Lata pięćdziesiąte były dla wielu Polaków okresem narastającego rozczarowania. Mimo zakończenia wojny codzienne życie wciąż było trudne. W zakładach pracy podnoszono normy produkcyjne, a wynagrodzenia nie nadążały za kosztami życia. Robotnicy skarżyli się na niesprawiedliwe podatki, braki w zaopatrzeniu oraz lekceważenie ich postulatów przez władze.
Szczególnie napięta sytuacja panowała w Zakładach Przemysłu Metalowego im. Józefa Stalina w Poznaniu, czyli dzisiejszych zakładach H. Cegielskiego. Bezpośrednią przyczyną protestu było fiasko rozmów delegacji robotników z przedstawicielami rządu w Warszawie. Kiedy pracownicy dowiedzieli się, że ich postulaty ponownie zostały zignorowane, rankiem 28 czerwca opuścili hale produkcyjne i ruszyli w stronę centrum miasta. Do pochodu szybko dołączali pracownicy kolejnych poznańskich zakładów pracy. W krótkim czasie liczba demonstrantów wzrosła do około 100 tysięcy osób.
"Nagle ludzie ruszyli do bramy"
Kazimierz Grześkowiak, który w czerwcu 1956 roku pracował w Zakładach im. Józefa Stalina, znalazł się w samym centrum wydarzeń.
- Kiedy przyszedłem do pracy, nikt na początku nie wiedział, co się będzie działo. W pewnym momencie robotnicy ruszyli w stronę bramy wyjściowej z zakładu. Mieli transparenty i wyszli na ulicę. Nie wiadomo kiedy i jak. Po prostu poszli - wspomina.
Początkowo protest miał charakter pokojowego przemarszu. Uczestnicy kierowali się w stronę centrum miasta, chcąc zwrócić uwagę władz i uczestników odbywających się w Poznaniu Międzynarodowych Targów Poznańskich.
Kazimierz Grześkowiak pamięta jednak moment, w którym sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli.
- Kiedy usłyszałem pierwsze strzały, wiedziałem już, że będzie źle. Byłem po wojsku i umiałem rozpoznać rodzaje broni. Wiedziałem, że to nie są ślepe naboje - mówi.
Jednym z pierwszych dramatycznych obrazów, które zapadły mu w pamięć, było pobicie funkcjonariusza Urzędu Bezpieczeństwa, który wysiadał z pociągu.
- Pamiętam, jak ludzie na peronie wyciągnęli wartownika UB i go pobili. To były ogromne emocje i wielka nienawiść do władzy oraz do pogarszających się warunków życia.
Przemieszczając się ulicami miasta, Poznaniak dotarł w okolice ulicy Kochanowskiego, gdzie trwały już regularne walki. Wspomina, że nagle ktoś go szarpnął i krzyknął, że na wieży stoi strzelec, który celuje do ludzi. Pan Kazimierz zdecydował się wtedy wycofać w bezpieczniejsze miejsce.
Wspomina także moment, gdy demonstranci zniszczyli urządzenia zagłuszające Radio Wolna Europa.
- Widziałem, jak robotnicy zrzucili stację zagłuszającą - mówi. - Chcieli, żeby świat dowiedział się o tym, co dzieje się w Poznaniu.
Na barykadzie z tramwaju
Do protestu szybko przyłączali się pracownicy kolejnych zakładów. Wśród nich byli robotnicy Poznańskiej Fabryki Maszyn Żniwnych przy dzisiejszej ulicy Romana Maya. Jednym z robotników był Edmund Olejniczak. Gdy dowiedział się, że pracownicy z Cegielskiego wyszli na ulice, dołączył do demonstracji.
Dotarł w okolice Zamku Cesarskiego, gdzie tłum budował barykady.
Jego żona przez wiele lat nie wiedziała, jak aktywnie uczestniczył w wydarzeniach. Dowiedziała się dopiero po paru latach
- Wnuczki pokazały mi jego zdjęcie, gdzie stoi na tramwaju. Od razu go rozpoznałam. Byłam w szoku, ale też czułam ogromną dumę - wspomina Bożena Olejniczak. - Okazało się, że mój mąż był przy barykadach razem z transparentami i flagami.
Kiedy w mieście rozpoczęła się strzelanina, wielu uczestników protestu próbowało ratować życie. Edmund opowiadał o wydarzeniach swojej żonie, ale oczywiście nie wdając się w szczegóły, które mogłyby przestraszyć kobietę.
- Wiem, że wycofał się do hotelu robotniczego na Starołęce. Razem z kolegami ukrywali się i dzielili jedzeniem, bo sklepy były zamknięte - opowiada. - Większość prawdy ukrywał nawet przed dziećmi. Bał się represji. Nie chciał narażać rodziny - wspomina Poznanianka.
Lęk ten okazał się uzasadniony. W czasie stanu wojennego Edmunda Olejniczaka odwiedzili funkcjonariusze służb bezpieczeństwa. Do jego domu zapukało dwóch mężczyzn w cywilnych ubraniach, którzy powiedzieli, że mają benzynę do sprzedania. Namawiali go, żeby wyszedł z nimi.
- Mąż odmówił. Powiedziałam im wtedy, że nigdzie nie pójdzie, bo jest chory i mamy niepełnosprawnego syna. Wychodząc powiedzieli tylko, że będą czekać przy samochodzie - podsumowuje pani Bożena.
"Postrzelili mnie, ale nie poszedłem do szpitala"
Andrzej Mazurowicz miał zaledwie 20 lat, gdy wybuchł Poznański Czerwiec. Pracował wtedy w Poznańskiej Fabryce Wodomierzy i Gazomieryz, wcześniej był zatrudniony w Zakładach im. Józefa Stalina. Jak sam podkreśla, ciężka praca zaczęła się dla niego bardzo wcześnie.
- W 1951 roku miałem 15 lat i poszedłem do pracy u Cegielskiego. Pracowałem już normalnie z dorosłymi. Ojciec mało zarabiał, bo nie chciał zapisać się do partii, mama chorowała. Właściwie to ja utrzymywałem cały dom - wspomina.
Dwa lata później dostał się do Technikum Morskiego w Gdyni. Nauka nie trwała jednak długo.
- Przyjęli mnie, ale po trzech miesiącach wyrzucili. Powiedzieli, że jeśli nie zapiszę się do organizacji socjalistycznej, to mnie skreślą. Nie zapisałem się, więc wróciłem do Poznania. Najpierw do Cegielskiego, później przeniosłem się do POWOGAZ-u. Tam zastał mnie 28 czerwca 1956 roku.
Tamtego dnia do zakładu przyszli robotnicy i tramwajarze, apelując o przyłączenie się do protestu. Wołali, żeby iść na pod Zamek, gdzie mieściły się Miejska Rada Narodowa i Komitet Wojewódzki PZPR.
Na miejscu sytuacja szybko przestała być spokojną demonstracją.
- Chcieliśmy dostać się do środka. Drzwi były zamknięte. Byłem wysoki, więc podsadziłem jednego z mężczyzn. Wybił szybę, wszedł do środka i otworzył drzwi. Ludzie wtargnęli do budynku. Urzędnicy wcześniej uciekli. Później część z nas weszła na dach i zawiesiliśmy transparenty z hasłami "Chcemy chleba" i innymi - opowiada Andrzej Mazurowicz
Protestujący myśleli, że robotnicy, którzy pojechali wcześniej do Warszawy z postulatami, zostali po powrocie uwięzieni. Dlatego część ludzi poszła też na Młyńską - pod więzienie. Następnym celem stał się gmach Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa przy ulicy Kochanowskiego.
Przed budynkiem UB napięcie rosło z każdą chwilą. W tłumie jakiś wysoki człowiek krzyczał: "Warszawa krwawi, Łódź krwawi, a my tu, Poznaniacy...". To dodatkowo nakręcało ludzi.
Wkrótce na ulicach pojawiły się pierwsze czołgi.
- Przyjechał czołg z poligonu w Biedrusku. Okazało się później, że w środku był mój kolega, Jurek Kosicki. Mówił, że kazali im jechać do Poznania, bo podobno są tu faszyści. Cała załoga wysiadła z czołgu i powiedziała, że nie będzie strzelać do ludzi. Co się później z Jurkiem stało, do dziś nie wiem - wspomina pan Andrzej.
Walki stawały się coraz bardziej zacięte.
- Ktoś podał mi pistolet - opowiada Poznaniak. - Schowałem się za ceglanym filarem i oddałem trzy strzały w stronę UB. Tylko trzy, bo więcej nabojów nie było. Ludzie napierali z tyłu, a z przodu padały strzały. Każdy chciał się wycofać, ale tłum pchał do przodu.
Najbardziej dramatyczne wspomnienie dotyczy momentu, gdy wojsko otworzyło ogień do demonstrantów.
Jak relacjonuje - najpierw poszła salwa nad głowami. Potem druga - już na wysokości nóg. Wtedy kula trafiła pana Andrzeja, przez co do dzisiaj posiada bliznę. Obok niego jeden człowiek został postrzelony w kolano, a drugi zginął na miejscu, bo kula trafiła go w gardło.
Mimo odniesionej rany nie zdecydował się szukać pomocy.
- Nie poszedłem do szpitala. Wiedziałem, że gdybym tam trafił, od razu zostałbym zatrzymany - podkreśla. - Wróciłem do domu i sam opatrzyłem ranę.
Po drodze widział jeszcze skutki pacyfikacji miasta. Koło szpitala rozładowywano wojskowy samochód. Byli tam ludzie z pourywanymi nogami, byli zabici. Tego obrazu nigdy nie zapomniał.
- Mama zobaczyła zakrwawioną nogę i powiedziała tylko: "Nikomu się nie przyznawaj, że tam byłeś". Przez wiele lat jej słuchałem. Dopiero dziś mogę o tym spokojnie opowiedzieć.
Echo Poznania dotarło aż do Lwowa
Poznański Czerwiec odbił się szerokim echem również poza granicami Polski. O wydarzeniach słyszano między innymi we Lwowie, gdzie informacje docierały dzięki zagranicznym rozgłośniom radiowym.
Jednym ze słuchaczy był wówczas nastoletni Stanisław Łukasiewicz, wychowujący się w polskim środowisku we Lwowie.
- W naszym domu słuchało się Radia Wolna Europa i Radia Londyn. Sąsiedzi przychodzili do nas, żeby posłuchać wiadomości - mówi.
Wspomina, że pierwsze informacje o Poznaniu wywołały u niego ogromne emocje. Usłyszał wtedy, że w Poznaniu rozpoczęła się rewolucja. Była nadzieja, że we Lwowie wydarzy się coś podobnego. Dorośli rozmawiali o tym, a on jako dziecko słuchał z zaciekawieniem.
Nastolatek opowiadał zasłyszane wiadomości kolegom i znajomym.
- Rówieśnicy pytali mnie, czy wiem coś nowego. Przekazywałem im to, co usłyszałem w radiu - opowiada. - Dodawałem też informacje, jakimi dzielili się dorośli w naszym domu.
Kilka miesięcy później, na początku kolejnego roku szkolnego został wezwany do dyrektora. Tam czekali na niego m.in. sekretarz partii i przewodnicząca pionierów.
- Usłyszałem, że sieję wrogą propagandę i opowiadam nieprawdziwe rzeczy o Polsce. Dla mnie najważniejsze było to, że w Polsce ludzie odważyli się zaprotestować. Dostałem wilczy bilet i musiałem znaleźć nową szkołę.
Pamięć, która nie może zginąć
Dla wielu uczestników Poznański Czerwiec nie zakończył się 28 czerwca 1956 roku. Przez kolejne dekady żyli z pamięcią o tamtych wydarzeniach, często ukrywając swoją przeszłość przed najbliższymi. Bali się represji, utraty pracy czy zainteresowania służb bezpieczeństwa.
Dziś ich wspomnienia są bezcennym świadectwem pierwszego wielkiego buntu przeciwko komunistycznej władzy w Polsce.
- Nie wiedzieliśmy, co będzie dalej. Ale wiedzieliśmy jedno - tak dalej żyć się nie da - mówią zgodnie świadkowie tamtych wydarzeń.
Po siedemdziesięciu latach ich głosy pozostają przypomnieniem, że Poznański Czerwiec był nie tylko walką o chleb, ale także o godność i wolność.
(Autorką tekstu jest Angelika Sarna, studentka Wydziału Historii UAM, odbywająca straż w Urzędzie Miasta Poznania)