazała się ich debiutancka płyta, muzycy zdobyli Grand Prix na organizowanym przez Polskie Radio festiwalu Nowa Tradycja. Olśniewająca, ożywcza propozycja grupy podobała się nie tylko w kraju. Zresztą z czasem okaże się, że to za granicami artyści są bardziej znani i cenieni niż w Polsce.

Wspomniana pierwsza płyta "De Profundis" (właśnie w roku 2000) została wydana przez nowojorską wytwórnię Tzadik, której właścicielem jest wybitny muzyk John Zorn. Ten ostatni, zachwycony muzyką zespołu, uczynił krakowski kwartet jednym z kluczowych przedstawicieli swojej oficyny wydawniczej. W kolejnych latach ukazywały się w katalogu Tzadika następne płyty "The Warriors" i "Bereshit" wypełnione głównie autorskimi kompozycjami członków grupy. Na ostatniej ze wspomnianych gościnnie śpiewała Grażyna Auguścik.

Pod okiem Zorna

Kolejnym przełomowym momentem w biografii zespołu było nagranie płyty "Sanatorium under the sign of the Hourglass". To dzieło, zgodnie z tytułem ("Sanatorium pod klepsydrą") zainspirowane twórczością Brunona Schulza, w całości skomponowane zostało przez Johna Zorna. Trudno było ten fakt odczytać inaczej niż jako wielkie wyróżnienie dla polskich muzyków - a dodajmy, że Bester został też aranżerem całości. Kompozycje Zorna przyniosła też kolejna płyta "Balan", należąca do głośnego cyklu wydawnictw "The Book Of Angels". Gościnnie wspaniale zaśpiewał z kwartetem Jorgos Skolias. Wydanie koncertowego albumu "Remembrance" - zrealizowanego w studio muzycznym Polskiego Radia - było symbolicznym, fonograficznym zamknięciem tego etapu działalności grupy. W graniu zespołu coraz mniej było odwołań do tradycyjnych klezmerskich nut, coraz więcej innych elementów - muzyki kameralnej, współczesnej, improwizowanej, zasłuchanej w natchnienia world music z różnych zakątków globu - od orientu po Amerykę Południową.

Konsekwencja i zmiany

Konsekwencją powyższego była zmiana nazwy zespołu. Jak wspomniałem była to mądra, ale i odważna decyzja. Miała też pokazać, że pod nowym szyldem (i w ciut zmienionym składzie) zespół proponuje niemniej interesującą, wyrafinowaną muzykę niż wcześniej. Na pierwszą płytę pod nową nazwą musieliśmy trochę poczekać, ale wydany w 2012 roku album "Metamorphoses" - wypełniony kompozycjami Bestera - z pewnością okazał się jednym z najlepszych wydawnictw w historii zespołu. Kolejny rok okazał się za to najbardziej obfity fonograficznie w dotychczasowej działalności grupy. Tzadik wydał rewelacyjną płytę "The Golden Land" z autorskimi opracowaniami kompozycji Mordechaja Gebirtiga. Inny album ukazał się staraniem polskiej wytwórni For Tune - było to podwójne koncertowe wydawnictwo "Krakoff" zawierające płytę CD i DVD. Zespół nieustannie koncertuje, realizuje nowe projekty i zbiera pomysły na nowe wydawnictwa. Jednym z nich będzie być może płyta z kompozycjami Dawida Bajgelmana, który to program kwartet z zaproszonymi gośćmi wykonał latem minionego roku w Łodzi.

Do Poznania zespół przybywa w nieco odświeżonym składzie. Zagrają dla nas: Jarosław Bester - akordeon , Dawid Lubowicz (znany m.in. z Atom String Quartet) - skrzypce, Maciej Adamczak - kontrabas, Ryszard Pałka - instrumenty perkusyjne.

Tomasz Janas

  • 22. Dzień Judaizmu: Bester Quartet
  • Blue Note
  • 18.01, g. 20
  • bilety: 65/50 zł
  • koncert przeniesiony na 24.01.2019, g. 20
    *
    Z POWODU ŻAŁOBY KONCERT ZOSTAJE PRZENIESIONY NA CZWARTEK, 24.01.2019. ZAKUPIONE BILETY ZACHOWUJĄ WAŻNOŚĆ LUB MOŻNA JE ZWRACAĆ W PUNKTACH ZAKUPU.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2019-01-17 14:06:22 219381 <![CDATA[fot. materiały prasowe]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,127922,219381,show2.jpg
127768 2019-01-09 13:00:13 Muzyk australijskiego pochodzenia, Philip Bracken, pojawi się gościnnie w poznańskiej Meskalinie. Jego pełne ciepła i harmonii kompozycje gitarowe będzie można usłyszeć na żywo już w środę. Piosenki Brackena przywodzą skojarzenia z odległymi miejscami, w których króluje słońce, jednak jeden ze swoich pogodnych projektów zrealizował tutaj - w Polsce. Płyta o niepozornej acz sugestywnej nazwie "The Opole session" dowodzi, że folkowe brzmienia można za pomocą gitary znaleźć nawet na drugim końcu świata.

]]>
Jak na razie artysta nie posiada na swoim muzycznym koncie rozległej dyskografii, lecz nie umniejsza to wcale jego obecnym dokonaniom. Zdążył już zapaść w pamięć wielu słuchaczy z różnych stron świata. Wydana w 2008 minipłyta dotarła z Australii aż do Europy i dobrze się tu przyjęła. Za sprawą "Everything Looks Better in Candlelights",  Bracken dał się poznać jako artysta o określonej wizji muzycznej, która zdaje się pasować do upodobań miłośników brzmień gitary akustycznej. Muzyk wielokrotnie występował w Czechach, Portugalii i Włoszech; zarówno podczas solowych koncertów, jak i w trakcie festiwali muzycznych. W Polsce, w której z powodów prywatnych zatrzymał się na dłużej, występował już wcześniej, a Poznań jest dla niego kolejnym punktem do odhaczenia na mapie naszego kraju.

Utwory Brackena momentami przypominają piosenki Jose Gonzalesa, Bena Harpera lub Neila Younga, lecz w nieco bardziej pogodnej, popowej wersji. Lekkość utworów gitarzysty nie oznacza jednak prostego odtwórstwa lub kompozytorskiej powierzchowności. To raczej sposób obrazowania precyzyjnych kadrów, w których króluje słońce i przestrzeń. Ciepło oraz spokój stają się u Brackena strategią  opowiadania o własnych korzeniach za pomocą muzyki. Wiele tu folkowych wstawek, które zgrabnie nawiązują do pochodzenia muzyka. Wyobrażenia o rozległych ziemiach odległego, australijskiego kontynentu, przychodzą na myśl wręcz odruchowo.

W piosenkach Brackena znajdziemy też nawiązania do indie roots a nawet soulu. Wszystko to splata się w sensowne, pełne harmonii utwory, w których przyjemny, głęboki głos muzyka dobrze splata się z dźwiękami gitar. Teksty do jego kompozycji niosą najczęściej pozytywne przesłanie. Niekiedy piosenki służą mu też do opowiadania historii o miłości, czasie lub podróżach. Artysta jest blisko związany z Opolem, dlatego też stworzył projekt muzyczny, którego korzenie zostały zapuszczone w tym miejscu. Wraz z Jackiem i Jakubem Mielcarkami, Mateuszem Szemrajem i Jarkiem Korzonkiem stworzyli płytę "The Opole session", która ujrzała światło dzienne w 2013 roku. Na tym albumie głos Brackena i jego gitarowe kompozycje zostały wzbogacone o delikatne,  nienachalne brzmienie instrumentów dętych czy perkusji.

Talent australijskiego wokalisty i aura, którą grając wytwarza, została dostrzeżona przez muzyka Roberta Cichego. Polski gitarzysta ma na koncie współpracę z takimi twórcami jak Ania Dąbrowska czy Urszula Dudziak, ale także osobiste projekty. Do jednego z nich zaprosił Brackena i w efekcie można usłyszeć jego śpiew w piosence "The Road" z płyty "Smack", nad którą Cichy pracował wcześniej sam. Udzielając wywiadu dla strony Jazzsoul.pl w ten sposób wypowiedział się na temat australijskiego muzyka: "Kiedy siada i zaczyna grać, to robi się magicznie". Trudno się nie zgodzić.

Słuchanie utworów Brackena jest czystą przyjemnością, jednak przypuszczam, że na żywo jego muzyka może odkrywać jeszcze szersze horyzonty. Spodziewam się hipnotyzującej, urokliwej muzycznej wycieczki po nienazwanych, lecz bardzo przyjemnych i ciepłych skojarzeniach.  Zapowiada się pogodny letni wieczór mimo styczniowego mrozu.

Julia Niedziejko

  • Phillip Bracken
  • 16.01 g. 19
  • Klubokawiarnia Meskalina
  • bilety: 15-25 zł

* Z POWODU ŻAŁOBY WSZYSTKIE KONCERTY W DNIACH 15-17.01 W MESKALINIE ZOSTAŁY ODWOŁANE. PHILIP BRACKEN WYSTĄPI W KLUBIE W KWIETNIU.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2019-01-16 12:22:34 219249 <![CDATA[Phillip Bracken, fot. materiały prasowe]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,127768,219249,show2.jpg
127802 2019-01-10 12:40:54 Już po raz szósty w Poznaniu odbędzie się Bałkański Prawosławny Sylwester. W Klubie u Bazyla wystąpią dwa zespoły: Balkan Sevdah i Jazgodki. Poza tym - tańce w kole, balkan party i inne atrakcje.

]]>
- Takiego sylwestra organizowaliśmy już wcześniej w Warszawie i Krakowie. Potem przyszedł czas na Poznań, gdzie mieszka zaprzyjaźniony z nami DJ EMPE. A on zaproponował Klub u Bazyla - wspomina Marcin Zadronecki.

Zanim w 2004 roku utworzył zespół Balkan Sevdah grał w kilku innych założonych przez siebie zespołach. Pomysł na ten kierunek poszukiwania inspiracji wziął się u niego z zainteresowania muzyką etniczną i podróży. Od dwudziestu lat regularnie odwiedza Bałkany i stara się to robić przynajmniej raz do roku. - Kiedyś to była prawdziwa podróż w egzotyczne rejony, do których nie zaglądali turyści. Sama muzyka bałkańska również była bardzo mało znana, wliczając w to i Gorana Bregovića, bo jeździłem tam jeszcze przed premierą filmu Emira Kusturicy "Underground" - opowiada.

Dzięki wyjazdom Zadronecki zauważył, jak bardzo lokalna muzyka bałkańska jest wszechobecna w życiu lokalnych społeczności - można było ją usłyszeć na ulicy, w radio czy na różnych imprezach. Zakochał się w niej od pierwszego usłyszenia, a poza pięknem melodii i rytmu, urzekła go też olbrzymia różnorodność tej muzyki.

To bogactwo przełożyło się zresztą na brzmienia obecne w utworach zespołu Balkan Sevdah. Grupa, która ma na koncie pięć albumów, sięgała już po muzykę albańską i bułgarską, interpretowała bośniackie sevdalinki czy pieśni z rejonów Hercegowiny i Serbii.

Od kilku lat wraz z Balkan Sevdah u Bazyla występuje też kapela Jazgodki. Zespół sięga po tradycje muzyczne z całej Europy - szwedzkie, duńskie, węgierskie, rumuńskie, cygańskie, bałkańskie, a także hiszpańskie czy polskie. - Ich muzyka jest dużo bardziej różnorodna niż nasza, ale że grają również utwory z Bałkanów, to ich żywiołowość i repertuar sprawiają, że doskonale pasują do naszej imprezy, co sprawdziło się zresztą przy poprzednich edycjach - wyjaśnia Marcin Zadronecki.

Co roku impreza bałkańska ma też swoją dynamikę. - Gdy skończy się muzyka na żywo, to DJ EMPE będzie nas zagrzewał do rana do boju tanecznego. A do tańca nie trzeba zachęcać, bo nasze imprezy są pod tym względem zawsze bardzo udane. Oprócz tęgo odbędą się również tańce w kręgu, które przygotuje Anna Trąbała, prowadząca z nich warsztaty w Poznaniu - wylicza.

Temu wszystkiemu będą towarzyszyły rzeczy, których nie może zabraknąć na tego rodzaju imprezie. Regionalne jedzenie i trunki zapewni ekipa Pana Gara, która specjalizuje się w kuchni gruzińskiej. Co roku organizatorzy ogłaszają też wiele różnych konkursów, w tym ten na najlepsze bałkańskie przebranie.

Marek S. Bochniarz

  • Bałkański Prawosławny Sylwester
  • 12.01, g. 20
  • Klub u Bazyla
  • bilety: 30-35 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2019-01-10 12:40:54 219040 <![CDATA[Balkan Sevdah, fot. materiały prasowe]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,127802,219040,show2.jpg 219041 <![CDATA[Balkan Sevdah, fot. materiały prasowe]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,127802,219041,show2.jpg 219042 <![CDATA[Balkan Sevdah, fot. materiały prasowe]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,127802,219042,show2.jpg
127717 2019-01-08 16:12:47 - Udało się zebrać ekipę o podobnej wrażliwości. Przy takich filmach, o sztuce, to szczególnie ważne. Zwłaszcza kiedy ma się zaledwie pięć dni na zdjęcia, a koncerty nagrywa na kamery pracujące niezależnie - mówi Anna Kochnowicz-Kann, dziennikarka, pisarka, reżyser filmów dokumentalnych, o swoim najnowszym filmie Graupner. For viola d'amore & more, którego premiera już 14 stycznia.

]]>
Czytam co miesiąc twoje wywiady na łamach "IKS"-a z aktorami poznańskich scen, ale w tym roku zamieniłaś się w Śnieżynkę i  pod choinką znalazłem prezent niespodziankę - płytę DVD z muzyką baroku, która wyszła spod Twoich rąk. I przyznam szczerze, nieznanego mi  kompozytora, Graupnera, a trochę baroku przez ostatnie 50 lat słuchałem, już jako młody meloman z Pro Sinfoniki. Jak do ciebie trafił zapomniany geniusz baroku?

Nie wiem, czy jest geniuszem, ale ja go lubię. Do mnie trafił dzięki altowioliście Marcinowi Murawskiemu, profesorowi Akademii Muzycznej w Poznaniu, i Donaldowi Maurice'owi, profesorowi Uniwersytetu Victorii w Wellington, który gra na violi d'amore - altówce miłosnej. Nie bez znaczenia jest fakt, że Graupner sporo utworów napisał na violę d'amore, która wtedy właśnie była używana, a Donald - siłą rzeczy - szukał utworów na nią.

A sam Donald Maurice jest Maorysem? - pytam, bo Kiri Te Kanawa to moja ulubiona sopranistka.

Nie, jest białym Nowozelandczykiem, ale ożenionym z Maoryską.

Jak to możliwe, że nigdy nie słyszałem tak pięknej muzyki?

Bo długo świat nic o niej nie wiedział; leżała sobie zapomniana pod warstwą kurzu, co jest nieco dziwne, skoro za życia Graupner należał do wielkiej czwórki - obok Händla, Bacha i Telemanna.

Masz może pomysł dlaczego?

Ja to nazywam niedbałością o własny PR, ale - być może - po prostu nie zależało mu na sławie? Nie skorzystał z propozycji przeniesienia się do Lipska, polecił na swoje miejsce Bacha, a sam pozostał w Darmstadtcie, pod wygodną opieką landgrafa Ernesta Ludwika. Pozostawił około dwóch tysięcy utworów, bardzo różnych gatunkowo, miedzy innymi 44 koncerty na orkiestrę.

Prezent urodzinowy dla Donalda Maurice'a?

Ten film? W jakimś sensie. Ale bardziej... pożegnanie z karierą solistyczną. Twierdzi, że to ładny koniec - ten poznański projekt z Marcinem Murawskim, Ewą Murawską i orkiestrą Ars Longa Eugeniusza Dąbrowskiego.

To nie było ich pierwsze spotkanie?

Dwa lata temu w Poznaniu nagrali płytę z koncertami Graupnera i Vivaldiego. Zebrała świetne recenzje i stała się impulsem dla pomysłu na CD wyłącznie z Graupnerem. Marcin zaproponował film, Donald się do tego zapalił i tak powstał projekt sfinansowany przez Ministerstwo Kultury Nowej Zelandii, różne tamtejsze fundacje, ale też wsparty przez Urząd Miasta Poznania i Starostwo Powiatowe. Mnie, jako reżysera, zaproponował Marcin. Zostałam zaakceptowana, bo spodobał się mój scenariusz i filmy o baroku misyjnym w Boliwii, które zrobiłam jakiś czas temu.

Barok misyjny ma coś wspólnego z filmem Misja Rolanda Joffé?

Sporo. Tak właśnie muzyka z Europy trafiła do Ameryki Południowej. Była pierwszym językiem porozumienia z Indianami, pomagała w ich chrystianizacji. Indianie nasz barok przerabiali zgodnie z własną wrażliwością; powstała muzyka mniej skupiona na "memento mori", a bardziej na afirmacji życia.

Jezuici nauczyli też Indian pić mate. Lubisz napar z ostrokrzewu? - bo ja pasjami wypijam dziennie z dwie tykwy.

O ile wiem, tylko wymyślili nazwę na napar, który miejscowi nazywali caá. Ale może się mylę. Ja wolę kawę.

Skąd pomysł na filmową wyprawę do Boliwii?

To był film z cyklu "Wybitne postaci UAM". A tą postacią - ks. prof. Piotr Nawrot, który prowadzi zajęcia na poznańskim Uniwersytecie, jednocześnie od ponad 30 lat przywraca światu stare zapisy baroku misyjnego i organizuje od dwóch dekad festiwal tej muzyki, na który zjeżdżają najwybitniejsi wykonawcy z całego świata. Zaprosił mnie i Mirka Kubiaka. Nasze filmy potem dostały nagrody Złoty Kopernik na Festiwalu Filmów Edukacyjnych "Edukino".

Muzykę Graupnera nagrywaliście w barokowym kościele w Owińskach?

Cały film był tam realizowany. Graupner. For viola d'amore & more to film koncertowy, co oznacza, że muzyka jest tylko jego częścią. W kościele zabrzmiała pięknie, zgodziły się stylistyki. Część muzyczna to cztery koncerty Graupnera i jeden Polskiego Anonima z 1750 roku w opracowaniu Jerzego Dobrzańskiego, ukłon Donalda Maurice'a w stronę Polski.

Muzykę Anonima pamiętam z Teatru Telewizji, Henryk VI na łowach w reżyserii Baera. A na filmie podpisany jest Jerzy Dobrzański, który faktycznie skomponował tę muzykę do spektaklu w 1981 roku.

Bo to jego dzieło. Dlaczego nie chciał uchodzić za jego twórcę, nie wiem. My przywracamy go jako autora. 

Gdy byłaś redaktorem telewizyjnej realizacji Wiśniowego sadu Czechowa w reżyserii Izabelli Cywińskiej, to legendarna "Cywa" gromiła Waldka Korzyba, że za dużo mikrofonów poustawiał  - "Co to, audiobook mi chcecie zrobić?". Teraz Waldek pomagał Ci nagrywać barokowe nuty.

Waldek grał reporterskie dźwięki z planu, reżyserem dźwięku był Grzegorz Stec, współpracujący z Marcinem Murawskim przy wielu jego płytach. Ale skoro przeszliśmy do współpracowników, to trzeba wymienić i innych. Ten film by nie powstał w takim kształcie, gdyby nie operatorzy: Mirek Kubiak, Adam Kubiak, Paweł Rybarczyk. Mirek odpowiadał za całą stronę wizualną. Montażem zajął się Tomek Jarosz. Udało się zebrać ekipę o podobnej wrażliwości. Przy takich filmach, o sztuce, to szczególnie ważne. Zwłaszcza kiedy ma się zaledwie pięć dni na zdjęcia, a koncerty nagrywa na kamery pracujące niezależnie.

Czy kościół trzeba jakoś przygotować do nagrań, zdesakralizować przestrzeń? Oddzielić sacrum od profanum?

Nie, nic takiego się nie działo. Zaczynaliśmy po porannej mszy, dostosowywaliśmy przestrzeń do naszych potrzeb - oczywiście za zgodą proboszcza - a potem wszystko wracało na swoje miejsce. W Owińskach spotkaliśmy się z ogromną życzliwością i troską: karmiono nas, pojono kawą, trzymano kciuki, a ostatniego dnia, przy koncercie finałowym, który grany był z publicznością, ławy kościelne wypełniły się do ostatniego miejsca - tak jak było to nam potrzebne. 

Przyznaję, że efekt budzi podziw. Obejrzałem na YouTubie klipy, które wrzuciłaś z filmu, i spokojnie znalazły swoje miejsce na mojej playliście, obok trailerów z takich muzycznych gigantów od baroku jak wytwórnia płytowa Harmonia Mundi czy Alfa. Trafiłem zaś tropem informacji o sukcesie filmu w Rotterdamie, chyba pod koniec listopada.

Premiera odbyła się 22 listopada, podczas 45. Międzynarodowego Kongresu Altówkowego w Rotterdamie. Nagrodzona brawami na stojąco. Film wzbudził ogromne zainteresowanie, zwłaszcza wśród ekip z USA, zadawano konkretne pytania dotyczące produkcji. Co to oznacza? Zobaczymy...

Oglądanie na monitorze nie oddaje skali piękna Waszego filmu. Czy będzie można obejrzeć Graupnera w poznańskim kinie?

W Kinie Pałacowym 14 stycznia o godzinie 16.46 odbędzie się polska premiera. Na razie pokazywany jest w różnych miastach Europy.

rozmawiał Przemysław Toboła

*Anna Kochnowicz-Kann - poznańska dziennikarka, pisarka, reżyser filmów dokumentalnych - między innymi o Magdalenie Abakanowicz, art-brut, Polskim Teatrze Tańca, Teatrze Animacji, Janie A.P. Kaczmarku, baroku misyjnym

  • premierowy pokaz Graupner. For viola d'amore & more
  • 14.01, g. 16.46
  • Kino Pałacowe
  • więcej na kinopalacowe.pl

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2019-01-08 16:12:47 218891 <![CDATA[Anna Kochnowicz-Kann (z tyłu) na planie filmowym, fot. Ang Seow Wei]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,127717,218891,show2.jpg
127652 2019-01-07 12:55:12 Niekwestionowana gwiazda muzyki świata, rewelacyjnie interpretująca pieśni sefardyjskie, ale sięgająca też m.in. po tango czy flamenco: słynna izraelska pieśniarka Yasmin Levy zaśpiewa w kwietniu w Poznaniu. W sprzedaży są już bilety na to wydarzenie. 

]]>
"Dorastałam wśród mnóstwa różnych stylów muzycznych, smaków, zapachów, potraw - z całego świata! Miałam szczęście, że urodziłam się w Jerozolimie. Dzisiaj, kiedy komponuję czy śpiewam, nie myślę, skąd się to bierze. Robię to, co czuję. Taka jestem. Ale wszystko zawdzięczam temu miastu" - mówiła przed kilkoma miesiącami w rozmowie dla programu drugiego Polskiego Radia. W listopadzie ubiegłego roku artystka dała, transmitowany na żywo, specjalny koncert z udziałem Polskiej Orkiestry Radiowej. Został on znakomicie przyjęty przez słuchaczy. Już na początku kwietnia poznańska publiczność będzie miała okazję, by posłuchać jej charakterystycznego głosu i niepowtarzalnego śpiewania, pełnego dramatyzmu i emocji.

Yasmin Levy urodziła się w starej dzielnicy Jerozolimy, Baka, jako córka Ytzhaka Levy'ego, słynnego badacza języka ladino i tradycji kultury sefardyjskiej - diaspory Żydów hiszpańskich. Jego twórcze poszukiwania stały się inspiracją dla powstania debiutanckiej płyty pieśniarki "Romance & Yasmin". Artystka od dzieciństwa interesowała się muzyką. Przełomowym momentem dla jej kariery był występ na targach Womex w 2002 roku. Dwa lata później ukazał się wspomniany debiutancki album, który dał Levy m.in. nominacje do prestiżowych nagród, przyznawanych przez magazyn fRoots,  BBC 3 Radio czy do World Music Awards. Znaczący podtytuł - "Ladino & Flamenco" - pojawił się na okładce kolejnej płyty: "La Judería". Sygnalizował poszukiwanie inspiracji w różnych tradycjach. Wydany w 2007 roku krążek  "Mano Suave" przyniósł jeden z największych hitów Yasmin Levy - porywającą interpretację pieśni  "Adio Kerida". Wielkimi artystycznymi sukcesami były też inne płyty: "Libertad" z 2012 roku i o dwa lata późniejsza "Tango". Dziś pieśniarka bezpretensjonalnie i zachwycająco łączy w swojej twórczości elementy wielu różnych stylów i kultur, choć podstawowym źródłem natchnienia pozostaje dla niej wciąż tradycja sefardyjska.

tj

  • Yasmin Levy
  • 10.04, g. 20
  • Sala Ziemi, MTP
  • bilety: 109-189 zł (na www.eventim.pl oraz we wszystkich salonach Empik i Media Markt w całym kraju)
]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2019-01-15 13:43:53 218714 <![CDATA[fot. Ali Taskirian]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,127652,218714,show2.jpg
127658 2019-01-07 13:44:08 Namaszczona przez Kasię Nosowską i doceniona przez Melę Koteluk zdolna, młoda wokalistka Edyta Górecka, już za kilka dni wystąpi w poznańskiej Meskalinie. Dotychczas swoimi singlami udowodniła, że potrafi z wirtuozerią kreować hipnotyzującą, poruszającą muzyczną aurę, choć stawia dopiero pierwsze kroki na drodze swojej kariery.

]]>
Edyta Górecka pojawiła się w świecie muzycznym stosunkowo niedawno, co jednak nie oznacza, że funkcjonuje w nim jako amatorka. Przeciwnie - mimo niedługiej obecności na scenie, zdołała już wiele osiągnąć. Zwróciła na siebie uwagę pod koniec 2016 roku, kiedy wydano jej singiel pt. "Sierpień". Choć zaistniała w świadomości szerszej publiczności dzięki sugestywnie letniej piosence, w ostatnim miesiącu hipnotyzowała zupełnie nowym, zimowym utworem "Piernik Lukier i Miód". Górecka nie traci czasu i z pomysłowością szuka swojego miejsca na rynku muzycznym. W 2017 roku była nominowana do Opolskich Debiutów. Jest też laureatką konkursu Skoda Auto Muzyka.

Największym atutem Góreckiej jest jej zjawiskowa barwa głosu. Nieco dziewczęcy, przyjemny wokal artystki, koi swoim lekkim brzmieniem. Jej śpiew momentami przypomina utwory znanej piosenkarki Dillon, a czasami przekształca się  nawet w głos Julii Marcell. Kiedy Górecka śpiewa, delikatność tonów zgrabnie zlewa się z warstwą muzyczną jej piosenek. Utwory, w których najistotniejszym instrumentem jest gitara, flirtują nieco z brytyjskim indie rockiem, lecz ukazane są w bardziej akustycznej formie. Czuć u niej też muzyczną inspirację modnej dziś muzyki islandzkiej, która podbija serca słuchaczy liryzmem i harmonią brzmień.

Górecka jest wrażliwa na smaki i zapachy, co mocno wybija się z jej twórczości zarówno muzycznej jak i literackiej (piosenkarka jest jednocześnie autorką swoich tekstów). Olbrzymia sensualność, szczególnie widoczna przede wszystkim we wspomnianej wcześniej świątecznej piosence "Piernik Lukier i Miód", zdradza po części siłę utworów Góreckiej. Jej piosenki złożone są z nagromadzonych detali. Szczegóły, strzępki wspomnień, skojarzenia i fragmenty, budują świat opisywany przez wokalistkę, który - mimo osobistego waloru - jest bardzo uniwersalny, bo złożony ze zdarzeń bliskich każdemu człowiekowi. W wywiadzie dla Radia 1.7 powiedziała, że teksty tworzy na podstawie stworzonej wcześniej mapy myśli, a pisząc stara się wybrać najmniej oczywiste, ale jednak trafne słowa, które wzbudzą odpowiednie skojarzenia. Co ciekawe, teksty piosenek wokalistki powstają w drugiej kolejności. Najpierw pojawia się muzyka i odpowiednia aura piosenki, a dopiero potem Górecka "nazywa" to, co wcześniej zostało muzycznie opisane podczas prób. W ten sposób staje się przewodniczką po - w połowie prawdziwym, w połowie wyśnionym - świecie, lub jak określiła to Nosowska "innej rzeczywistości". Górecka przyznała we wspomnianym wcześniej wywiadzie, że określenie to bardzo jej się podoba i uważa je za niezwykle trafne. Zdradziła, że muzyczną intencją zarówno jej jak i chłopaków z którymi tworzy, jest wytwarzanie na scenie właśnie takiej aury.

Uporządkowanie o które zabiega tworząc słowa dla swoich piosenek wyczuwalne jest także w warstwie muzycznej. Do głównej linii gitarowej artystka wraz zresztą zespołu precyzyjnie wprowadzaja takie brzmienia, które nienachalnie budują odpowiedni klimat. Nie ma tu przesady, popisów, wymuszonej ekspresji. Dokładność połączona ze skromnością sprawiają, że zarówno wokalistka jak i towarzyszący jej na scenie muzycy wydobywają znaczenia z pozornie prostych rozwiązań.

Julia Niedziejko

  • Edyta Górecka
  • 10.01 g. 19
  • Klubokawiarnia Meskalina
  • bilety: 20 i 25 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2019-01-07 17:19:45 218730 <![CDATA[fot. Karolina Skrzyniarz]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,127658,218730,show2.jpg
127637 2019-01-05 19:04:37 - Jazz czerpie z muzyki ludowej, broadwayowej i wszelakiej innej, skończonej muzyki. Pomyślałem "dlaczego muzyka klasyczna nie miałaby być taka?" - mówi Jarosław Kostka*, który zajmuje się jazzową interpretacją utworów Chopina, Bacha czy Griega.

]]>
Zaczynał Pan swoją przygodę z muzyką od chóru. Jak doszedł Pan do jazzu?

To się trochę późno ukształtowało - do Poznania przyjechało paru ludzi fascynujących się jazzem, Zbigniew Wrombel, Zbyszek Łowżył i oni mi go zaszczepili. Dzisiaj wolałbym, żeby to nastąpiło wcześniej. Ale nie miałem wzorców ani idoli, z którymi miałbym styczność. Bywały warsztaty letnie, ale nie było systematycznej nauki. Nie miałem też dostępu do płyt i materiałów. Kochałem tę muzykę i odczuwałem ją intuicyjnie. Miałem bazę, którą daje muzyka klasyczna - i uważam, że to znakomita podstawa do tego, żeby wykonywać jazz, jeżeli ma się ku temu zdolności.

Co dało Panu doświadczenie chóru?

Chór dał mi umiejętność słuchania się podczas wykonania, która jest istotna w jazzie - zwłaszcza, kiedy się improwizuje, akompaniuje. Takie intuicyjne muzykowanie bardzo kształci w wykonawstwie jazzowym instrumentalnym. To świadomość, że jest się tylko jakimś elementem całości.

Jakie miał Pan pierwsze wzorce w jazzie?

Mainstream. Na początku lat 70. usłyszałem nagranie big bandu Duke'a Ellingtona. Długo też słuchałem Oscara Petersona, Elli Fitzgerald i Louisa Armstronga. Potem zacząłem się bardziej tym interesować, czytać i odkryłem muzykę współcześniejszą - Johna Coltrane'a i Ornette'a Colemana.

A źródła inspiracji?

Pierwszymi pianistami, od których czerpałem był Herbie Hancock i Hank Jones. Wtedy może pomyślałem, że też będę grał.

Czy może Pan opowiedzieć o miejscu swojej pracy i Pana uczniach?

Pracuję w Zespole Szkół Muzycznych przy ul. Głogowskiej, w którym zaledwie od dwóch-trzech lat działa wydział muzyki jazzowej i rozrywkowej. To nowy moment w historii polskiej muzyki jazzowej - jazz został nobilitowany i stał się przedmiotem nauki.

Pokolenie starsze ode mnie robiło pewne rzeczy intuicyjnie. Tak zostaliśmy wykształceni i oczywiście - dużo się nauczyliśmy. Nowe pokolenie ma to wszystko podane w podręcznikach, nagraniach, na Youtube, Wikipedii. Taka jest podstawowa różnica. Jeśli chodzi o jakość - oddaję to słuchaczom do oceny.

Czego słuchają Pana studenci?

Też ich często o to pytam. Nie słuchają tylko jazzu - i dobrze! Bardziej się orientują, co się dzieje w ostatniej dekadzie. Ja podchodzę bardziej historycznie do muzyki jazzowej.

Skąd się wziął rozwój jazzu w edukacji?

To wynika z docenienia jazzu, poza tym wielu jazzmanów chce w jesieni życia zostać pedagogami. Jest też wielu młodych ludzi, którzy pragną uczyć. Również wielu amerykańskich jazzmanów pracowało w college'ach i prowadziło big bandy w swoich klasach.

Czy Poznań jest wyjątkowy pod tym względem? Jeśli jazz jest teraz ponownie nauczany, to muszą być już tego pierwsze efekty.

Są już efekty tego, że uczy się improwizacji jazzowej na akademii na poziomie średnim. Powstają nowe zespoły. Myślę, że w innych miastach też tak się dzieje. Poznań był z różnych przyczyn jednym z ostatnich większych miast, których akademie zaczęły tworzyć fakultet jazzowy. Niemniej Poznań ma tradycje jeszcze z lat 60. - wiele ciekawych rzeczy się wtedy tutaj działo, stąd ma w Polsce pewną renomę.

Jak Pan łączy edukację z twórczością?

Mam projekt, w który zaangażowałem młodszych, znanych pedagogów. Nie rozdzielam tego. Uczę się, koncertując. A to, co zdobywam grając - przekazuję dalej.

Jak wykorzystuje się muzykę poważną w jazzie? Czy to oczywisty materiał do przetworzenia?

Nie jest to oczywiste, niewielu jazzmanów to robi. Wydaje mi się, że z jednego powodu. Muzyka poważna, klasyczna to sacrum i coś, co jest skończone. Opinia publiczna ma też wiele do powiedzenia w tej kwestii, czy należy inspirować się muzyką klasyczną i ją "poprawiać".

Jazz czerpie z muzyki ludowej, broadwayowej i wszelakiej innej, skończonej. Uzupełnia ją, jest jej dopełnieniem. Pomyślałem "dlaczego muzyka klasyczna nie miałaby być taka?". To była dość odważna i kontrowersyjna decyzja, ale ja tak lubię, bo obie te sfery mnie zajmują. Interesuje mnie obróbka tematu muzyki klasycznej tak, żeby stał się tematem jazzowym.

Ponoć to praca nad jazzowym projektem Chopin Profanum doprowadziła Pana do Nordic Sounds. Miał Pan opory, nie martwił się, jaka będzie reakcja słuchaczy?

W sumie to nie miałem oporów, skoro to zrobiłem. Ale byli tacy, którzy pytali "dlaczego nie cały Mazurek? przecież to fragment wyrwany z kontekstu?". Powtarzałem, że temat jazzowy ma swoje prawa. To nie może być wiele tematów, a jedna, zwarta całość. Taka praca odbywa się niestety kosztem oryginału Chopina.

Można jednak znaleźć w twórczości Chopina tematy już "gotowe". Podobnie jest z muzyką Bacha. Nie należy wiele w niej zmieniać, zwłaszcza w kwestii tonalności. To już wspaniały jazz, napisany przez Bacha - wystarczy tylko umiejętnie ustawić timing i aranżację utworu.

Łatwo było przekonać trójkę kolegów z kwartetu?

Nie było łatwo, ale mają do mnie zaufanie w tej kwestii. Najtrudniejszy był Chopin. Do dziś nie jestem pewien czy należało zająć się tym utworem, czy innym. Mniejsze wątpliwości mam w kwestii Bacha i skandynawskiej muzyki ludowej i inspirowanej nią artystycznej.

Dlaczego wybrał Pan po Chopinie właśnie Skandynawię?

To mój ulubiony typ romantyzmu - stonowany, a jednocześnie bardziej powściągliwy. Słuchałem też dużo skandynawskiego jazzu, szykując Nordic Sounds - na przykład Bo Svensona czy Jana Garbarka.

Skandynawski jazz, zwłaszcza ten współczesny, również w Polsce jest popularny. Odbiorcy z jednej strony odbierają go jako przystępny, a z drugiej jako osobny.

W Polsce jest wielu zwolenników tego stylu i kierunku - jazzu Północy. Myślę, że z powodu jego powściągliwości, liryczności, baśniowości. Inaczej tam się liczy czas. My, Słowianie inaczej podchodzimy do muzyki - szybciej idziemy w stronę ekspresji. Pasjonuje mnie ta nordyckość - i mam nadzieję, że udało się ją przekazać w Nordic Sounds. Skandynawska muzyka romantyczna w porównaniu do tej z kontynentu jest mniej komercyjna, salonowa i gallant.

Wybrał Pan do interpretacji "Peer Gynta" Griega. Mam poczucie, że to tak szlagierowa muzyka, że dziś trzeba coś z nią zrobić, żeby ją odświeżyć. Gdy się tego tyle razy słuchało, to odczuwa się pewien przesyt.

Myślę, że tak jest. Słuchałem tej muzyki w różnych czasach - od mojej młodości, dzieciństwa do teraz. Musiał nastąpić moment, gdy podjąłem decyzję, że sięgnę właśnie po nią. Decyzja, że będę coś przekształcał i improwizował była podyktowana tym, że strukturę tego utworu doskonale znam i mogę pozwolić sobie na zmianę temp, nastroju, jak w "Tańcu Anitry".

Chciał się Pan też odnieść do literackości "Peer Gynta", dramatu Ibsena?

Może też, choć sama muzyka jest poetycka. Klimat literacki jeszcze pogłębia jej baśniowość. Jeżeli się zna "Peer Gynta", wpływa to na grę i typ improwizacji.

Co z poprzednimi Pana projektami? Zawiesił je Pan?

Nie. Wydaje mi się, że znów podejdziemy do projektu "Jazz Contra Bach" z już innym repertuarem. Może poszukamy tym razem dłuższych form. Znajdziemy trzy utwory, które zmieszczą się na płycie.

Jakie jeszcze ma Pan plany na najbliższy czas?

W przyszłym roku przypada 200. rocznica urodzin Stanisława Moniuszki. Chciałbym zrealizować projekt "Prząśniczka w opałach" w większym składzie, nagrać jazzowy chór i orkiestrę. Będzie to hołd dla Moniuszki. Wybrałem kontemplacyjne pieśni ze "Śpiewnika domowego".

rozmawiał Marek S. Bochniarz

*Jarosław Kostka - absolwent Akademii Muzycznej w Poznaniu; pianista jazzowy, aranżer, organista, kompozytor. Wykładowca improwizacji muzycznej w Szkole Muzycznej II stopnia w Poznaniu oraz nauczyciel kompozycji. Twórca i kierownik artystyczny zespołów After Four, Con Alma i Combo Latino. Pomysłodawca i aranżer projektów muzycznych takich, jak: Św. Hildegarda do poznania, Nordic Jazz Project, Chopin Profanum, Komeda Intensive Silence, Flamenco Meets Jazz, Sekwencje, Jazz Contra Bach.                                                

  • Nordic Jazz Project
  • Blue Note
  • 6.01, g. 19
  • bilety: 30 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2019-01-05 20:45:33 218677 <![CDATA[Od lewej: Jan Adamczewski, Jarosław Kostka, Piotr Max Wiśniewski i Waldemar Franczyk (fot. Hanna Saari)]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,127637,218677,show2.jpg 218678 <![CDATA[Jarosław Kostka przy fortepianie (fot. Hubert Sarrazin)]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,127637,218678,show2.jpg
127585 2019-01-03 15:38:50 Polska scena jazzowa ma się w ostatnich latach znakomicie. Ważny i wart podkreślenia jest fakt, że wśród znakomitych albumów są i te nagrywane przez poznańskich artystów. Trzy bardzo ciekawe ukazały się w ostatnich tygodniach ubiegłego roku.

]]>
Usłyszałem kiedyś twierdzenie, że poznańska scena jazzowa - mimo pięknych tradycji koncertowych i festiwalowych, mimo istnienia Katedry Jazzu na tutejszej Akademii Muzycznej - nie może poszczycić się szczególnymi indywidualnościami czy ważnymi płytami. Czas takie przekonania, jeśli rzeczywiście są aktualne, zweryfikować. By tego dokonać nie trzeba sięgać daleko wstecz. Wystarczy przyjrzeć się kilku - przyznaję, nie przypadkowo wybranym - fonograficznym przykładom.

Moglibyśmy przywołać tu choćby jako dowód omawiany w tym miejscu niedawno debiutancki album zespołu Polmuz albo najnowsze dokonania Wacława Zimpla czy Ksawerego Wójcińskiego (grupa Doors Not Shut) i jeszcze parę innych. Spróbujmy jednak tym razem skupić się na nowych krążkach: grupy Weezdob Collective, tria Dawida Kostki czy Poznańskiej Piętnastki, grającej pod wodzą Macieja Fortuny.

"Star Cadillac"

Świetne wrażenie robi oczekiwana przez sympatyków pierwsza studyjna płyta formacji Weezdob Collective. Jednym ze współliderów formacji jest młody, a już ceniony i doceniony poznański gitarzysta Piotr Scholz. W ostatnich tygodniach głośniej było o jego drugiej formacji - Poznań Jazz Philharmonic Orchestra - a to za sprawą wspólnych koncertów z zespołem DagaDana czy Rosalie. Warto jednak nastawić ucha na to, co dzieje się na nowej płycie kwintetu, w którym również gra on czołową rolę.

Weezdob Collective ma kilka atutów, które potrafi bardzo błyskotliwie wykorzystać. Mam tu na myśli na przykład niezwykle wysokie kompetencje wykonawcze połączone z prawdziwą pasją, emocjonalnością. Ale odnajdziemy tu także umiejętność czerpania ze źródeł jazzu przy świadomości tego, co niesie ze sobą muzyka klasyczna, współczesna, ale też popularna czy rockowa - jak byśmy jej nie nazywali (traktowana jest na dystans, ale nie jako obce dziedzictwo). Jest tu wreszcie owa specyfika dźwiękowej przestrzeni, którą współtworzą gitara Scholza, saksofony Kuby Marciniaka i... harmonijka ustna Kacpra Smolińskiego. To w jaki sposób wykorzystywany jest ten ostatni instrument świadczy o wielkiej wrażliwości i muzykalności oraz o znakomitym wyczuciu i pomysłowości członków zespołu.

To właśnie wyrafinowana współobecność na tej płycie tak różnorodnego instrumentarium i wykonawców o niemałych umiejętnościach (a pewnie i ambicjach) pozwala oceniać ją w superlatywach. W przypadku grania Weezdob Collective - i konstrukcji ich muzyki - można wręcz mówić o architekturze i jej kunsztownym wykończeniu. W graniu kwintetu istotne zdają się bowiem nawet drobiazgi. Każdy szczegół ma tu znaczenie, a zarazem współtworzy obraz całości. Komponują repertuar czterej z pięciu członków zespołu. Współudział pozostałych, nie wspomnianych dotąd artystów (kontrabasisty Damiana Kostki i perkusisty Adama Zagórskiego) w kreowaniu brzmienia kwintetu jest też nie do przecenienia. "Star Cadillac" to swego rodzaju concept album - będący w zamyśle twórców spójną, choć lekko fantastyczną opowieścią o losach jednego człowieka, ale o tym już trzeba przekonać się samemu. Polecam.

"Progression"

Niemałych emocji dostarczyć powinien słuchaczom także album nagrany przez zespół innego młodego, a już cenionego poznańskiego gitarzysty - Dawida Kostki. Tak, to brat kontrabasisty Damiana, którego i tutaj usłyszymy. Nominalnie składu jego tria dopełnia perkusista Mateusz Brzostowski. Jako że mamy jednak do czynienia z zespołem o nazwie Dawid Kostka Trio+ nie zdziwi nas obecność na płycie gości, którzy zresztą w paru jej fragmentach mają znaczący wpływ na brzmienie całości. Są to znani sympatykom jazzu saksofonista Maciej Kociński i pianista Paweł Kaczmarczyk. Jakkolwiek ich obecność znacząco ubogaca dźwiękowy krajobraz albumu, rzecz koncentruje się, czy organizuje, wokół współbrzmienia na linii: gitara - kontrabas - perkusja. Tam rodzi się muzyka zespołu, w jakimś szczególnym spięciu i spiętrzeniu trzech osobowości - i instrumentów, z których artyści korzystają. Nie ulega też ani na moment wątpliwości, że liderem przedsięwzięcia i kompozytorem całości repertuaru jest Dawid Kostka. Szacunek budzą przemyślane, wielopłaszczyznowe, czasami bardziej liryczne, czasami epickie kompozycje, pozwalające jemu samemu i partnerom na interesujące partie solowe. Zachwyt budzi jednak - znów - także forma wykonawcza lidera. Potrafi być subtelny i kołyszący, ale też rozpędzić się zapamiętale w improwizacji. W wyrafinowany sposób nawiązuje do gitarowych tradycji jazzu - zarówno tych bliższych akustycznej, czasami zgoła kontemplacyjnej formuły, ale zdarza mu się też pełne pasji elektryczne granie. Zarówno jeśli chodzi o walory wykonawcze, brzmienie instrumentu, wizję zespołu, jak i ogólnie rozumianą artystyczną wyrazistość  jest Dawid Kostka równie przekonujący, momentami wręcz fascynujący co... Piotr Scholz. Doczekaliśmy oto w jednym czasie dwóch fantastycznych jazzowych gitarzystów z Poznania.

"Big Club Band"

Pośród omawianych tutaj krążków najbliższa formule muzyki rozrywkowej jest płyta nagrana przez Poznańską Piętnastkę pod kierunkiem Macieja Fortuny. Zresztą owa "rozrywkowość" nie jest tu żadnym zarzutem ani złośliwym epitetem. Piętnastka powstała - czy precyzyjniej rzecz ujmując: powróciła w nowej personalnej formule po wielu, wielu latach przerwy - właśnie po to, by prezentować, jak pisze Fortuna na okładce omawianego tu wydawnictwa: "muzykę rozrywkową na najwyższym poziomie".

To zatem piętnastoosobowy zespół instrumentalny, wspierany przez kilkoro wokalistów. Zespół bardzo sprawny i profesjonalnie brzmiący. Utworzony przez muzyków, których zaletą w tym kontekście jest przede wszystkim umiejętność współpracy z innymi: czasami bycia w tle, czasami zaprezentowania zgrabnej solówki; pozostawanie jednym z wielu elementów dynamicznej, zmiennej układanki, która ma dawać słuchaczowi przede wszystkim przyjemność i poczucie obcowania z muzyką lekką, melodyjną, choć nie pozbawioną pewnych ambicji. Tak się dzieje również dlatego, że tworzywem dla tego spotkania są kompozycje Jerzego Miliana - a zatem artysty, który w swym długim życiu zdążył być i cenionym jazzmanem, i jednym z symboli ambitnej rozrywki, wibrafonistą, pianistą, kompozytorem, aranżerem, dyrygentem wielkich orkiestr. Maciej Fortuna, który od kilku lat zajmuje się dorobkiem Miliana z czasów, gdy tworzył on w Poznaniu, znalazł w jego dorobku wystarczająco dużo materiału i inspiracji, by przygotować tę ciekawą płytę. Płytę, ledwie pół godzinną (nawet biorąc pod uwagę dwie kończące całość kompozycje Andrzeja Zielińskiego), ale to długość wystarczająca. Lepszy niedosyt niż przesyt. Owszem, zdarzały się i Milianowi tematy boleśnie banalne i zdawałoby się przynależące do niższej kategorii rozrywki (np. utwór "Melodia turecka"), ale dominują na płycie tematy bardzo udane, dynamiczne, żywo i entuzjastycznie wykonane przez zespół instrumentalny oraz towarzyszących mu wokalistów. Największym kłopotem z tym wydawnictwem jest jego dostępność. Płyta była bowiem rozdawana podczas koncertu, promującego jej ukazanie i zdaje się, że trudno ją kupić nawet w "dobrych sklepach muzycznych". 

Tomasz Janas

  • Weezdob Collective "Star Cadillac", wyd. Weezart
  • Dawid Kostka Trio+ "Progression", wyd. SJ Records
  • Poznańska Piętnastka "Big Club Band", wyd. Stowarzyszenie Jazz Poznań

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2019-01-04 09:09:03 218518 <![CDATA[.]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,127585,218518,show2.jpg 218488 <![CDATA[Dawid Kostka Trio+ "Progression", wyd. SJ Records]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,127585,218488,show2.jpg 218489 <![CDATA[Weezdob Collective "Star Cadillac", wyd. Weezart]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,127585,218489,show2.jpg 218490 <![CDATA[Poznańska Piętnastka "Big Club Band", wyd. Stowarzyszenie Jazz Poznań]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,127585,218490,show2.jpg
127578 2019-01-03 14:32:20 Z Anną Zalewską-Powalisz* i Krzysztofem Powaliszem**, prowadzącymi od dziewięciu lat otwartą szkołę talentów Poznańska Scena Młodych w Piwnicy Artystycznej ZSK, rozmawia Monika Piotrowska.

]]>
Wszędzie Państwu towarzyszy piesek.

Anna Zalewska-Powalisz (A.Z.-P.): Ależ naturalnie. Ziutek uczestniczy we wszystkich naszych projektach od urodzenia. Od czasu naszego powrotu do Poznania jedenaście lat temu. Na Śródkę.

Tam jest Pracownia Witraży Powaliszów.

A.Z.-P.: I było mieszkanie rodzinne Krzysztofa. Znajomi przywieźli nam takie małe coś. "Krzysiu, ktoś do ciebie", powiedzieli. Ziutek jest ze Śródki, tam się przyzwyczaił do naszych zespołów, ludzi. Bo tam była wspaniała atmosfera, wspólnota: pracownia stryja, którą teraz wnuk prowadzi, Michała antykwariat "Pokój z widokiem", bramini...

Kto?!

Krzysztof Powalisz (K.P.): Grupa takich miejscowych muzyków amatorów: akordeon, śpiew. Nazywaliśmy ich braminami, bo grali po bramach. Mieszkaliśmy na parterze i ćwiczyliśmy tam z naszymi zespołami. Latem wszystkie okna otwieraliśmy, a bramini stawali w nich i słuchali. Jak mieliśmy przerwę na grochówkę, którą Ania wszystkim gotowała, schodzili się śródeccy artyści. W antykwariacie robiliśmy koncerty...

Przecież ten antykwariat był maciupeńki.

A.Z.-P.: No tak, więc graliśmy w kącie, a publiczność siedziała na podłodze, na poduszkach, nawet nam pod nogami. Bardzo dekadencki okres.

A jakie wtedy mieliście zespoły?

A.Z.-P.: Kapelę z Orliczka i Swing Combo Krzysztofa Powalisza. Największą miłością Krzysztofa jest muzyka jazzowa.

K.P.: Kapela była Ani, a w tym okresie zdobyła drugie miejsce na Mikołajkach Folkowych w Lublinie.

A.Z.-P.: Bo moją miłością jest śpiew. Wyszukiwałam najwybitniejszych nauczycieli, żeby  poszerzać warsztat wokalny, brałam lekcje w Laboratorium Głosu Olgi Szwajgier i na Giving Voice Festival w Anglii, gdzie wykładowcami byli najwybitniejsi nauczyciele sztuki wokalnej  z całego świata.

Taka skala doświadczeń... A Orliczko, gdzie jest?

K.P.: Tam jest Ani Teatr. To pod Pniewami, bo przeniosła się w te okolice w 1989 r. Zanim ja też się tam znalazłem, założyła najpierw zespół Dzieciaki z Wiejskiego Podwórka, złożony z dzieci z okolicznych szkół.

A.Z.-P.: Akurat moje własne dzieci też były w pierwszych klasach podstawówki, sama uczyłam tam języka polskiego, śpiewu, ale się  nudziłam, więc zgarnęłam te wszystkie dzieciaki. Występowaliśmy w telewizji, wyjeżdżaliśmy za granicę, nagrywaliśmy płyty. Największym sukcesem był udział w festiwalu na Światowym Zlocie Kawalerów Orderu Uśmiechu w Rabce. A Kapelę z Orliczka założyłam po letnich warsztatach w 2001 r. Były kontynuacją Festiwalu Teatrów Ulicznych Dzieci i Młodzieży, który wymyśliłam w Pniewach. W rezultacie szefowałam mu przez osiem lat. Chodzi o to, że uwielbiam pisać scenariusze, reżyserować, moją pasją są wielkie widowiska. Jak jest 500 osób, to już zaczyna być dobrze. W Pniewach na tych festiwalach mogłam się rozpędzić, z czasem miały po 1000 uczestników, już międzynarodowe, pod szyldem "Malta Junior". Dlatego jak na scenie jest mniej niż 50 osób, to się denerwuję, że to nie zabrzmi.

Teraz zaczynam rozumieć, jakim cudem w małej Piwnicy Artystycznej Zespołu Szkół Komunikacji co roku udaje się Państwu przygotować nowy spektakl muzyczny z trzydziestką amatorów. To nastoletni uczniowie, a brzmią jak profesjonaliści. Nazwaliście ich Poznańską Sceną Młodych i wystawiacie z nimi regularne widowiska, o niezwykle ambitnym programie. To nie może być łatwa praca.

A.Z.-P.: W przyszłym roku obchodzimy 10-lecie, młodzież daje dużo energii. Przez pracę nad warsztatem i dzięki ich pasji doprowadzamy do tego, że mają już technikę, więc zaczynają myśleć o muzyce przez emocje. Przedstawiamy im literaturę muzyczną, której zazwyczaj nie znają - np. Osiecka, Młynarski, Wasowski, Przybora, Bob Dylan czy Joanna Kulmowa i K.K. Baczyński. Krzysztof przygotowuje im nowe aranże, ale pozwalamy im być sobą. Przygotowujemy ich do tego, by mieli odwagę interpretować świat na swój sposób.

I wyprowadzacie ich z niezwykłymi programami na polskie sceny, w miasto. Ostatnio na Festiwal Frazy.

A.Z.-P.: Ten sukces cenimy sobie tak, jak niesamowity występ w Warszawie dwa lata temu, z moim autorskim Weselem poety według poezji Baczyńskiego w Muzeum Powstania Warszawskiego. Mamy też satysfakcję, że co roku 2-3 osoby idą do szkoły muzycznej albo inaczej zostają w muzyce. Sławek Przybył wygrał w tym roku główną nagrodę w Jarocinie.

Kształcicie Państwo młodzież na modłę Studia Sztuki Estradowej, które w 2. poł. lat 70. XX w. prowadził Pan, Panie Krzysztofie.

K.P.: Ania to bardzo ładnie nazwała: Otwarta Szkoła Talentów.

Ale o jej kształcie decydują Państwa umiejętności nagromadzone latami. Ze Studia wyszły przecież takie gwiazdy, jak Małgorzata Ostrowska z Lombardem.

K.P.: Małgosię na solistkę przygotowywałem znacznie wcześniej, kiedy prowadziłem big-band przy szkole muzycznej w Szczecinku. Przyszła jako 10-latka, a w 1975 roku mogła już startować w konkursach na festiwalach piosenki. I wygrała wtedy wszystkie. Tak, to są lata praktyki. Połowę dorosłego życia pracowałem jako pedagog w szkołach muzycznych. Uczyłem też prywatnie, sam jeszcze będąc uczniem szkoły średniej. Ale nie mniej ważne jest to, że my lubimy to, co robimy. Jako chłopak przy pianinie odpoczywałem. I któregoś dnia pomyślałem: a jak ja sobie całe życie tak poodpoczywam? To był decydujący moment.

Jak do tego doszło, że Państwo pracowali razem?

K.P.: A bardzo ładnie. W 1977 roku byłem obserwatorem na festiwalu w Zielonej Górze, jako  szef wspomnianego Studia, szukałem w kraju talentów. Jury ogłasza werdykt: pierwsze miejsce dostała Urszula, a drugie obecna tu Ania. Miałem zupełnie inne oczekiwania.

Co Pani tam śpiewała?

A.Z.-P.: Jest takaja wajna - jak zwykle mądrą i...

K.P.: Proszę sobie wyobrazić: jest niemal północ, deszcz pada, publiczność zmęczona, dyryguje Czesław Majewski, Ania śpiewa, a na widowni pod parasolami siedzą i gadają. I nagle jest coraz ciszej, słuchają, jaka ta wojna jest.

A.Z.-P.: Gdy schodziłam ze sceny po koncercie laureatów, przewodniczący jury prof. Aleksander Bardini się zatrzymał i powiedział: "Pomyliliśmy się". A wtedy tylko pierwsze miejsce otwierało karierę gwiazdy.

Co Pani później robiła?

A.Z.-P.: Dalej studiowałam w Poznaniu i wyjeżdżałam na koncerty. Drugie miejsce na festiwalu dawało automatycznie wyjazdy za granicę na koncerty, z dużą orkiestrą, z największymi: German, Jędrusik, Połomski... I tak jeździłam, choć nie w roli gwiazdy. Po drodze skończyłam medioznawstwo. Interesujące życie, prawie 15 lat.

Artysty estradowego?

A.Z.-P.: Dostałam ten tytuł po zdaniu egzaminów przed komisją ministerialną. Później robiłam własne programy, współpracowałam m.in. z Krzysztofem. I jeździłam po salach koncertowych w całej Polsce i Europie.

To kiedy znowu zacznie Pani śpiewać?

A.Z.-P.: Przyjdzie taki moment. Mam jeszcze dużo do zaśpiewania - tego, co...

K.P.:...co ci w sercu skwierczy.

rozmawiała Monika Piotrowska

*Anna Zalewska-Powalisz - wokalistka, autorka i realizatorka widowisk muzyczno-teatralnych, medioznawca, pedagog, założyciel i opiekun muzyczny kilku zespołów dziecięcych i młodzieżowych, animator kultury z wielokrotnie nagradzanym dorobkiem.

**Krzysztof Powalisz - gitarzysta, pianista, aranżer i pedagog; przez lata uczył w szkołach muzycznych, przez dekadę - w ognisku muzycznym w Pałacu Kultury, był też szefem Studia Sztuki Estradowej; jego pasją jest jazz; w latach 70. XX w. prowadził jedyny w Polsce szkolny big-band; lider Swing Combo Krzysztofa Powalisza.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2019-01-03 14:36:48 218473 <![CDATA[Anna Zalewska-Powalisz (fot. Michał Sowiński)]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,127578,218473,show2.jpg 218474 <![CDATA[Krzysztof Powalisz (fot. Monika Piotrowska)]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,127578,218474,show2.jpg
127546 2019-01-02 20:29:10 Wraz z nadejściem nowego roku Meskalina rozpoczyna nowy sezon muzyczny. Już za kilka dni wystąpi tam polski zespół Snowman, doskonale wpasowujący się nazwą w zimową aurę styczniowych wieczorów. Artyści pojawią się z naręczem dawnych produkcji, a także zaprezentują owoce swoich najnowszych muzycznych działań.

]]>
W świadomości publiczności i krytyków zaistnieli dzięki debiutanckiej płycie "Lazy", która została wydana w 2008 roku. Krążek ten wielu sprawił problemy "genealogiczne", bowiem piosenki na nim zamieszczone łączyły w sobie elementy wielu gatunków. Postpunk zmieszany z elektroniką czy nawet naleciałościami jazzowymi, umykał jednoznacznej definicji. Zdaje się, że sami członkowie grupy nie dążą do sztywnego określenia własnych muzycznych poczynań, o czym świadczy ich swobodne podejście do funkcjonowania na rynku. Nie spieszą się z nowościami i z dokładnością przygotowują nowe propozycje muzyczne.

Obserwując poczynania Snowmana, można wyczuć, że artyści stawiają na elastyczność. Praca nad nowymi utworami nie przeszkadza im w realizowaniu licznych indywidualnych projektów, o czym najlepiej świadczą sukcesy lidera grupy - Michała Kowalonka. Wokalista dał się poznać jako kompozytor utworów do filmu "Heart Therapy" w reżyserii Anny Zoll czy dokumentu Aleksandra Przybylskiego "Żelazny człowiek, dandys i diabeł rogaty". Odcisnął także swój ślad w projekcie Męskie Granie utworem "Śmierć w Bikini".

Chwilowa nieobecność wokalisty zespołu była jednak alarmująca. Muzycy nie zniknęli z horyzontu, co udowodnili sukcesem płyty wydanej w 2017 roku. "Gwiazdozbiór" z łatwością wpasował się w gusta słuchaczy oraz krytyków. Choć muzycznie zespół nie odcina się od estetyki z poprzedniego albumu, wskazuje na wyraźny zwrot w myśleniu o własnej twórczości. Piosenki zapisane zostają w języku polskim, a i brzmieniowo stają się jakby bardziej "lokalne" (w dobrym tego słowa znaczeniu). Zwrot w stronę wyraźnie electro-popowej drogi artystycznej dobrze pasuje do "astrologicznego" motywu całego krążka. Nieco spokojniejsze, ale też bardziej spójne kompozycje z "Gwiazdozbioru" tworzą sensowną pod względem narracyjnym układankę utworów, w których znaki zodiaku, planety i gwiazdy skrywają historie różnych układów interpersonalnych. Dla podkreślenia delikatności i liryzmu swoich piosenek muzycy często stosują tu rozwiązania akustyczne. W pamięć zapada przede wszystkim interesujący, także pod względem treści, utwór "Niezmiennie" czy "Spadam z nieba".

Teksty piosenek Snowmana utkane z mieszkanki metafor i bezpośrednich opisów pełne są nieoczywistych atrybutów codzienności jak "szum niemoralnie drogich aut" lub "wzrok telewizyjny". Nie jest to jednak senna, melancholijna muzyka, mimo że nocne niebo jest tu wyraźnym tłem wszelkich wydarzeń. Za singiel promujący płytę artyści wybrali utwór "Znów jesteś sobą", którego energia przełamuje pierwsze skojarzenia.

Nie jest tajemnicą, że poznański zespół zabrał się za pracę nad nowym projektem muzycznym. Uhonorowani wsparciem ze strony Wydziału Kultury Urzędu Miasta rozpoczęli prace nad płytą, której premierę planują na 2019 rok. Podczas najbliższego koncertu w Meskalinie goście mogą spodziewać się "przystawki" ze świeżych utworów.

Julia Niedziejko

  • Snowman
  • Klubokawiarnia Meskalina
  • 5.01, g.19
  • bilety: 40-50 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2019-01-02 20:55:31 218421 <![CDATA[fot. materiały prasowe]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,127546,218421,show2.jpg
127395 2018-12-27 12:06:29 Jak muzykowano w dawnej Rzeczypospolitej, gdy zbliżał się koniec roku? Czy były jakieś specjalne zwyczaje, w których muzyka odgrywała ważną rolę? Z pewnością nie możemy rozpatrywać muzycznej tradycji minionego czasu w oderwaniu od kalendarza liturgicznego Kościoła katolickiego.

]]>
Ksiądz Jędrzej Kitowicz (1728-1804), historyk i pamiętnikarz, w Opisie obyczajów za panowania Augusta III nie zamieścił na temat muzyki żadnego odrębnego rozdziału. W treści tego niezwykłego przekazu znajdujemy jednak wiele "muzyki", która towarzyszyła Polakom niemal w każdym przejawie codzienności, jak i w bardziej uroczyste dni. Co warto zaznaczyć, to ważne dzieło historyczne zostało wydane po śmierci autora przez Edwarda Raczyńskiego w 1840 roku w Poznaniu. Podążając tropem kalendarza liturgicznego, wraz z końcem roku obchodzimy Boże Narodzenie. A to dla dawnej Rzeczypospolitej, jak i obecnej czas szczególny. Kitowicz w rozdziale O zwyczajach pobożnych zawarł opis O jasełkach. I choć nic o muzyce konkretnego nie napisał, to tradycja ta wyzwoliła u kompozytorów lokalnych liczne przykłady jej umuzycznienia. Najciekawszy jest fragment o zachowaniu ludzi, którzy przybywając tłumnie do kościołów, nawiedzali szczególnie te szopki, które były ruchome. Co dobrze przecież znamy z naszego bernardyńskiego poznańskiego kościoła, gdzie zakonnicy stawiają największą ruchomą szopkę w Polsce. Czytamy u Kitowicza: "Pomienione jasełka były to ruchomości małe, ustawione w jakim kącie kościoła, a czasem zajmujące cały ołtarz niżej i wyżej po bokach (...). Była to pośrodku szopka mała na czterech słupkach, daszek słomiany mająca (...). W górze szopki pod dachem i nad dachem aniołkowie unoszący się na skrzydłach, jakoby śpiewający Gloria in excelsis Deo. (...) Na takie jasełka sadzili się jedni na drugich, najbardziej zakonnicy".

Rozśpiewany lud - od Sandomierza po Poznań

Ludzie robili taki tumult w kościele, aby oglądać scenki ruchome, że sługa kościelny musiał ich przepędzać "z batogiem". Boże Narodzenie bogate było zatem w różne okazje do interakcji ludzkiej, a w tym i pewnie muzyka miała swoje miejsce. Dziś śpiewamy kolędy, lecz ich liczba jest dość skromna w porównaniu z tym, co pozostało po licznie działających kapelach muzycznych w XVIII-wiecznej Rzeczypospolitej. W zachowanym repertuarze, czyli starych muzycznych rękopisach, odnajdujemy (najczęściej anonimowe) pastorele. Ocalało ich kilkaset, co potwierdza tylko muzyczne bogactwo tamtego czasu. Zresztą sięgnijmy choćby do ks. Michała Mioduszewskiego (1787-1868) i wydanego przez niego w roku 1843 dodatku pt. Pastorałki i kolędy z melodyjami, czyli piosnki wesołe ludu w czasie Świąt Bożego Narodzenia po domach śpiewane, a przekonamy się o rozśpiewanym ludzie. Ksiądz Mioduszewski udokumentował jednogłosowe melodie wraz ze słowami, ale w naszej tradycji napotykamy też opracowania wokalno-instrumentalne. I takowe wielogłosowe pastorele odnajdujemy w licznych miejscach. Wykonywano je i u benedyktynek w Sandomierzu, u cystersów w Obrze, a także w poznańskiej katedrze i farze. Szczególnie te sandomierskie są interesujące, bo nie dość, że teksty w nich są polskie, to jeszcze opisują bardzo dosadnie to, co działo się podczas nawiedzenia Bożej Dzieciny przez pasterzy: "Będziemy grali, będziemy śpiewali przy naszey ochocie. Wach na oboi, Grześ skrzypki stroi, a Stach na fagocie (...). Wziął Sobek Staszka, Kuba Walaszka, widząc Pańską Łaskę, a w tey kompanii lepszey fantazyi dali wina flaszkę. A że Wawrzek nie miał pary, tańcował z niem Józef stary, wziąwszy z sobą laskę. Gdy skakał stary, podpiwszy sobie, y zachorował na nogi obie, śmieie sie Jezus, mała dziecina, dać rozkazuie ieszcze więcey wina".

Ten niewielki fragment tekstu znakomicie obrazuje pewne zwyczaje, które w dawnej Rzeczypospolitej towarzyszyły zabawom. I może dobrze, że ks. Mioduszewski zaznaczył już na samym wstępie do Pastorałek i kolęd..., że "piosnki te w kościele śpiewane być niepowinny" (pisownia oryginalna). Traktujmy to jednak z przymrużeniem oka. Z pewnością i Boże Narodzenie i nadchodzący Nowy Rok dawał wiele sposobności do zabaw hucznych. Wszak po Nowym Roku nastawał czas karnawału. Przykładów karnawałowego repertuaru póki co nie znajdujemy w zachowanych muzykaliach z czasu dawnego. Biorąc pod uwagę jednak obecność licznych kapel, nie tylko w kościołach, ale także na dworach arystokratów i szlachty polskiej, nie wątpimy, że czas ten pod względem wykonywanej muzyki był bardzo bogaty.

Powiększony chór katedralny

Pośród zakonników też znajdziemy tych, co nie tylko w klasztorach utrzymywali kapele. Dominikanie posiadali karczmy, w których do tańca przygrywali muzycy z klasztornych kapel. Zapotrzebowanie na muzykę taneczną było zatem spore. Warto też dodać, że i w repertuarze bożonarodzeniowym, nawet wykonywanym w kościele, nie brakuje krakowiaków, mazurów czy polonezów. Sfera sacrum i profanum współtworzyła ten ciekawy, acz miniony muzyczny świat.

Muzyka bożonarodzeniowa dawnej Rzeczypospolitej to także msze pastoralne, licznie zachowane, najczęściej tytułowane: Pastoralis, Pastoritia czy de Nativitate Domini. To była muzyczna oprawa mszy św. podczas tego okresu liturgicznego. Posiadały one swoje charakterystyczne cechy, które odróżniały je od innych opracowywanych muzycznie przez kompozytorów tego czasu. Jedną z nich było użycie instrumentów dętych, co znakomicie nawiązuje do zacytowanego wyżej fragmentu tekstu z sandomierskiej pastoreli mówiącej o grze na oboju czy fagocie. Nawiązywano w ten sposób do instrumentów - atrybutów pasterzy. Kompozytorzy mszy są częściej znani aniżeli twórcy pastorel. Szczególnie należy tu wymienić tych, którzy żyli, pracowali i tworzyli w Wielkopolsce, jak choćby Wojciech Dankowski (ok. 1760-po 1814) czy Józef Zeidler (1744-1806). Wiadomo z zachowanych przekazów, już nie bezpośrednio muzycznych, że także na Trzech Króli w kościołach oprawa muzyczna była okazała. Msze pastoralne wykonywano wówczas z większym przepychem. Świadectwo takie zachowało się choćby z Poznania, a dotyczy kapeli katedralnej, o czym czytamy  w "Orędowniku" z 1872 roku: "W dzień Trzech Króli będzie odegraną w Tumie w czasie sumy msza pastoralna śp. Słoczyńskiego, którą raz do roku na Trzech Króli wykonuje chór katedralny powiększony liczniejszymi siłami".

Orkiestra była wówczas wzmacniana m.in. o flety, oboje, fagoty, kontrafagoty, puzony i kotły. Zarówno pastorele, msze pastoralne związane z Kościołem, jak i tańce, które na pewno licznie towarzyszyły uczestnikom rozmaitych biesiad, także i tych karnawałowych, rozbrzmiewały w dawnej Rzeczypospolitej w wielu miejscach. Powszechne muzykowanie było wówczas naszym udziałem. 

Alina Mądry

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2018-12-27 12:06:29 218148 <![CDATA[Georgio Fritsche, Arie de Nativitate, karta tytułowa, ze zbiorów po kapeli farnej w Poznaniu, przech. Archiwum Archidiecezjalne w Poznaniu]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,127395,218148,show2.jpg 218147 <![CDATA[Wojciech Dankowski, Motetto ex D Pastoralis, autograf kompozytora, ze zbiorów po kapeli farnej w Poznaniu, przech. Archiwum Archidiecezjalne w Poznaniu]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,127395,218147,show2.jpg