115525 2018-02-20 13:20:27 Wznowienia kilku jego wielkich płyt sprzed lat można dziś znaleźć w sklepach. Posłuchać go na żywo to jednak niebywale rzadka okazja. W najbliższy piątek w Poznaniu zagra Adam Makowicz.

]]>
"Rzucił szkołę. Uciekł z domu. W Krakowie spał na węglu w jakiejś piwnicy, potem przeprowadził się do jazz clubu. Mieszkał tam w czasie największych mrozów" - tak pierwsze miesiące znajomości z Adamem Makowiczem wspominał w swej autobiografii Tomasz Stańko. Wyłania się z niej obraz Makowicza zakochanego w jazzie i gotowego na wiele dla tej miłości. Czas pokazał, że owa pasja pianisty została wynagrodzona przez los. Odniósł międzynarodowy sukces, doceniony został w ojczyźnie jazzu - Stanach Zjednoczonych. Czegóż można chcieć więcej? Artysta przybywa w piątek do Poznania jako wielka międzynarodowa gwiazda muzyki.

Wzrastanie

Makowicz urodził się w Czechach, na Zaolziu w 1940 roku jako Adam Matyszkowicz (nazwisko skrócił wiele lat później, w latach siedemdziesiątych). W 1946 roku powrócił z rodzicami do Polski. Naukę gry  na fortepianie zaczynał pod opieką matki. Potem były kolejne etapy artystycznej edukacji, aż do (wspomnianego przez Stańkę) porzucenia krakowskiej szkoły muzycznej wobec braku zrozumienia tamtejszych nauczycieli dla jego fascynacji jazzem. Tamte lata Makowicz wspominał w jednym z wywiadów: "W okresie, w którym wzrastałem, jazz był muzyką niechcianą, negatywnie oceniały go ówczesne władze i propaganda. Bardzo źle pisano na temat jazzu, nie chciano dopuścić, by w PRL dominowała muzyka amerykańska, szerzej: zachodnia, zamiast tej wschodniej, a dokładnie radzieckiej. Proszę pamiętać, że wtedy ogromnie krytykowano amerykański styl życia, a jazz był jego emanacją, łączył się z nim. Nie chciano więc dopuścić do przeszczepienia z tego zgniłego kapitalizmu nie tylko muzyki, ale i stylu życia. Brak muzycznej edukacji jazzowej powodował, że trzeba było samemu trochę się uczyć".

Nauka

Muzyczna kariera Makowicza zaczęła toczyć się coraz szybszym tempem. Najpierw był założony ze Stańką zespół Jazz Darings, sięgający do estetyki free jazzu spod znaku Ornette'a Colemana. Potem pianista znalazł miejsce w zespołach kolejnych ważnych liderów polskiego środowiska jazzowego - Andrzeja Kurylewicza, Zbigniewa Namysłowskiego, Michała Urbaniaka, Jana Ptaszyna Wróblewskiego, ponownie Stańki. Równocześnie jako muzyk towarzyszący grywał  z wokalnym kwartetem Novi Singers czy prowadził zespół akompaniujący Wojciechowi Młynarskiemu - co zresztą ten ostatni uwiecznił w jednym ze swych krótkich utworów, który rozpoczynał kompaktowe wznowienie płyty Recital "71. Młynarski wspominał potem w biograficznej książce jak wiele się od Makowicza nauczył w myśleniu o piosence.

Warsztat

W 1977 roku Makowicz wyjechał na cykl koncertów do Stanów Zjednoczonych. Rok później ponownie, tym razem już na stałe. I znów: swym niespotykanym entuzjazmem, gorączkową ciężką pracą i zaangażowaniem zapracował na sukces w ojczyźnie jazzu. Świetnie przyjęto jego pierwszą nagraną tam płytę Adam. Potem posypały się kolejne nagrania i współpraca z największymi.

Jazzowi komentatorzy i recenzenci docenili jego klasę. To coś, co Joachim E. Berendt nazwał graniem "zchopinizowanym w stylu Arta Tatuma". A Tatum to przede wszystkim mistrz technicznej biegłości, wirtuozerii, szybkości wspierającej zachwycające improwizacje. Makowicz świadom był tego dziedzictwa. Pytany czy to opinia najszybszego pianisty świata pomogła mu odnieść sukces w Ameryce odpowiadał: "Pomogła i nie pomogła. Jedni mówili: on gra za szybko, powierzchownie, gdzie ta melodia? Ona ucieka! Drudzy zaś: on jest jeszcze szybszy od Horowitza, do tego oburęczny. Szybkie granie wcale nie jest trudne, wbrew temu, co wielu się wydaje, trudnością jest takie granie, byśmy mieli wrażenie, że melodia została wyśpiewana, a nie wystukana. Miałem kilku uczniów, którzy chcieli się nauczyć wyłącznie szybkiej gry. Tłumaczyłem im, że to za mało, trzeba najpierw poznać warsztat pianisty, a nade wszystko długo ćwiczyć, ale nie bardzo mieli ochotę".

Triumfy

Do współpracy zapraszali go artyści legendarni, absolutni klasycy tacy jak Sarah Vaughan, Earl Hines, Herbie Hancock, Benny Goodmann czy Freddie Hubbard.  Makowicz przedstawiał również, cieszące sie ogromnym powodzeniem monograficzne koncerty z pogranicza muzyki jazzowej i rozrywkowej, poświęcone takim kompozytorom jak George Gershwin, Irving Berlin, Jerome Kern czy Cole Porter.

Przed kilkunastoma laty wydał głośny album At The Carneggie Hall, nagrany w duecie z Leszkiem Możdżerem - na dwa fortepiany. Jakiś czas później artyści, owacyjnie witani, pojawili się też w Poznaniu, by przedstawić ten materiał. Nie mam wątpliwości, że i tym razem Adama Makowicza czeka w Poznaniu gorące przyjęcie.

Jego muzyka jest wciąż obecna w naszych sklepach, m.in. wznowienia fantastycznych płyt sprzed lat: Unit, Live Embers czy Winter Flowers. Możliwość posłuchania jego muzyki na żywo to jednak okazja szczególna.

Tomasz Janas

  • koncert Adama Makowicza
  • Aula UAM
  • 23.02, g. 20
  • bilety: 90 do 190 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2018-02-20 13:20:27 190157 <![CDATA[Adam Makowicz, fot. S. Bryg]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,115525,190157,show2.jpg
115487 2018-02-19 13:19:50 -  Myślę, że poezja śpiewana wróci i za pięć lat będzie największym hipsterstwem - takim, jak disco polo teraz - mówi Szczepan Kopyt, który wraz z Piotrem Kowalskim wystąpi w środę w klubie Dragon. Duet Kopyt/Kowalski działa już osiem lat, a w ubiegłym roku artyści wydali swój trzeci album "Koniec".

]]>
Czym był Prototyp?

Piotr Kowalski: Prototyp był takim prototypem zespołu yassowego.

Szczepan Kopyt: Nagraliśmy dwie EP-ki demówki. Występowaliśmy głównie w Poznaniu. To była motoryczna muzyka inspirowana drum'n'bassem i jazzem. Takie połączenie wtedy jeszcze wydawało się świeże i nie było zbyt wiele składów, które by to eksplorowały, zwłaszcza od strony komponentów zupełnie nieelektronicznych w instrumentarium.

A Yazzbot Mazut?

SzK: Potem, nie od razu, był Yazzbot. Realizowaliśmy w nim nasze ukierunkowanie na rytmiczny jazz - po tym, co się stało w latach 60-tych. Robiliśmy transowe kawałki.

PK: W pewnym momencie ta formuła też się nam wyczerpała. Ostatni skład był z Leną Romul, która wyjechała do Warszawy robić karierę. Skończyliśmy po dwóch płytach. Przyszły też czasy dla duetów, a nie większych składów z perkusją, gitarami i piecami. Kiepsko było nam załatwić coś, by z grania uzyskać chociaż zwrot kosztów i transportu.

SzK: Przeprowadziliśmy eksperyment i nagraliśmy moje wiersze, które były zwyczajnymi wierszami i nie były pomyślane jako utwory do muzyki. Nawet tak nie wyglądają. Chcieliśmy przepracować je przez posiadane narzędzia aranżacyjne do formy piosenek albo utworów słowno-muzycznych. Zrobiliśmy najpierw płytę, a potem się okazało, że można grać to we dwójkę, nadal improwizując.

Dlaczego odeszliście od elektroniki?

SzK: Przy tym parku maszynowym jaki mieliśmy wówczas, granie elektroniczne okazało się dość ograniczające i męczące na dłuższą metę. Graliśmy wiele koncertów w słuchawkach. Skoro wychodziliśmy z bardzo małym zestawem, to często traktowano ten skład jako taki, który może się podłączyć do dyskotekowego nagłośnienia. Niejako odbijając się od poprzedniego pomysłu, zrobiliśmy wtedy surowy skład, w jakim gramy do tej pory - z gitarą i perkusją.

PK: Pierwszą płytę duetu "buch" nagraliśmy częściowo na instrumentach akustycznych, a częściowo na elektronice. Później odtwarzaliśmy to głównie na elektronice, a Szczepan grał na gitarze. Ja miałem elektroniczną perkusję - pady w jednym boksie. Czasami to było dziwne... Ja machałem pałkami, a Szczepan grał na gitarze, ale później ludzie podchodzili po koncercie i pytali: "Wy to graliście na żywo?".

SzK: Istnieje pewna wyrwa między dwiema kulturami dźwięku - ludźmi słuchającymi na przykład jazzu a tymi, którzy przychodzą na imprezę z live actami, na jakiej są także didżeje. Dla niewielu osób improwizowane live acty były koncertami. Dla wielu - i tych bardziej tradycyjnych i "elektronicznych" osób - było to widziane jako wduszanie guzików. Zdecydowaliśmy, że bębny i gitara pozwolą nam na lepszy kontakt z naszą skromną co do wielkości, ale bardzo ciekawą publicznością...

Zgodzilibyście się na etykietkę "poezji śpiewanej"?

SzK: Myślę, że poezja śpiewana wróci i za pięć lat będzie największym hipsterstwem - takim, jak disco polo teraz, zabawa w manieczki, wixapol. A poważnie poruszam się na polu literatury i poezji, więc tak to jest klasyfikowane. Pomyślałem, żeby nie tylko mówić - co w tym kraju robi się od długiego czasu - ale i nadać wierszom formę, która nie była zamierzona w momencie, gdy je pisałem. Czy jest to poezja śpiewana? Na pewno tekstami są wiersze.

PK: Jest to gatunek, i my się w niego wpisujemy. Może to bardziej poezja śpiewana jak The Doors, niż Jacek Kaczmarski.

SzK: Z pewnością, ale Jacek Kaczmarski był bardziej polityczny...

Ciężko było znaleźć formę muzyczną dla wierszy, których nie pisałeś z myślą o muzyce?

SzK: To nie było łatwe, ale nie powiedziałbym, że było też specjalnie ciężkie. Wymagało przemyślenia tego, gdzie znajdują się korzenie muzyczne mojego rodzaju pisania, czyli z czym łączy się to, co mnie inspirowało w pisaniu muzycznie. Z pewnością to piosenki punkowe, protest songi lat 80-tych i 90-tych, poezja typu Allen Ginsberg, i związana z nią muzyczność. Te korzenie siedzą też w bluesie. Blues okazał się jednak nie tyle najciekawszą formą, co miarą.

To znaczy?

SzK: W przypadku naszego instrumentarium brzmienia harmoniczne zapewnia tylko gitara. Jeśli gra się pełne riffy, to blues jest łatwiejszy, aby wsadzić do niego coś swojego, nawet jeśli ten blues jest brudny, a repetytywność bierze za coś najważniejszego. Na tym polega pisanie "piosenek". Powtarzasz jakąś frazę i nagle okazuje się, że może być refrenem. To całkowicie zmienia ten wiersz, bo jest przerywany przez coś, co mogłoby być puentą, a zostało refrenem.

Najtrudniej było nadać formę muzyczną dłuższym wypowiedziom. Żeby je rytmicznie w coś wrzucić, trzeba nagiąć granice tego jak akcentujemy, gdy mówimy poprawnie. Dlatego wykorzystuję środki, które są na granicy akceptowalności. Z mainstreamu mogłaby tak zaśpiewać tylko Brodka, Nosowska.

Czy "Koniec", jak sugeruje tytuł, to już wasz ostatni album i nie będzie następnych?

PK: Nie wiadomo. Jak dożyjemy, będziemy jeszcze raczej nagrywać.

SzK: Nie wiem. "Koniec" jest na pewno ostatnim albumem, jaki nagraliśmy. Długo się do niego zabieraliśmy. Wolałbym, aby pobrzmiewała w tym ironia, ale może się okazać, że tak. To całkiem możliwe, że wyczerpie się nam chęć robienia tego.

Dlaczego w dużym stopniu zrezygnowaliście w "Końcu" z tekstu?

SzK: Jest go dużo mniej, bo utwory pisały się naturalnie. W ogóle nie byłem nastawiony na to, że nagrywamy następną płytę. Mieliśmy te kilka instrumentalnych utworów i z tym usiedliśmy na dwa dni nagrywania.

PK: Te utwory zostały nagrane najlepiej ze wszystkich. Były ograne na koncertach, występowaliśmy z nimi od dłuższego czasu.

O czym jest kawałek "Negocjacje"?

SzK: To powiedz mi o czym tobie wydaje się, że jest.

Pytam, bo ciekawie odbiera się poezję zaangażowaną społeczno-politycznie w zestawieniu z utworami instrumentalnymi. "Koniec" trudno byłoby odebrać liniowo - to bardziej sinusoida. A połączenie takich tekstów z waszą muzyką nie jest tym, czego można by się spodziewać, po takiej literaturze. Nie w takiej muzyce bym jej szukał.

SzK: My nie robimy rzeczy, których byś szukał - tylko rzeczy, jakie chcielibyśmy usłyszeć. Istnieje w tym pewnego rodzaju novum. Nie jesteśmy super osłuchani we wszystkich duetach gitarowo-perkusyjnych świata, ale wydaje mi się, że zestawienie takiego rodzaju tekstu z silną frazą hard rockową jest ciekawe. Dla mnie było ważne w tym tekście, żeby zająć się pokazywaniem, że pewnego rodzaju działania społeczne są często porażką.

Pokazywanie drugiej strony - mozolnej walki, która kończy się niczym albo przegraną jest ciekawe, wyrywa ze spojrzenia na sztukę zaangażowaną jako agitację. Należy to zrobić z pewnym "wygrywem" widocznym w  riffie "Negocjacji" - w świecie, który do podobnego riffu za chwilę sprzeda ci volkswagena.

rozmawiał Marek Bochniarz

Szczepan Kopyt - urodzony w 1983 roku we Wrocławiu. Poeta i muzyk. Absolwent filozofii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Laureat głównej nagrody X Konkursu im. Jacka Bierezina oraz nagrody Medalu Młodej Sztuki w dziedzinie literatury. Nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia i Paszportu Polityki. Mieszka w Poznaniu.

Piotr Kowalski - producent i perkusista. Połowa poznańskiego duetu elektronicznego Bloki, który współtworzy z wokalistką Pauliną Ślusarek. Wraz ze Szczepanem Kopytem występował w zespole Yazzbot Mazut, w którym wydali dwa albumy - "W pustyni i w puszczy" oraz "Mazut Mazut". Już jako duet Kopyt/Kowalski zadebiutowali w 2011 roku tomikiem wraz z płytą "Buch".

  • Koncert Szczepan Kopyt/Piotr Kowalski
  • 21.02, g. 20
  • klub Dragon
  • bilety: 15-25 zł, dzieci do lat 15: wstęp wolny

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2018-02-19 13:40:24 190087 <![CDATA[Od lewej: Szczepan Kopyt i Piotr Kowalski, fot. materiały organizatorów]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,115487,190087,show2.jpg
115518 2018-02-20 12:01:12 Terence Blanchard to nie tylko wirtuoz trąbki, kompozytor jazzowy, autor muzyki filmowej, pięciokrotny zdobywca Grammy, laureat Emmy Awards i Złotych Globów, lecz przede wszystkim ikona jazzu. Już od ponad trzydziestu lat obecny jest na wielkich światowych scenach, ale w najbliższy piątek w Poznaniu zaprezentuje się po raz pierwszy.

]]>
Wystąpi wraz z projektem The E-Collective, w którego skład wchodzą jedni z najlepszych muzyków jazzowych, world music oraz R&B. Uczeń słynnego Ellisa Marsalisa, grał m.in. w big bandzie Lionela Hamptona wraz z zespołem Jazz Messengers oraz Herbie'm Hancockiem. Jest również autorem wielu nagrań dla firmy Blue Note Records, a także autorem muzyki filmowej do filmów Spike'a Lee: Mo' Better Blues, 25. godzina, Malclom X, Plan Doskonały, jak również do nagrodzonego Pulitzerem filmu Tramwaj zwany pożądaniem.

Co może zaskoczyć nas po dwóch trębaczach: Wyntonie Marsalisie i Arturo Sandovalu, którzy zaprezentowali się już w tym miesiącu w Poznaniu? Z pewnością innowacyjne i niezwykłe podejście do muzyki. A wszystko poprzez odejście od tradycyjnego podziału solisty i akompaniamentu, na rzecz ciągłej improwizacji każdego z członków zespołu, podobnej do tej z okresu pracy Milesa Davisa nad Bitches Brev, a także zmierzaniu ku muzyce bardziej zorientowanej na groove i w dużej mierze zaaranżowanej. Jak powiedział kiedyś amerykański trębacz i kompozytor Lester Bowie: - Najważniejsze w jazzie jest to, czego ludzie nie rozumieją, a mianowicie nie chodzi o to co grasz, ale jak grasz. Jazz jest pewną koncepcją. To nie repertuar, lecz sposób działania, a wręcz sposób myślenia...

Ten sposób myślenia, szeroka i przestrzenna improwizacja, która zawsze zapowiada coś nowego i nie jest zamknięta w partyturach, sprawia że w uszach słuchaczy tworzy się historia. Historię, którą jazzmani chcą pokazać w taki sposób, aby publiczność doświadczyła jej wraz z muzykami. Ten swoisty dialog, który poprowadzą Blanchard wraz z E-Collective to zakorzeniona w jazzie podróż w głąb form improwizacji w muzyce jazz fusion, electric oraz hip-hop. To właśnie wyrazistość, a zarazem wybitność partii solowych i fuzja rytmów funk będzie reprezentatywna dla najnowszego albumu Blancharda - Breathless, który 23 lutego zabrzmi przy okazji 20-lecia klubu Blue Note.   

Katarzyna Nowicka

  • koncert Terence Blanchard feat. E-Collective
  • 23.02, g. 20
  • Blue Note
  • bilety: 145 i 185 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2018-02-22 17:45:08 190154 <![CDATA[Terence Blanchard, fot. H. Adebonojo]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,115518,190154,show2.jpg
115486 2018-02-19 12:52:40 Robert Kasprzycki ma wielką umiejętność pisania pięknych, melodyjnych i do tego mądrych piosenek. Tym razem artysta przybywa do Poznania na "koncert okołojubileuszowy", bowiem od jesieni ubiegłego roku celebruje ćwierćwiecze pracy artystycznej.

]]>
"Kasprzycki pisze piosenki. Rytmiczne jak puls naszej codzienności, gorzkie czasem jak pierwszy pocałunek, czasem słodkie jak niebiańska szklanka herbaty. W tych tekstach jest rozterka, wątpliwość, ale też nadzieje człowieka końca wieku - inteligenta, któremu erudycja ciąży czasem jak młyński kamień. Więc śpiewa, by nie zwariować" - napisał o nim na okładce jednego z jego wydawnictw Andrzej Sikorowski, lider grupy Pod Budą. Te piosenki mają swoją wierną, uważną publiczność. Ale też mają wszystkie cechy potrzebne do tego, by trafić do stosunkowo szerokiej grupy słuchaczy - jest  w nich bowiem melodia, ważny przekaz, świetne wykonanie. Do stolicy Wielkopolski Kasprzycki przyjeżdża bardzo rzadko, wypada więc nie przegapić tej okazji. Naprawdę warto zasłuchać się w jego twórczości.

Ze Śremu, z Krakowa

Mało kto chyba wie, że Robert Kasprzycki urodził się w wielkopolskim Śremie. Już w dzieciństwie przeniósł się jednak wraz z rodziną w okolice Krakowa - i to z tym miastem jest kojarzony. Tam też w 1992 roku został głównym laureatem Studenckiego Festiwalu Piosenki. Zaśpiewał wówczas swój późniejszy wielki hit "Niebo do wynajęcia". Podobnie jak nagradzani we wcześniejszych latach Raz Dwa Trzy czy Renata Przemyk wychodził poza klasyczny schemat "studenckiego" barda z gitarą, prowadząc swą twórczość ku współczesnemu rozumieniu ambitnej piosenki.

Debiutancką płytę,  zatytułowaną również "Niebo do wynajęcia", wydał dopiero w 1997 roku. Za to wypełniał ją starannie przemyślany, świetnie wykonany i wyprodukowany repertuar.  Poza piosenką tytułową znalazły się na niej inne równie świetne utwory m.in. takie jak "Mam wszystko, jestem niczym", "Miejsca, przedmioty, kształty, drzwi", "Zielone szkiełko" czy "Zapiszę śniegiem w kominie". Niektóre z nich stały się prawdziwymi hitami dla wielbicieli piosenki autorskiej.

Od "Hey Joe"

W tym samym okresie, gdy ukazywała się jego pierwsza płyta, artysta mówił w jednym z wywiadów: "Zawsze na równi stawiałem piosenki Bułata Okudżawy, Petera Gabriela, Stinga, R.E.M., Nirvany, zespołów które mają dobre teksty i równocześnie potrafią zrobić coś ciekawego z muzyką. A karierę gitarzysty zaczynałem od Hey, Joe! Hendrixa. W swoich piosenkach staram się połączyć dobry tekst z atrakcyjną muzyką, która jest pułapką, takim wciągaczem melodycznym". I rzeczywiście, w swojej twórczości Kasprzycki zgrabnie balansuje między wizerunkiem barda - koncertującego solo z gitara akustyczną a wykonawcą, który nie boi się stanąć na czele rockowego zespołu z gitarą elektryczną. Efekty jego artystycznych poszukiwań są zawsze interesujące, co potwierdzały też kolejne wydawnictwa: album "Światopodgląd" z 2006 roku i  o rok późniejsze "Piosenki i Nie", będące jednocześnie tomikiem poetyckim oraz zapisem koncertu w studio krakowskiego radia. Krążek ten, przez lata bardzo trudno dostępny, został - ku uciesze sympatyków - wznowiony na CD w ubiegłym roku.

"Trzymaj się wiatru..."

Jesienią 2014 roku ukazała się, ostatnia póki co premierowa,  bardzo udana płyta "Cztery". Znalazła się na niej m.in. znana z radiowej Trójki przepiękna, liryczna piosenka "Trzymaj się wiatru kochana", ale też szereg innych bardzo udanych utworów, takich jak choćby "Dzień chwila moment", lekko latynoska "Tristessa" czy jeszcze jeden kołyszący liryk - "Spadanie". Kasprzyckiemu na pewno nie zabraknie repertuaru na długi wieczór.

Jak czytamy w zapowiedzi czwartkowego koncertu jego program "będzie przekrojowy, a na setliście znajdą się najbardziej znane utwory ze wszystkich studyjnych płyt". Grającemu na gitarze i śpiewającemu liderowi towarzyszyć będą w Blue Note: Krzysztof Wyrwa - bas, Max Szelęgiewicz - gitara i  Adam Zadora - perkusja.

Tomasz Janas

  • Robert Kasprzycki z zespołem
  • Blue Note
  • 22.02, g. 19.30
  • bilety: 55 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2018-02-19 12:52:40 190080 <![CDATA[Robert Kasprzycki z zespołem, fot. materiały organizatora]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,115486,190080,show2.jpg 190081 <![CDATA[Robert Kasprzycki, fot. materiały organizatora]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,115486,190081,show2.jpg
115416 2018-02-15 16:10:06 Kultowy w kręgach piosenki literackiej. Z wykształcenia artysta grafik, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Kompozytor, poeta, pieśniarz, malarz. W niedzielę 18 lutego w klubie Blue Note zaśpiewa Mirosław Czyżykiewicz.

]]>
Najpierw - dwa razy z rzędu, bo w 1986 i 1987 roku - była nagroda na Festiwalu Artystycznym Młodzieży Akademickiej FAMA w Świnoujściu, wiele lat później pierwsza w historii Nagroda Kapituły im. Jacka Kaczmarskiego podczas Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie w 2004 roku. Po drodze szereg wspaniałych, niezapomnianych koncertów na festiwalach, przeglądach czy w audycjach radiowych. W międzyczasie dziewięć  znakomitych płyt, na których gościnnie występowali tacy artyści jak Jerzy Satanowski, Jacek Bończyk czy Hanna Banaszak. Wśród nich te najbardziej znane, jak Autoportert I, Allez! Czy Ave, z której tytułowa piosenka jest chyba najsilniej i już na zawsze kojarzona z artystą.

Nietuzinkowego pieśniarza cenią zarówno miłośnicy Stachury, Wysockiego jak i Leonarda Cohena. Artysta najczęściej śpiewa własne utwory oraz wiersze Josifa Brodskiego, którym jest zafascynowany od lat, wcale tego nie ukrywając. "Słowami potrafi oddać to, na co wielu z nas często nie znajduje własnych słów. Nadaje kształt emocjom, które możemy odnaleźć w każdej codzienności. O czym śpiewa? Po prostu: o życiu. Jego pieśni to opis świata, zapis wrażeń, notatka z podróży" - tak opisują zbliżający się wieczór jego organizatorzy. Warto dodać, że podczas niedzielnego koncertu wspólnie z Mirosławem Czyżykiewiczem wystąpi grający na gitarze barytonowej Witold Cisło, a szansa na usłyszenie tego duetu w Poznaniu nadarzy się ponownie dopiero w drugiej połowie marca, kiedy to muzycy zagrają w kawiarni artystycznej PoemaCafe.

Tym, co wyróżnia artystę w środowisku polskich wykonawców jest charakterystyczny głos, swoisty typ emocji i aranżacje najwyższej próby, które od początku jego kariery pozostają wymagającymi wobec odbiorców, w zamian odwdzięczając się niepowtarzalnym pięknem i głębią. Trudno o pomyłkę jeśli chodzi o rozpoznanie stylu, w jakim artysta gra na gitarze, do wydobywania dźwięków wykorzystując nie tylko struny, ale i pudło rezonansowe. Analogicznie, na jego koncertach nikogo nie dziwi niespodziewany krzyk, przejmujący szept albo melorecytacja, za pomocą których interpretuje wyśpiewywane wiersze. Do poezji pochodzi zresztą z namaszczeniem, ale bez zbędnej egzaltacji. Jak w swoim tekście Do poetów, w którym bezpośrednio zwraca się do niej słowami: Możeś ty dziwka, a możeś ty Anioł.../ W oczach tegom nie dojrzał, jak z progu patrzyłaś./ W rękach szklankę zaciskasz i minę masz tanią/ i wiem, że z niejednym niejedno przeżyłaś.

Anna Solak

  • Koncert "The best of Mirosław Czyżykiewicz"
  • Blue Note
  • 18.02, g. 19
  • bilety: 60 i 80 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2018-02-15 16:57:31 189974 <![CDATA[fot. materiały prasowe]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,115416,189974,show2.jpg
115122 2018-02-07 15:42:05 Znany jest jako jeden z tych artystów, którzy z błyskotliwością łączą jazz i muzykę kubańską, choć sięgał i do innych inspiracji. W Poznaniu zagra Arturo Sandoval, ceniony trębacz i jeden z najpopularniejszych wykonawców pochodzących z Kuby.

]]>
"To jeden z najwybitniejszych żyjących trębaczy, posiadający niewiarygodną technikę instrumentalną, poruszający się doskonale zarówno w muzyce jazzowej, rozrywkowej, jak i klasycznej. Jest to niespotykana sytuacja, bo wiadomo, że wybitni muzycy poświęcają się raczej jednemu gatunkowi" - pisał o nim przed kilkoma laty Piotr Rodowicz na łamach magazynu "Jazz Forum".

Arturo Sandoval to postać nietuzinkowa. Gra nie tylko na trąbce, ale też na fortepianie. Na koncie ma kilkadziesiąt autorskich płyt - i tyle samo krążków nagranych jako gość innych głośnych artystów od Glorii Estefan po Michela Legranda, od Paula Anki i Franka Sinatry do Dave'a Grusina. Zdobył dziesięć nagród Grammy, a także statuetkę Emmy i kilka nagród Billboardu. Zagrał samego siebie w jednym z odcinków telewizyjnego serialu Moda na sukces. Z kolei znany i ceniony aktor Andy Garcia wystąpił w tytułowej roli w biograficznym filmie, wyreżyserowanym przez Josepha Sargenta, Miłość lub ojczyzna. Historia Arturo Sandovala.

Muzyką Sandoval nasiąkał już od dzieciństwa.  Urodził się i wychował na Kubie. Właśnie tamtejsza tradycja stała się na całe życie jego największą inspiracją, stałym punktem odniesień. Ona też nadała charakterystyczny rys jego twórczości. Drugim źródłem nieustającego natchnienia był amerykański jazz, choć nie była to łatwa miłość na komunistycznej Kubie. Gry na instrumentach uczył się od dwunastego roku życia. Tajniki gry na trąbce zgłębiał w Kubańskiej Narodowej Szkole Sztuki, a miłości do tego instrumentu nie zakłóciła nawet służba wojskowa. Od młodości  z namaszczeniem słuchał też amerykańskich gwiazd jazzu, w rodzaju Charliego Parkera czy Clifforda Browna, ale jego prawdziwym mistrzem był Dizzy Gillespie. Poznał swego idola jeszcze w latach siedemdziesiątych, również później z nim współpracował.

Sandoval dał się poznać światu dzięki słynnemu zespołowi Irakere, w którym grali również inni kubańscy muzycy, którzy zdobyli międzynarodowe uznanie, jak Paquito D'Rivera czy  Chucho Valdes. Trębacz uciekł z Kuby do Stanów Zjednoczonych w 1990 roku i właśnie tam mógł w pełni rozkwitnąć jego talent. Poza graniem muzyki prowadził tam też działalność edukacyjną. Ta perspektywa sprawiła, że we wspomnianym już wywiadzie dla "Jazz Forum" mówił przed kilkoma laty z troską o młodym pokoleniu: "Młodzi muzycy nie słuchają już tak często Gillespie'ego, Louisa Armstronga, czy Clifforda Browna, tylko słuchają programów komputerowych. Dlatego naszą odpowiedzialnością jako nauczycieli jest informować, przekazywać wiedzę o tych, którzy tworzyli muzykę we wczesnych latach (...). W innym wypadku młodzi muzycy, którzy nie sięgają do tej tradycji, będą mieli ogromną dziurę w swojej wiedzy (...) bez tego nie da się dziś w ogóle funkcjonować".

Jak informują organizatorzy "Oprócz największych przebojów, Sandoval na koncercie w Poznaniu zagra także utwory ze swojej najnowszej płyty, dla której inspiracją stały się kompozycje meksykańskiego romantyka Armando Manazero".

Tomasz Janas

  • Koncert Arturo Sandoval
  • 17.02, g. 20
  • Sala Ziemi MTP
  • bilety: 129-229 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2018-02-19 11:19:23 189291 <![CDATA[Arturo Sandoval, fot. materiały organizatora]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,115122,189291,show2.jpg
115174 2018-02-09 09:52:27 Artystów z nazwiskiem Wilson objawiło się muzyce wielu, co spowodowało, że powstał nawet problem z ich identyfikacją. Koncert Stevena Wilsona - 18 lutego w Sali Ziemi.

]]>
Jest Brian Wilson, współzałożyciel zespołu The Beach Boys i autor wielu piosenek z kanonu muzyki rozrywkowej. Jeszcze wcześniej zajaśniał wokalista rhythmandbluesowy Jackie Wilson. Miłośnicy jazzu sięgają niezmiennie po nagrania Nancy Wilson lub Cassandry Wilson. Najczęściej jednak pomyłki zdarzają się w przypadku dwóch eksponowanych muzyków: Raya Wilsona i Stevena Wilsona. Ten pierwszy, ekswokalista zespołu Genesis, wpisał się trwale w krajobraz Poznania, drugi niewątpliwie lubi w naszym mieście koncertować. Bliższe spotkania ze Stevenem Wilsonem zaczęły się dawno temu, kiedy prowadził jeszcze zespół Porcupine Tree. Potem wracał do nas regularnie już jako solista i charyzmatyczna postać rockowej sceny. Kompozytor, multiinstrumentalista, wokalista i producent od ponad ćwierćwiecza czaruje słuchaczy swoimi pomysłami. Jako człowiek instytucja wykreował takie projekty muzyczne, jak: No-Man, Blackfield, Bass Communion czy Storm Corrosion. Steven Wilson nagrał w różnych składach ponad setkę płyt długogrających i wyprodukował kilkadziesiąt albumów utrzymanych w rozmaitych konwencjach muzycznych. Bezdyskusyjnie jest obecnie jedną z najważniejszych postaci muzycznego świata. Angielski dziennik "The Guardian" napisał pół roku temu, że Wilson: "to najbardziej aktywny artystycznie brytyjski muzyk, którego większość nie zna".

Parę lat temu w internetowej zapowiedzi solowego krążka Wilsona Hand. Cannot. Erase pojawiły się obrazy nakręcone w Poznaniu. Imponujące zdjęcia blokowisk i ulic naszego miasta wykorzystano podczas koncertu muzyka w Sali Ziemi w 2016 roku. Efekt współpracy duńskiego filmowca Lassego Hoile'a oraz miejscowych artystów, Karoliny Grzybowskiej i Krzysztofa Czechowskiego, był dużym zaskoczeniem. Muzyka Wilsona i autentyczna historia, która stała się kanwą wspomnianej płyty, wraz z wizualizacją robiły wielkie wrażenie. To opowieść o samotności człowieka w wielkim mieście, utracie szansy na miłość i walce o wyjście z emocjonalnej próżni.

Ubiegłoroczna płyta Wilsona - już piąta solowa - To the Bone, nie snuje żadnej kompleksowej opowieści. A jednak znowu w odrębnych utworach wychodzą wątki nurtujące artystę: apatia, zwątpienie, znieczulenie na miłość w obliczu paranoi świata zalewanego kłamstwem i fałszywymi informacjami. Muzycznie Wilson dokonał rzeczy niespotykanej. Jego kompozycje z natury utrzymane w konwencji progresywnego rocka stały się piosenkami. Prowokacyjne teksty utworów ubrane w linie melodyczne z precyzyjnie dokonaną aranżacją instrumentalną działają jak sączony powoli psychodeliczny napój. Jak zabrzmią utwory z nowej płyty i czym zaskoczy fanów czołowy przedstawiciel muzyki progresywnej, sprawdzimy 18 lutego w Sali Ziemi. Skład koncertowy zespołu Wilsona to: Nick Beggs - bass, chórki, Adam Holzman - klawisze, Alex Hutchings - gitary, Craig Blundell - perkusja i Steven Wilson - śpiew, gitary, klawisze.

Ryszard Gloger

  • Koncert Steven Wilson "To the Bone Tour 2018"
  • Sala Ziemi MTP
  • 18.02, g. 20
  • bilety: 139-269 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2018-02-15 13:07:22 189428 <![CDATA[fot. SW Press Image]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,115174,189428,show2.jpg
115222 2018-02-11 15:06:47 Pojawiły się nagle i niespodziewanie - to nie przeszkadza w konsekwentnym nazywaniu ich "debiutem i muzycznym odkryciem roku" - zarówno bieżącego, jak i poprzedniego. Duet Tęskno 14 lutego zagra w Meskalinie.

]]>
Tęskno to muzyczny projekt wokalistki Joanny Longić i pianistki Hani Rani (Raniszewskiej). Współpraca artystek sięga jednak głębiej. Współpracowały przy aranżacji coveru utworu "Fastrygi" Meli Koteluk w wykonaniu Bemine. Nostalgiczna, ocieplona brzmieniem kwartetu smyczkowego nowa wersja utworu Koteluk spotkała się z entuzjastyczną reakcją zarówno publiczności, jak i wykonawczyni oryginału.

A wszystko zaczęło się od... internetu i muzyki na ślub. Jak opowiada Hania Rani - kilka lat temu Joanna Longić odezwała się do niej z propozycją napisania muzyki na ślub. Hania zgodziła się, rozpoczynając tym samym muzyczną znajomość: po późniejszej współpracy z Bemine przyszedł czas także na współpracę przy solowym projekcie Joanny Longić i stwierdzenie, że współpraca idzie na tyle dobrze, że warto ją kontynuować, tym razem już w autorskim projekcie.

W jednym z wywiadów Hania Rani mówiła: - Szukałyśmy nazwy w języku polskim, która podkreśli bezkompromisowy charakter naszego projektu. Nasza muzyka naładowana jest emocjami, teksty dotykają ważnych dla nas tematów, a brzmienia, które prezentujemy odbiegają od tych zazwyczaj prezentowanych podczas koncertów muzyki popularnej.

Ładunek emocjonalny i warstwa muzyczna spotkały się z pozytywnym odbiorem słuchaczy. Co w krótkim czasie przełożyło się na wyraźny, materialny efekt: w tym roku, dzięki wsparciu projektu za pośrednictwem portalu crowdfundingowy, zespół nagra i wyda debiutancką płytę.

Szczere, emocjonalne i przejrzyste kompozycje, okraszone brzmieniem rzewnych smyczków - czy to przepis na sukces na polskiej scenie muzyki alternatywnej? Eksplozja zespołów i artystów tworzących w podobnym jak Soley czy Soap&Skin rejestrze emocji zdaje się dopiero zaczynać - sprzyja temu rodzący się trend eksploatujący nostalgię, marzenie powrotu do leniwego, błogiego stanu, kojarzonego z obrazami wakacji spędzonych na wsi. Tęskno zdaje się być świadome sytuacji, w jakiej się znajduje , ale nie wykorzystuje tego w cyniczny sposób.

Aleksandra Skowrońska

  • Tęskno
  • klubokawiarnia Meskalina
  • 14.02, g. 19
  • bilety: 22/30 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2018-02-11 15:16:18 189543 <![CDATA[fot. Karolina Konieczna]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,115222,189543,show2.jpg 189544 <![CDATA[fot. Karolina Konieczna]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,115222,189544,show2.jpg 189545 <![CDATA[fot. materiały prasowe]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,115222,189545,show2.jpg
115121 2018-02-07 15:33:22 - Samo skucie i wywiezienie blisko stu ciężarówek gruzu zajęło pół roku - o powstaniu kultowego dziś miejsca na koncertowej mapie miasta opowiada Lech Łuczak, pasjonat jazzu, muzyk, założyciel i szef Blue Note Poznań Jazz Club, który w tym roku obchodzi 20-lecie istnienia.

]]>
Klub Blue Note w Poznaniu, który 20 lat temu powołałeś do życia, obchodzi w lutym jubileusz 20-lecia. To ważne miejsce na mapie kulturalnej miasta. Doroczne plebiscyty miesięcznika "Jazz Forum" dowodzą, że Blue Note jest w gronie najlepszych klubów w kraju, a to oznacza chyba nieustanną mobilizację?

W "wielkiej jazzowej Warszawie" w ciągu 20 lat powstało i zostało zamkniętych kilka klubów jazzowych, uchodzących za najlepsze w Polsce. Tym samym niestety sprawdziły się słowa byłego prezesa PSJ Krzysztofa Sadowskiego wypowiedziane przed laty w czasie jednego z koncertów. Szczerze nam gratulował i zazdrościł, bo jego zdaniem w stolicy jeszcze długo nie powstanie taki klub jak Blue Note. A ja uważam, że w każdym większym mieście powinien istnieć profesjonalny jazzowy klub. Tak by było więcej miejsc, w których muzycy mogą występować, a publiczność słuchać wartościowej muzyki.

Byłeś przez wiele lat czynnym muzykiem. Kiedy zaświtał Ci pomysł stworzenia własnego klubu?

Moim marzeniem było zostać muzykiem jazzowym, ale życie potoczyło się inaczej - jako młody człowiek wcześnie wyjechałem za granicę i spędziłem tam długi czas, grając w klubach w Europie i w USA. Zarabiałem niezłe pieniądze i wtedy w mojej głowie zrodził się pomysł, aby podobny klub powstał w moim rodzinnym mieście. Żebym mógł tych wspaniałych muzyków, którzy fascynowali mnie swoją grą, zaprosić do swojego klubu.

Jakie miałeś wsparcie, przeobrażając to zapomniane miejsce w prestiżowy klub muzyczny?

W swoim entuzjazmie i naiwnym optymizmie, decydując się wraz z żoną na adaptację zamkowej kotłowni, nie byliśmy świadomi skali nieprzewidywalnych problemów technicznych, z jakimi trzeba było się uporać. Samo skucie i wywiezienie blisko stu ciężarówek gruzu zajęło pół roku. Okres prac się przeciągnął - zamiast zakładanych przez projektanta sześciu miesięcy remont trwał półtora roku. W tej ekstremalnie trudnej sytuacji nie mogłem liczyć na wsparcie ze strony miasta ani CK Zamek. Pomimo remontu musieliśmy płacić czynsz.

Wiele czynników wpływa na atrakcyjność takich miejsc jak klub Blue Note. Dobra lokalizacja, klimatyczne wnętrze, akustyka, oferta programowa. Wydaje się, że w tych piwnicznych warunkach wymagało to bardzo wielu zabiegów?

Od 20 lat konsekwentnie unowocześniamy i inwestujemy w to miejsce. Kilkukrotnie wymienialiśmy cały system nagłośnienia i oświetlenia klubu. Kupowaliśmy fortepiany (cztery razy), perkusje, kontrabasy, organy Hammonda i inne instrumenty. Długo pracowaliśmy nad akustyką tego miejsca. I każda nowa inwestycja jest dla nas źródłem dużej radości.

Na początku działalności klubu miałem wrażenie, że na koncerty przychodzą zawsze te same osoby. W ostatnich latach i na scenie, i na widowni dominuje młodsze pokolenie. Czy to znaczy, że jazz jako sztuka z wysokiej półki ma się dobrze?

Są osoby, które przychodzą do klubu od 20 lat, ale naturalne jest, że następuje wymiana pokoleniowa. Jednak aby przyciągnąć młodych ludzi do jazzu, potrzeba wysiłku. Edukacja muzyczna młodzieży stoi niestety na wyjątkowo niskim poziomie. A jednak jest coraz większa grupa młodych, wykształconych muzyków, dla których nie ma miejsc na pokazanie się, brak też zainteresowania medialnego, aby mogli zaistnieć i stać się rozpoznawalni. Klub powstał między innymi po to, aby tę lukę wypełnić. Od początku był otwarty dla i na młodych zdolnych muzyków. Wielokrotnie grali tu - wówczas jeszcze nierozpoznawalni - muzycy jazzowi, tacy jak Simple Acoustic Trio, Aga Skrzypek (obecnie znana jako Zaryan), Czarek Konrad, Paweł Kaczmarczyk, Adam Bałdych, Marek Napiórkowski, Dorota Miśkiewicz, Anna Maria Jopek... Tę aktywność kontynuujemy i rozwijamy. Udało nam się stworzyć i wypromować jazzowy konkurs Blue Note Poznań Competition, który - mimo niedługiego stażu - cieszy się już sporym uznaniem. Płyty z nagraniami występów laureatów, które wydajemy po każdym konkursie, pomagają popularyzować nie tylko młode talenty, ale i sam jazz.

W działalności klubu liczą się przede wszystkim stałe koncerty. Są także płyty sygnowane Waszym logo. Działalność wydawnicza to zbyt dużo powiedziane?

Poza płytami z laureatami BNPC wydaliśmy dwa rocznicowe albumy, a obecnie przygotowujemy dwupłytowy album Przyjaciele na 20-lecie klubu Blue Note. Poza rejestracją wyjątkowego koncertu z udziałem Vincenta Herringa, Leszka Możdżera, Piotra Wojtasika, Andrzeja Olejniczaka, Maćka Kądzieli, Michała Barańskiego i Erica Allena znajdą się tam też nagrania młodych poznańskich jazzmanów oraz uznanych polskich i zagranicznych artystów, którzy u nas koncertowali.

Najlepsze i najpopularniejsze miejsca koncertowe często upadają, zmieniają się nie do poznania lub przeobrażają w zwykłe dyskoteki. Klub Blue Note łączy ogień z wodą, lecz dyskotekowa kula nigdy nie zawiśnie nad sceną, prawda?

Zapewniam cię, że te obawy nigdy się nie ziszczą. Uczynię wszystko, żeby klub przetrwał co najmniej 20 kolejnych lat. Oczywiście jestem świadomy upływającego czasu. Dlatego liczę, że pojawi się ktoś młody, z wizją i odrobiną szaleństwa, gotowy zaangażować się, podobnie jak my. Na takim fundamencie będzie można konsekwentnie rozwijać to, co rozpoczęliśmy 20 lat temu. Oczywiście bez wsparcia ze strony miasta Poznania, wielkopolskiego Urzędu Marszałkowskiego, ludzi zaprzyjaźnionych, którzy nam pomagali i pomagają, a także nielicznej grupy sponsorów, nie byłoby nas stać na utrzymanie klubu na poziomie, który - pozwalając sobie na odrobinę nieskromności - ośmieliłbym się określić europejskim. Chociaż Tomasz Stańko stwierdził, że możemy porównywać się nawet z klubami światowymi. Opinię tę potwierdzają muzycy z całego świata, którzy chętnie do nas wracają. Ale to nasze środki, gospodarność oraz zaangażowanie grupy trzech osób budujących strategię artystyczną klubu, jak i wysiłek całej załogi pozwalają utrzymać ten poziom funkcjonowania klubu. Nie jest bowiem problemem stworzyć festiwal czy wydarzenie medialne za ogromne publiczne środki. Nasz klub zaprasza wybitnych i uznanych artystów jazzowych regularnie w ciągu całego roku. I tak jest od 20 lat. Dla ludzi prawdziwie żyjących ambitną muzyką ma to nieporównywalnie większe znaczenie.

rozmawiał Ryszard Gloger

  • 20 lat klubu Blue Note: Miguel Zenon Quartet   
  • 14.02, g. 20
  • Blue Note Jazz Club
  • bilety: 75-90 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2018-02-08 11:04:11 189290 <![CDATA[Lech Łuczak w 1996 roku w trakcie adaptacji pomieszczeń na klub Blue Note, fot. archiwum prywatne]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,115121,189290,show2.jpg
115149 2018-02-08 13:44:46 Trzeba mieć pewną dozę odwagi, ale i dużo pokory w sobie, by sięgnąć po repertuar Czesława Niemena. Krzysztof Zalewski jako kolejny artysta młodego pokolenia podjął tę próbę, pod koniec stycznia razem z wytwórnią Kayax wydając płytę pod wszystko wyjaśniającym tytułem Zalewski śpiewa Niemena.

]]>
W zeszłym roku minęło pięćdziesiąt lat od premiery płyty Dziwny jest ten świat Czesława Niemena, która na stałe zapisała się w historii polskiej muzyki rozrywkowej. Tytułowy utwór stał się największym przebojem lat 60, a jego tekst do dzisiaj budzi w słuchaczach ogromne emocje. Projekt Zalewski śpiewa Niemena obejmuje płytę z piosenkami jednego z najbardziej oryginalnych polskich wokalistów wszech czasów oraz promującą ją trasę koncertową.

- W repertuarze oprócz najbardziej znanych kompozycji znajdą się interpretacje mniej popularnych dokonań Mistrza, które m.in. dzięki wykorzystaniu instrumentów elektronicznych zrewolucjonizowały brzmienie ówczesnej sceny muzycznej w naszym kraju - zapowiadają jej organizatorzy.

Zalewski to obecnie jeden z najciekawszych i najaktywniejszych młodych polskich wokalistów. Na przestrzeni ostatnich kilku lat którzy zdobył uznanie zarówno krytyków, jak i fanów, a jego poprzedni solowy album Złoto spotkał się ze świetnym przyjęciem, przynosząc mu wiele nominacji i nagród muzycznych.

W obszarze zainteresowań Zalewskiego znajdują się muzyczne eksperymenty oraz mieszanie stylów i gatunków. Szczęśliwie nie pozwala to na proste zaszufladkowanie artysty, który na początku kariery pozostawał raczej w nurcie rockowym, w odróżnieniu do ambitnego popu, jaki dziś proponuje swoim fanom. Co ciekawe, nie ma jednak zamiaru odcinać się od dawnych fascynacji - i tak na przykład w ubiegłym roku został ambasadorem kultowego festiwalu w Jarocinie. To zresztą tam narodził się projekt Zalewski śpiewa Niemena (stworzony na potrzeby  Motywu Niemen), który już wtedy okazał się sporym sukcesem. Właśnie na festiwalu odbyło się premierowe wykonanie piosenek Czesława Niemena w nowych aranżacjach Jurka Zagórskiego i Krzysztofa Zalewskiego, który na swoim koncie ma już wiele ciekawych kooperacji, m.in. współpracę z Natalią Niemen, Miuoshem czy Natalią Przybysz, z którą nagrał choćby znakomicie przyjęty singiel Miłość Miłość ze wspomnianego ostatniego krążka Złoto.

I tym razem Natalia Przybysz będzie wspierać go w jego muzycznych dokonaniach, w dodatku razem z siostrą Pauliną, z którą podczas koncertów trwającej trasy stworzą chórki, niezaprzeczalnie kojarzone przecież z oryginalną twórczością Czesława Niemena. Pozostali członkowie zespołu to Jurek Zagórski (gitara), Tomasz Duda (saksofon, flet), Jarek Jóźwik (instrumenty klawiszowe), Pat Stawiński (bas) i Kuba Staruszkiewicz (perkusja). Podczas koncertu w Poznaniu usłyszymy zarówno Dziwny jest ten świat, Jednego serca, jak i jeszcze nieodkryte Doloniedola czy Pielgrzym. W lutym artysta odwiedzi jeszcze sale koncertowe Gdańska, Łodzi, Krakowa, Katowic, Wrocławia, a także - jakżeby inaczej - Jarocina.

Anna Solak

  • Zalewski śpiewa Niemena
  • 12.02, g 19
  • Sala Ziemi MTP
  • bilety: 49-129 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2018-02-09 09:31:31 189360 <![CDATA[Krzysztof Zalewski, fot. P. Dzienis/Kayax]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,115149,189360,show2.jpg 189361 <![CDATA[.]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,115149,189361,show2.jpg
115104 2018-02-07 11:48:46 Bunt przeciw temu, co wynieśliśmy z domu, przeciw wartościom i edukacji, które wpajano nam od najmłodszych lat - któż z nas tego nie przechodził? Marcin Masecki, wspaniały polski pianista, robił to w sposób niezwykle kreatywny i nowatorski. Czyżby w jego twórczości przyszedł czas na zatoczenie koła?

]]>
Masecki znany jest z muzycznych przymiarek, z eksploatowania granicy, w której spotyka się jazz, muzyka klasyczna i eksperymentalna. Nie bez powodu uznawany jest za jednego z najbardziej ory-ginalnych muzyków młodego pokolenia. Urodził się w Warszawie, jednak do 7. roku życia mieszkał w Kolumbii. Wspomina, że w tym czasie dużo czasu spędzał przy fortepianie, przy którym zgłębiał muzykę klasyczną (Mozart, Beethoven, Bach i Chopin) oraz jazz. Dwa światy były więc od począt-ku w kręgu jego zainteresowań, także dzięki muzycznej rodzinie - ojcu klarneciście i babce, która była pianistką oraz dyrektorką jednej z warszawskich szkół muzycznych.

Estetyka usterki

Artysta nie wybrał jednak drogi ani muzyka klasycznego, ani jazzowego. Jednoznaczne kategorie nie przystają do jego wrażliwości. Twórczość tego pianisty analizuje się w kontekście estetyki uster-ki. Ten kierunek obecny w muzyce postmodernistycznej polega na włączeniu do wykonawstwa przypadku, niedbałości warsztatowej, trzasków i dźwięków, które nie miały się znaleźć w utworze według oryginalnego zamysłu kompozytora. W ten sposób Masecki wykonywał m.in. utwory Scar-lattiego, Mozarta, czy Bacha.

Muzyczny święty Graal

W końcu przyszedł czas na twórczość Fryderyka Chopina, na której Masecki zjadł zęby jako dziec-ko. Podobnie jak dla wielu polskich adeptów sztuki pianistycznej, muzyka Chopina stanowiła dla niego niezwykle istotną część edukacji artystycznej. Wreszcie mogła stać się materiałem na nowe interpretacje niepokornego muzyka. Jakie będą? W zapowiedzi koncertu czytamy: "Przez cały ten czas Masecki nie zapominał o Chopinie. Często studiował jego muzykę i wracał do pokaźnej biblio-teki odziedziczonej po babci, czekając na moment, kiedy będzie mógł swobodnie i szczerze podjąć się interpretacji jego muzyki. Ten moment właśnie nadszedł."

Aleksandra Bliźniuk

  • Marcin Masecki - Nokturny
  • 10.02, g. 19
  • Sala Wielka, CK Zamek
  • bilety: 30 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2018-02-07 13:25:14 189239 <![CDATA[Marcin Masecki, fot. Kobas Laksa]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,115104,189239,show2.jpg 189240 <![CDATA[Marcin Masecki, fot. Kobas Laksa]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,115104,189240,show2.jpg
115068 2018-02-06 14:52:29 Tworzyła historię muzyki. Współpracowała z Jamesem Brownem i legendarną wytwórnią Motown Records. Marta High pojawi się na scenie Blue Note w najbliższy piątek, 9 lutego.

]]>
Jej notki biograficzne oraz wpisy w encyklopediach i zestawieniach zaczynają się zazwyczaj podobnie - od wspomnienia Jamesa Browna. Marta High towarzyszyła legendarnemu muzykowi na scenie podczas najbardziej intensywnych momentów w jego karierze: razem z nim śpiewała w czasie koncertu w Boston Garden w 1968 (w noc po zabójstwie Martina Luthera Kinga), podczas Rumble In The Jangle w Zairze albo dla amerykańskich żołnierzy w Wietnamie. Spełniony amerykański sen.

Współpraca z Brownem odcisnęła wyraźny ślad na jej karierze solowej - do dziś postrzegana jest przez pryzmat współpracy z tym wokalistą. Sama także nie kryje że Brown, którego nazywała "Mr. Brownem", był jej źródłem inspiracji, także w obszarze pracy na scenie.

W wywiadzie dla portalu Soul and Jazz and Funk wokalistka mówi, że - podobnie jak James Brown - często zmienia coś podczas swoich występów dla podtrzymania uwagi towarzyszącego jej zespołu. "Mr. Brown nigdy nie występował w taki sam sposób" - ujawnia. Niepowtarzalność występów miała przejawiać się nawet w liście piosenek - za każdym razem innej. "Tak samo jest ze mną. Nie wiem, jakie utwory mam zamiar wykonać, mimo że wcześniej zespół otrzymuje ode mnie listę piosenek, którą czasami chcę zmodyfikować i dostosować do emocji publiczności" - mówi wokalistka, podkreślając rolę i wpływ Browna na jej praktykę sceniczną.

Na szczęście nie wszystkie zwyczaje Browna zostały przez nią przejęte - przepełniona poczuciem humoru i spokojem Marta High zdaje się nie podzielać wybuchowego usposobienia Mr Dynamite. Spokojowi i optymizmowi towarzyszy również odwaga. To ona pozwoliła Marcie podjąć decyzję o rozpoczęciu kariery solowej. W 2000 roku odłączyła się więc od świty Browna i odniosła sukces. Świadczyć może o tym między innymi nagranie się albumów "It's High Time" z 2009 roku, "Soul Overdue" z 2012 oraz najświeższej płyty "Singing For The Good Times", nagranej przed dwoma laty w Rzymie z udziałem producenta i kompozytora Luci Sapio. Spod pióra Włocha wyszedł także utwór "I'm a Woman", z którym najbliżej związana jest wokalistka. "Kobiety świata powinny chodzić z wysoko uniesioną głową i pokazywać, że możemy być równie silnie jak mężczyźni. [Ta piosenka] jest napisana dla kobiet" - deklaruje artystka.

Aleksandra Skowrońska

  • Martha High & The Soul Cookers
  • 9.02, g. 20
  • Blue Note
  • bilety: 60 i 80 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2018-02-06 14:52:29 189158 <![CDATA[fot. materiały organizatorów]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,115068,189158,show2.jpg 189159 <![CDATA[fot. materiały organizatorów]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,115068,189159,show2.jpg
115060 2018-02-06 14:00:57 - Bloki robimy dla przyjemności tworzenia tego, co chcemy - mówi Piotr Kowalski, który wraz z Pauliną Ślusarek tworzy duet Bloki*. W styczniu wydali swój drugi album "Bipolar".

]]>
Na swoim fejsbukowym fanpejdżu piszecie: "Polecamy się na śniadanie, obiad i kolację". Do czego służy muzyka Bloków? Jest przeznaczona na sytuacje koncertowe czy nie tylko?

Piotr Kowalski: Do czego? Do słuchania, do tańca...

Paulina Ślusarek: Możesz robić z nią, co zechcesz. Nie zdradzam naszych zamysłów, lubię słuchać opinii innych na temat naszej muzyki. Ludzie powinni mieć wolność interpretacji, a każdy dzięki temu ma trochę inne wrażenie - i mi się to bardzo podoba. Jest na naszej płycie utwór "Push in Pusheen", który trochę odstaje od reszty, jest lekko nerwowy i kwaśny. Słuchacze bardzo różnie go odbierają, dotyka w nich innych emocji.

Czemu zdecydowaliście się na akcję crowdfundingową na portalu Wspieram.to?

PK: Nie było nas stać na wydanie tej płyty. Chcieliśmy też lepiej ją przygotować, zapłacić za mastering i zrobić teledysk. "Bipolar" mogłoby być przeze mnie, chałupniczo zmasterowane i wrzucone tylko na Bandcamp, czegoś by jednak brakowało. Teraz mamy fizyczny nośnik i możemy dalej puszczać go w świat. Poprzedni album "Dance that!" wydaliśmy na CD i winylu, przeznaczyliśmy je na nagrody na Wspieram.to.

PŚ: Nie zakładaliśmy dużego nakładu. Ludzie na płyty zbierają po 30 tys. złotych. Naszym celem było raptem 6,5 tys. Wcześniej sporo zrobiliśmy przy tym albumie własnym sumptem.  Muzyka na "Bipolar" wymagała dobrej produkcji - nie wyobrażam sobie, że moglibyśmy kiepsko ją wydać, nie brzmiałaby wtedy wcale. Na to właśnie potrzebne były dodatkowe fundusze.

Ale jest też drugi koniec tego kija. Rozmawiałem z artystami, którzy decydowali się na crowdfunding, a potem denerwowali się, bo nie wiedzieli, czy ich praca spodoba się tym, którzy za nią zapłacili. Nie baliście się tego, nie mieliście tremy?

PK: Trochę tak. Ten album współtworzymy z naszymi fanami więc zależało nam na tym, żeby byli zadowoleni z tego, jak "Bipolar" wyprodukujemy.

PŚ: Dla mnie dalszy ciąg jest jeszcze większą presją - żebyśmy nie spaprali promocji czy koncertów. Ludzie nam zaufali i w nas zainwestowali. "Bipolar" wydaliśmy nakładem własnej wytwórni Wild Yeast Records, która powstała dzięki tej zbiórce, a jej uczestnicy są jej "akcjonariuszami". Musimy pracować, żeby ich nie zawieść. To nasza dodatkowa motywacja.

Czy przez akcję crowdfundingową zmienił się wasz kontakt z fanami? Jej uczestnicy otrzymali "Bipolar" wcześniej, zanim został publicznie udostępniony na Bandcamp i Spotify.

PŚ: Przy okazji promocji "Bipolar" mamy bardzo dobry, personalny kontakt z fanami. Ludzie, gdy już się w coś zaangażują, chcą wiedzieć więcej. Wymieniamy się z nimi informacjami. Gdy przedłużył się czas wydania fizycznego nośnika, Piotr rozesłał do uczestników akcji album w plikach mp3. Chcieliśmy żeby wiedzieli, że o nich pamiętamy. Wczoraj pewna dziewczyna napisała do mnie, że właśnie słucha albumu i ma swoje typy, przy których fajniej jej się dzieje w życiu. Takiego kontaktu nie mieliśmy przy pierwszym albumie.

Przy takiej częstotliwości wydawania albumów i grania koncertów muzyka jest dla was tylko przyjemnością, rozrywką od święta? Bo - tak, jak dla wielu muzyków w Polsce - granie w zespole nie jest dla was stałym źródłem dochodów. To walka.

PK: Bez walki nie byłoby wygranej. Gdyby wszystko przychodziło tak łatwo, to nie byłoby tej przyjemności. A Bloki robimy dla przyjemności tworzenia tego, co chcemy. Nie mamy umowy z wydawnictwem i nikt nam niczego nie narzuca. Odbiór nie jest jednak taki duży, jak byśmy chcieli. A chciałoby się pograć więcej koncertów, przed szerszą publicznością, na większych festiwalach. Chcemy jednak działać, w tym tkwi sens muzykowania.

PŚ: Czasem potrzeba wieloletniej pracy, żeby grać na dużych koncertach, żeby puszczały cię rozgłośnie. To mnóstwo roboty promocyjnej, którą zwykle zajmują się zewnętrzne agencje posiadające kontakty. A jeżeli nie masz tych kontaktów, to robota jest bardzo żmudna. Jeśli z wszystkich rozesłanych mejli i wykonanych telefonów dostajesz 5% odpowiedzi to już jest super. Kolejne wydawnictwa sprawiają jednak, że więcej się uczymy. Po promocji "Bipolar" mamy już nauczkę i wiemy co poprawić następnym razem.

Rozmawiałem z muzykami, którzy mieszkają w Poznaniu i nie kojarzą waszego duetu. Czy jest trochę tak, że w Poznaniu "scena muzyczna" jest rozkawałkowana i ludzie się wzajemnie nie znają? W Warszawie jest przecież odwrotnie - tam między muzykami panuje czasem wręcz toksyczna nienawiść, zazdrość... Scena poznańska w ogóle istnieje?

PK: Według mnie nie ma sceny poznańskiej. Każdy robi swoje, czasami ludzie widzą się ze sobą przy różnych okazjach. Większość wyjeżdża dalej, do Warszawy - i później się słyszy, że w tej Warszawie jest z kim grać. Jest tam na pewno tylu muzyków, że zawsze znajdzie się ktoś chętny na granie, ale z drugiej strony jest też bardzo duża konkurencja. 

A co z tymi, którzy zostają?

PK: Nie mamy festiwalu poznańskiego, który jednoczyłby scenę i sprawiał, że ludzie poznawaliby się lepiej i grali ze sobą, łącząc różne gatunki i style. Przydałby się showcase poznański, na którym przez dwa dni występowałyby tylko i wyłącznie lokalne kapele. Poznań jest mały i niby wszyscy się trochę znają, ale nie ma poczucia wspólnoty. Tylko w środowisku DJ-ów jest większa integracja. Przydałoby się miejsce, gdzie byłyby sale prób, w których ludzie mogliby się spotykać. Gazownia cały czas stoi pusta - może władze miasta w końcu się nią zajmą i udostępnią artystom?

Gdzie i kiedy będzie można będzie was posłuchać na żywo z materiałem z nowego albumu?

PK: Przez "weekendowy" marzec wystąpimy w Szczecinie, Gorzowie, Poznaniu, Wrocławiu i Lesznie.

rozmawiał Marek Bochniarz

*Bloki - duet poznańskich muzyków: producenta i perkusisty Piotra Kowalskiego oraz wokalistki Pauliny Ślusarek. Ich muzykę krytycy sytuują w szerokiej przestrzeni stylistycznej między tripem, soulem i breakiem. W 2015 roku duet wydał EP-kę "Dance that!", która spotkała się z bardzo przychylnym odbiorem. Projekt okładki płyty autorstwa Tomasza Piróga znalazł się wśród 6 najlepszych polskich okładek 2015 r. w konkursie organizowanym przez Galerię Miejską Arsenał w Poznaniu.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2018-02-06 14:00:57 189152 <![CDATA[fot. M. Klapiszewska]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,115060,189152,show2.jpg
115001 2018-02-04 12:26:44 Co ma wspólnego jazz z tradycyjnym muzykowaniem wiejskich muzykantów? Zarówno jazzman, jak i wiejski muzykant na ogół prosty i krótki temat muzyczny zmieniają w otwartą kompozycję. Ta bezkresna opowieść już 7 lutego zamieni się w wielkopolską potańcówkę. Na przeżycie ostatków karnawału w duchu tradycyjnego muzykowania, tańców, zaśpiewów i przytupów, zaprasza CK Zamek. 

]]>
Tym razem to wieś zawita do miasta. Zalążka tej tradycji należy szukać już w latach 60. i 70. ubiegłego wieku. Wtedy potańcówki stały się odpowiedzią dla kultury państwa komunistycznego, a dzisiaj stanowią alternatywę dla konsumenckiej i zpPOPularyzowanej rzeczywistości. To afirmacja XVIII wiecznego świata, w którym wystarczył kawałek podłogi, muzyka oraz taniec, wyzwalający niezrównane pokłady energii, a przede wszystkim radość.

Na  to muzyczne wydarzenie zaprasza z przytupem kapela dudziarska CK Zamek oraz poznański Dom Tańca. Do tańca zagrają nie tylko kapele poznańskie, ale także kaliskie, sieradzkie oraz łowickie, a będą to: Romuald Jędraszak i Kapela Spod Poznania, Przodki, kapela koźlarska Adama Knobla, Kapela Dudziarska Manugi, kapela Kuś/Chatłas/Wnukiewicz. Oprócz wielkopolskiego wiwata, przodków i chodzonego, spódnice będą wirować w transowym rytmie mazurków i oberków oraz nostalgicznych spojrzeń w kujawiaku. I nie potrzeba tu wielkich umiejętności, wystarczy radość, uśmiech i oddanie się muzycznej tradycji przeszłości, ponieważ tancerzy poprowadzi Witold Roy Zalewski.

Można tańcować samemu, w parach, z rodzinami, z kochankami, po kole, w korowodzie  czy też po prostu posłuchać surowej, bezpośredniej, nieoswojonej i wyrwanej z naturalnego rytmu życia muzyki tradycyjnej. A słuchać będzie czego, bo tego wieczoru dumnie zabrzmią wielkopolskie dudy i kozły, a także już może bardziej ogólnopolskie skrzypce, klarnety i akordeony.

Będzie okazja poczuć się jak w starej chałupie, gdzie nogi do tańca gnały, a stoły od wódki się uginały. Jak na wiejskiej potańcówce, tam gdzie dziury w parkiecie były, a pary do rana tańczyły. Tam, gdzie wreszcie wspólnoty się tworzyły, a miłości w wirze tańca rodziły. Gdzie wiejskie życia wraz z przyrodą się rozwijały, a muzykanty swe improwizowane melodie wygrywały.

Katarzyna Nowicka

  • Potańcówka wielkopolska
  • Sala Wielka CK Zamek
  • 7.02, g. 19
  • bilety: 15 zł (dzieci do lat 10 wstęp wolny)

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2018-02-05 21:25:26 188975 <![CDATA[fot. Marianna Łakomy/materiały CK Zamek]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,115001,188975,show2.jpg
114806 2018-01-30 12:22:31 "Pomyłki być nie może: Orkiestra Kameralna Polskiego Radia jest jednym z najwspanialszych zespołów naszych czasów" - napisał dziennikarz "Gazette Montreal". Chociaż kojarzymy Amadeusa głównie z muzyką klasyczną , orkiestra lubi zaskakiwać. 7 lutego zagra w rytmie jazzu! I to nie sama, bo do kameralistów dołączy Jazz at Lincoln Center Orchestra oraz Wynton Marsalis!

]]>
Światowej sławy big-band powstał w 1988 roku jako projekt organizacji Jazz at Lincoln Center, której celem jest dostarczanie wysokiej klasy rozrywki, a także edukacja, promocja jazzu i społeczności jazzowej. Stowarzyszenie wraz z orkiestrą i innymi wybitnymi artystami co roku organizuje wiele koncertów, transmisji, a także wydarzeń i paneli edukacyjnych, które szerzą rzetelną wiedzę na temat jazzu. Ze swoim programem docierają do ludzi w każdym wieku - głównie mieszkańców Nowego Jorku, lecz także innych miast na całym świecie.

Big-band tworzy piętnastu znakomitych muzyków jazzowych, wśród nich m.in. Walter Blanding, Chris Crenshaw, Vincent Gardner, Ted Nash czy Marcus Printup. Na czele zespołu stoi Wynton Marsalis, jeden z najpopularniejszych współczesnych trębaczy i kompozytorów jazzowych. Mówi się o nim, że jest pierwszym jazzmanem, który opanował wszystkie odmiany gatunku - od nowoorleańskich korzeni, przez bebop, aż do wszystkich nurtów jazzu nowoczesnego.

Marsalis pochodzi ze znakomitej rodziny muzyków. Jako syn słynnego pianisty Ellisa Marsalisa już od dziecka przebywał w kręgu społeczności jazzowej (swoją pierwszą trąbkę dostał od Ala Hirta!). Właściwie od początku kariery łączy klasykę i jazz. W 1983 roku jako jedyny artysta na świecie zdobył Grammy w kategorii jazzowej i klasycznej. To niezwykłe osiągnięcie powtórzył rok później.

Jazz at Lincoln Center Orchestra koncertuje na całym świecie. Jest obecna na światowych festiwalach, w salach tanecznych, klubach i parkach. Chociaż w głównym repertuarze orkiestry znajduje się jazz, w tym utwory Duke'a Ellingtona, Counta Basiego, Theleniousa Monka, Dizzy Gillespiego, czy Benny'ego Goodmana, chętnie współpracuje z orkiestrami symfonicznymi, zespołami baletowymi oraz artystami, którzy zajmują się różnymi rodzajami muzyki. Jazzmani tylko w ostatnich latach wystąpili z Berliner Philharmoniker, New York Philharmonic czy Russian National Orchestra.

Chociaż program wspólnego koncertu Orkiestry Kameralnej Polskiego Radia oraz Jazz at Lincoln Center Orchestra nie jest jeszcze dokładnie znany, wiemy na pewno, że tego dnia zabrzmią utwory jazzowe - aranżacje utworów Duke'a Ellingtona, a także klasyczne - najprawdopodobniej cykl miniatur Obrazki z wystawy Modesta Musorgskiego). Tego koncertu nie można przeoczyć!

Aleksandra Bliźniuk

  • Orkiestra Kameralna Polskiego Radia Amadeus i Jazz at Lincoln Center Orchestra, Wynton Marsalis - trąbka, Anna Duczmal Mróz - dyrygent
  • Aula UAM
  • 7.02, g. 19
  • bilety: 90-150 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2018-02-02 09:13:46 188577 <![CDATA[Wynton Marsalis (fot. J. Martinez)]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,114806,188577,show2.jpg 188579 <![CDATA[Jazz at Lincoln Center Orchestra (fot. J. Martinez)]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,114806,188579,show2.jpg 188580 <![CDATA[Orkiestra Kameralna Polskiego Radia Amadeus (fot. J. Mójta)]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,114806,188580,show2.jpg
114897 2018-02-01 09:43:18 Od ich spektakularnego debiutu minęło już sześć lat. Od tego czasu utracili - na szczęście - status "nowej nadziei" polskiej sceny muzycznej. Rebeka po prostu działa w wyznaczonym przez siebie rytmie, pracując nad najnowszym wydawnictwem. W najbliższą niedzielę duet zagra w klubokawiarni Meskalina.

]]>
Założony w Poznaniu przez Iwonę Skwarek zespół w tym roku będzie obchodził 10. rocznicę działalności, chociaż w ostatecznym kształcie - to znaczy z Bartoszem Szczęsnym na pokładzie - uformowała się w 2010 roku. Wtedy "wdarł się" na scenę muzyki elektronicznej i... elektryzował: melancholijnym, ale chłodnym i energetycznym brzmieniem. Taka była debiutancka epka "Stars" i następująca po niej płyta "Hellada" z charakterystycznym brzmieniem midi, które pojawia się także w późniejszych wydawnictwach duetu. Keyboard Casio, któremu zawdzięczamy ciepłe, chociaż syntetyczne brzmienie, stanowił ważny muzyczny artefakt w historii Iwony Skwarek. W jednych z wywiadów artystka mówiła: - Dostałam go na komunię. Po latach wyjęłam go z kartonu i zabrałam do Poznania. Pewnego dnia usiadłam na podłodze z organkami i dyktafonem, mając zamiar improwizować. Byłam wtedy zafascynowana piosenką z filmu "Mulholland Drive'". Melodia "Stars'' powstała właśnie wtedy na dywanie. A Casio zostało już ze mną, posiada 99 brzmień i 99 różnych bitów - opowiadała.

W 2016 roku duet powrócił z albumem "Davos", inspirowanym "Czarodziejską górą" Tomasza Manna. Płytę określaną przez Bartka Chacińskiego - krytyka "Polityki" - jako "chłodna perfekcja", promował utwór "Falling", perfekcyjnie wpisujący się w to określenie. Na płycie zdecydowanie wyróżnia się "Perfect Man" (także pod względem skojarzeń i inspiracji - niektórzy słyszą w nim bezpośrednie nawiązanie do "Who made who" zespołu AC/DC) z hipnotycznym, przejmującym wokalem i industrialnym brzmieniem, które sprawia wrażenie, jakby mogło powstać zarówno w Berlinie, jak i w ojczyźnie techno - Detroit. Podobnego zdania zdaje się być Kaśka Paluch, która w recenzji albumu stwierdza, że Rebeka "to najlepiej brzmiący duet w Polsce z brzmieniem tak gęstym i soczystym, że chciałoby się je jeść łyżeczką".

Istnieje duża szansa, że najbliższy koncert Rebeki w klubokawiarni Meskalina nie będzie jedynie eksploracją możliwości koncertowych zespołu i prezentacją znanych już publiczności kompozycji. W mediach społecznościowych grupy pojawiło się nagranie z prób z kwartetem smyczkowym do najnowszej kompozycji "We Will Love You". Nowa jakość? Najpewniej - Rebeka nie przestaje eksperymentować, rzucając się w nowe rejony eksploracji brzmienia.

Aleksandra Skowrońska

  • Koncert duetu Rebeka
  • klubokawiarnia Meskalina
  • 4.02, g. 19
  • bilety wyprzedane

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2018-02-02 09:13:24 188756 <![CDATA[fot. Marek Kowalski]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,114897,188756,show2.jpg
114764 2018-01-29 13:45:45 Żeby śpiewać, muszą słuchać się nawzajem w największą uwagą. Kagyuma - kwartet wokalny pochodzący z Wrocławia - w najbliższy czwartek wystąpi w klubokawiarni Meskalina.

]]>
Wokalistki, a zarazem twórczynie zespołu Kagyuma spotkały się na uczelni i postanowiły razem śpiewać. Kolektyw powstał jako eksperyment i próba połączenia czterech wrażliwości, barw, inspiracji i osobowości. Eksperyment się powiódł i Kama Salach (wokal, instrumenty klawiszowe i perkusyjne), Agata Majewska (wokal, instrumenty perkusyjne, dzwonki, ukulele), Julka Kulpa (wokal, tank drum, kalimba, przeszkadzajki) i Marta Mackiewicz (instrumenty klawiszowe, dzwonki) od trzech lat grają razem w zespole Kagyuma. Powodzenie "eksperymentu" zostało dostrzeżone także przez jury konkursów i rady programowe festiwali: zespół może pochwalić się statusem finalisty 37. Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, uczestnictwem w programie Must Be The Music oraz nagrodą "Tryton" dla największej osobowości artystycznej 46. Festiwalu Fama. W Poznaniu wystąpił w ubiegłym roku, w ramach Malta Festival Poznań.

Nazwa zespołu pochodzi z połączenia pierwszych sylab imion założycielek grupy. Co gra w duszy Kagyumy? Źródłem inspiracji dla twórczyń jest połączenie kilku gatunków i wrażliwości muzycznych: minimalizm, muzyka etniczna i ludowa oraz jazz. Wielogłosowi towarzyszy brzmienie instrumentów: między innymi kalimby, dzwonków, tank druma i innych perkusonaliów oraz instrumentów klawiszowych. Efekt? Ciepłe, baśniowe i kojące brzmienia, które słuchaczom kojarzyć się mogą z twórczością Bjork czy duetu CocoRosie.

Pierwsze wydawnictwo Kagyumy jest już dostępne - debiutancka EP-ka zespołu zatytułowana po prostu "Kagyuma" ukazała się w grudniu ubiegłego roku. Dla szerokiej publiczności zespół udostępnił utwór "Garden" - singiel promujący minipłytę. Utwór to muzyczna wyprawa na pogranicze światów: osadzonego w baśni i tego, który reprezentuje surową współczesność. Na pierwszym planie ujawniają się pierwotnie, ale wyrafinowanie brzmiące harmonie, które stały się już znakiem rozpoznawczym grupy.

Aleksandra Skowrońska

  • Kagyuma
  • klubokawiarnia Meskalina
  • 1.02, g. 19
  • bilety: 16/20 zł
]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2018-01-29 13:52:06 188485 <![CDATA[fot. materiały prasowe]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,114764,188485,show2.jpg
114587 2018-01-24 10:34:50 - Doświadczenie pokazuje, że od początku muszę wiedzieć, czego od dzieła i orkiestry oczekuję. Podczas nagrań nie ma już czasu na eksperymenty - mówi dyrygent Łukasz Borowicz.*

]]>
Współpracuje Pan z Filharmonią Poznańską już 12 lat. Nigdy nie żałował Pan, że związał się na tak długo z naszym miastem?

Mam nadzieję, że będzie mi dane jeszcze długo współpracować  z Orkiestrą Filharmonii Poznańskiej.

W Teatrze Wielkim - Operze Narodowej dyrygował Pan dotychczas ponad setką spektakli operowych i baletowych. Odczuwa Pan różnicę między dyrygenturą symfoniczną a operową?

Jestem niezmiernie szczęśliwy, że moje dwie asystentury, które odbyłem po ukończeniu studiów - w Filharmonii Narodowej u boku Antoniego Wita oraz w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej u boku Kazimierza Korda - pozwoliły mi poznać zarówno specyfikę pracy w orkiestrze filharmonicznej, jak i w teatrze operowym. Współczesny podział na specjalizacje dyrygentury operowej i symfonicznej nie wnosi niczego dobrego w edukację dyrygentów, jest sztuczny. Dyrygenci, którzy nie mieli do czynienia z muzyką operową, dużo tracą. Praktyka operowa uczy znacznie lepszego współpracowania z solistą, oddychania z frazą i kształtowania muzyki.

Pana najnowsze nagrania to utwory Feliksa Nowowiejskiego - Quo vadis oraz II i III Symfonia. Drugi album powstał z udziałem poznańskich filharmoników, w nagraniu pierwszego Orkiestrze Filharmonii Poznańskiej towarzyszyły Chór Opery i Filharmonii Podlaskiej oraz soliści. Jak pracowało się nad tymi zapomnianymi dziełami?

Praca wyglądała podobnie jak przy nagrywaniu innych utworów. Doświadczenie, które już wcześniej zdobyłem, pokazuje, że dyrygent od początku musi wiedzieć, czego od dzieła i orkiestry oczekuje. Podczas nagrań nie ma już czasu na eksperymenty, powtórki i sprawdzanie najlepszych wersji. To o tyle trudniejsze w porównaniu z nagraniami "na żywo", że praca w studiu trwa często kilka dni, utwór nagrywa się we fragmentach. Dlatego trzeba przede wszystkim wypracować poczucie temp, które chce się osiągnąć. Tak żeby cała konstrukcja utworu miała wewnętrzną, spójną logikę.

Czy przygotowując się do pracy nad utworem, słucha Pan nagrań danego dzieła?

Jeżeli jest taka możliwość, to zazwyczaj słucham. Oczywiście są dyrygenci, którzy nie robią tego, bo uważają, że pod wpływem innych nagrań nie wypracują swojego indywidualnego języka. Nie zgadzam się z tym. Aby napisać dobrą powieść, trzeba mieć swój indywidualny język i dobry pomysł, ale przeczytanie klasyki literatury chyba nikomu do tej pory nie zaszkodziło. Z muzyką jest podobnie. Nagrania są dobrodziejstwem naszych czasów.

Pana nagrania wypełniły luki w polskiej fonografii. Czuje Pan misję przywracania światu dzieł zapomnianych polskich kompozytorów?

Rzeczywiście, większość moich nagrań to dzieła muzyki polskiej. Staram się rejestrować te, których jeszcze nie ma w fonografii. Doskonałych nagrań z utworami kompozytorów innych narodowości jest niezwykle dużo. W polskim repertuarze było wiele luk, które postanowiłem poprzez swoją działalność nieco wypełnić. Wspomnieć należy na pewno o komplecie koncertów skrzypcowych Grażyny Bacewicz z solistką Joanną Kurkowicz, o serii polskich koncertów fortepianowych okresu romantyzmu z Jonathanem Plowrightem, o wszystkich dziełach symfonicznych Andrzeja Panufnika, a także o niedawnym Quo vadis Feliksa Nowowiejskiego. 

Ma Pan swój własny sposób na pracę nad partyturą?

Nigdy nie pokazuję przez nią własnej osoby. Wiem, że istnieją dyrygenci, którzy twierdzą, że to oni kreują dzieło. Ja staram się czytać partytury tak, jak słowo. Niektórzy dyrygenci bezkarnie zmieniają dynamikę, tempa i zamysły kompozytorów - takie bagatelizowanie idei autorów jest dla mnie trudne do zrozumienia. Największe dzieła w historii muzyki są bardzo uszczegółowione, ich wykonywanie zgodnie z zamysłem ich twórców jest - według mnie - pełnym zrealizowaniem zapisu nutowego. Nawet słuchając z pozoru znanych dzieł, np. symfonii Beethovena, dostrzegam, że mało jest wykonań, w których realizowana byłaby większość wskazówek kompozytora. Bliskie są mi słowa Igora Strawińskiego, który w swoich pismach zwraca uwagę na to, żeby nie interpretować jego muzyki, tylko ją wykonywać. Zauważyłem, że precyzyjne wykonania będące realizacją partytury, a nie własnych pomysłów, to droga, która mi najbardziej odpowiada.

Jakie ma Pan plany koncertowe na ten rok?

To będzie bardzo intensywny czas. Będę dyrygował zespołami polskimi i zagranicznymi, także operowymi. Z Orkiestrą Filharmonii Poznańskiej pojedziemy na Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena do Warszawy, gdzie zaprezentujemy operę Nikołaja Rimskiego-Korsakowa Kościej Nieśmiertelny. Ten kolejny już festiwalowy projekt operowy z Orkiestrą Filharmonii Poznańskiej zostanie zarejestrowany na płycie. Ponadto z Filharmonią Poznańską planujemy liczne koncerty - nie tylko w Poznaniu - oraz nagranie kolejnej płyty.

W planach mam także dużo koncertów zagranicznych, w tym z London Philharmonic Orchestra, podczas którego wykonamy II Koncert na skrzypce i orkiestrę Metamorfozy Krzysztofa Pendereckiego. Solistką będzie Anne-Sophie Mutter. W tym roku czeka mnie również debiut w Operze Paryskiej, gdzie zadyryguję Hugenotami Giacomo Meyerbeera. Zdradzę także, że przygotowuję się do kontynuacji nagrań symfoniki Hugo Alfvéna wraz z Deutsches Symphonie-Orchester Berlin. Ponadto z Bamberger Symphoniker nagrywamy balet Nikołaja Czeriepnina Narcyz i Echo, a jeżeli chodzi o muzykę dawną, to wraz z RIAS Kammerchor i berlińską Akademie für Alte Musik uczestniczę w projekcie nagrania - po raz pierwszy na instrumentach z epoki - sakralnej muzyki wokalno-instrumentalnej Antona Brucknera.

Czego więc życzyć Panu zawodowo?

Zdrowia. Bez niego nie da się uprawiać żadnego zawodu.

rozmawiała Aleksandra Bliźniuk

* Łukasz Borowicz jeden z najwybitniejszych polskich dyrygentów. Od 2006 r. jest I dyrygentem gościnnym Orkiestry Filharmonii Poznańskiej. Współpracował z najlepszymi orkiestrami z całego świata, m.in. z Royal Philharmonic Orchestra, BBC Scottish Symphony Orchestra, Komische Oper Berlin, NDR Radiophilharmonie Hannover, Orkiestrą Opery w Marsylii, Prague Philharmonia i większością polskich orkiestr symfonicznych. Od lat popularyzuje muzykę polską i na nowo odkrywa zapomniane dzieła. Jego dyskografia liczy ponad 75 albumów.

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2018-01-24 10:34:50 188132 <![CDATA[Łukasz Borowicz, fot. A. Hoffmann]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,114587,188132,show2.jpg 188133 <![CDATA[Łukasz Borowicz, fot. A. Hoffmann]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,114587,188133,show2.jpg
114602 2018-01-24 11:27:11 Bardzo interesująca pozycja repertuarowa ukazała się w wydawnictwie płytowym Dux z inicjatywy Stowarzyszenia im. Ludwiga van Beethovena i z udziałem m.in. Orkiestry Filharmonii Poznańskiej oraz Poznańskiego Chóru Kameralnego.

]]>
Zarejestrowana została wersja koncertowa mało znanego utworu scenicznego Georges'a Bizeta Djamileh (Dżamila), zamówionego przez paryską Opéra Comique i wystawionego w tym teatrze w roku 1872. Dzieło już za życia kompozytora nie znalazło poklasku, chociaż wpisywało się w modny w 2. połowie XIX wieku nurt orientalny, wykorzystany w takich operach, jak np.: Poławiacze pereł (1863) tegoż Bizeta, Paria (1869) Moniuszki czy Lakmé (1881) Delibes'a.

Fabuła Dżamili pióra librecisty Louisa Galleta oparta jest na wątkach poematu Namouna Alfreda de Musseta. Rzecz rozgrywa się na dworze sułtana Harouna w Kairze, a Dżamila to jedna z nałożnic władcy. Zgodnie z obyczajami panującymi w haremie sułtan - mimo rodzącego się uczucia do pięknej hurysy - musi ją oddalić. Dżamila, przy pomocy zakochanego w niej dworskiego sługi Splendiano, w przebraniu udaje nową kochankę i po wielu perypetiach zdobywa miłość swego pana. Sam Bizet o wątłym libretcie wyraził się, że jest "naprawdę antyteatralne". Postaci są mało wiarygodne psychologicznie, a rozwojowi akcji brakuje dramatycznego nerwu.

Współcześni Bizetowi krytycy zarzucali muzyce nawiązania do tradycji wagnerowskiej, pisząc o "bezlitosnym i celowym powstrzymywaniu wszelkich oznak rytmu i tonalności". W istocie w warstwie muzycznej, a szczególnie na płaszczyźnie harmonicznej, można odnaleźć pewne odniesienia do Wagnera. Jednak charakterystyczny język dźwiękowy francuskiego kompozytora wyróżnia w tym utworze przede wszystkim nuta liryczna, niezwykła śpiewność a nawet zwiewność kantyleny oraz oryginalna instrumentacja nadająca brzmieniu orkiestry egzotyczny koloryt i wyrazista, silnie akcentowana rytmika. Niewątpliwe walory Bizetowskiej muzyki - w kontekście ze słabym i w gruncie rzeczy nudnym librettem - nie wykreowały jednakże Dżamili jako opery znanej i grywanej.

Tym cenniejsze jest koncertowe nagranie dzieła, które swoją polską premierę miało podczas 21. Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena Beethoven i sztuki piękne w Warszawie, w kwietniu 2017 roku. Rejestracja płytowa miała miejsce w poznańskiej Auli UAM w dniach 4-6 kwietnia tego samego roku. Partie solistyczne zrealizowali: Jennifer Feinstein - mezzosopran (Dżamila), Eric Barry - tenor (Haroun), George Mosley - baryton (Splendiano) i Piotr Kamiński - rola mówiona (Sprzedawca niewolników). Śpiewaczka, dysponująca dźwięcznym i nośnym głosem, potrafiła nasycić postać uczuciowością, ale też energią i determinacją. Eric Barry, o bardzo jasnym tenorze, mógł swoim tembrem przywoływać skojarzenia z orientalnym zaśpiewem. Z kolei George Mosley bardzo zgrabnie kreował wokalnie swoją komiczną rolę. Pod wrażliwą i czułą batutą Łukasza Borowicza soliści, doskonale brzmiący Poznański Chór Kameralny i świetnie dysponowana Orkiestra Filharmonii Poznańskiej ukazali nieznaną kompozycję Bizeta jako dzieło warte poznania.

Teresa Dorożała-Brodniewicz

]]>
pl
Wydawnictwo Miejskie Posnania - kultura.poznan.pl 2018-01-24 11:38:18 188140 <![CDATA[fot. materiały wydawnictwa płytowego Dux]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,114602,188140,show2.jpg 188142 <![CDATA[fot. materiały wydawnictwa płytowego Dux]]> http://kultura.poznan.pl/mim/kultura/pictures/picture,pic1,1200,114602,188142,show2.jpg