Porno i duszno

Szczerze? Tytuł tej recenzji początkowo był w mojej głowie żartem, który padł w pełnych emocji rozmowach, mających miejsce zaraz po spektaklu. Im dalej w las (albo raczej - gąszcz poznańskich ulic), tym bardziej mnie do siebie przekonywał. A im bardziej przy nim trwałam, tym więcej udawało mi się z niego wyciągnąć na temat obejrzanego przeze mnie Ulissesa w Teatrze Polskim. Spektaklu, który - jak żaden inny do tej pory - tak samo mocno przekroczył wiele moich granic, jak mocno otworzył mnie na nowe spojrzenie.

. - grafika artykułu
fot. materiały prasowe

Pewnego zupełnie zwyczajnego dnia, 16 czerwca 1904 roku, Leopold Bloom wybiera się na wędrówkę po Dublinie. W powieści Jamesa Joyce'a pojawia się żona jego bohatera, Molly - łączona z postacią Penelopy, Stefan Dedalus - Telemach, i naturalnie sam on, Leopold - Odyseusz. Od kontrowersji, oskarżeń o nieprzyzwoitość, przez współtworzenie Działu Ksiąg Zakazanych, aż do zachwytu strumieniem świadomości i zdobyciem lauru arcydzieła modernizmu. Wędrówka wpisana jest w DNA Ulissesa, podobnie jak wynikające z niej zmęczenie, przytłoczenie i pewien rodzaj niepokojącej (i, co ciekawe, odkrytej dopiero po kilku dniach) fascynacji wpisany jest w doświadczanie i doświadczenie tego spektaklu.

Maja Kleczewska po raz kolejny całkowicie zburzyła czwartą ścianę, umieszczając akcję pośród publiczności siedzącej przy knajpowych stolikach. Nad przestrzenią sceny, pod napisem TERMINAL A, rozwinięty był ekran przez większość czasu pokazujący morze. Ulokowany po obydwu stronach widowni Pub Syrena nie przestał działać ani na chwilę - piwo z kija (i jego charakterystyczny zapach), wino, kanapki z mozzarellą, wątróbka - wszystko to było w zasięgu ręki, zarówno widzów, jak i aktorów, i zarówno jedni, jak i drudzy, korzystali z tego chętnie. Początkowo pomyślałam, że w obserwowaniu aktorów z tak bliska, w możliwości tak intensywnego wniknięcia w ich historie, jest coś nieprawdopodobnego. I rzeczywiście, przez kilka pierwszych chwil właśnie tak było. Po czasie jednak, fenomenalna (!) trójka - Piotr Jankowski jako Leopold, Alona Szostak jako Molly i Michał Sikorski jako Stefan, pozbawiła mnie na ten wieczór resztek intymności. Grając tak blisko, tak intensywnie i na tak wielkich emocjach sprawili, że poczułam, że we mnie nie ma już nic mojego. Są tylko oni - często zbyt głośni, nieprzewidywalni i niezaproszeni. Wygłaszający stanowczo zbyt długie monologi (choć przekład Macieja Świerkockiego świetny!), będące nie jednym, a kilkoma strumieniami świadomości, skierowanymi we wszystkie najbardziej wrażliwe miejsca w środku człowieka. Bez pytania o zgodę, bez uprzedzenia. Brutalnie. "Boję się wielkich słów, które czynią nas tak nieszczęśliwymi" - mówi Stefan w powieści Joyce'a. Mówi i mimo tego... sam nie przestaje mówić.

Ciekawym zabiegiem było przeniesienie akcji spektaklu w poznańską rzeczywistość, która jeszcze mocniej wciągnęła mnie w środek tej wędrówki. Ulica Ratajczaka, plac Andersa, znajome nazwiska, których spodziewałabym się jeszcze kilka - to był Poznań, po którym wędrował Leopold w roku pańskim 2022. Chodził naszymi ulicami, mijał nasze zakątki. Był... nami? Wędrował chcąc odejść od (lub dojść do?) tęsknoty za zmarłym synem i za żoną, za którą tęsknił. Napotykał po drodze coraz to nowych ludzi, postaci, persony. Choć słowa padały niemalże bezustannie, niewiele z nich splatało się w prawdziwą rozmowę, co również dokładało kolejną warstwę ciężaru w odbiorze całości. Odczytałam to również jako metaforę nieumiejętności i niechęci komunikacji związaną z bezkompromisowym przekładaniem swojej racji nad czyjąś, swojego punktu widzenia nad czyjś, siebie nad kogoś innego. Skoro wszyscy jesteśmy obcy, co to znaczy być u siebie, być sobą?

Duchota i lepkość tego spektaklu nie były spowodowane jedynie panującymi na sali warunkami (choć te również dawały się mocno we znaki), ale i jego specyfiką, mnogością wyrafinowanych narracyjnych strategii i splatających się wątków dotyczących egzystencji, teologii, filozofii i kulturowego dziedzictwa. Są spektakle, po których widz ma realną, fizyczną wręcz potrzebę odetchnięcia świeżym powietrzem (tak było), wzięcia długiego prysznica (tak było) i spędzenia reszty wieczoru w kojącej ciszy (tak, również i tak było). To właśnie ta cisza sprowokowała mnie do postawienia sobie pytań o wartość sztuki tak bardzo stawiającej pod ścianą swojego odbiorcę. Gdzie jest granica między kunsztem spektaklu, objawiającym się między innymi w stanie, w którym zostawia widza, a przygnieceniem go zbyt dużą ilością bodźców i połączeniem trudnej formy z jeszcze trudniejszą treścią? Czy każdy głos przeciwko teatralnej "współczesze" w psychodelicznym wydaniu będzie oznaczał brak jej zrozumienia, a co za tym idzie - obnażał pewnego rodzaju ograniczenia odbiorcy? Kto o nich decyduje i czy w przypadku obcowania ze sztuką, powinny stanowić jakiekolwiek kryterium? Kim jest ten odbiorca i czego potrzebuje od sztuki dziś, teraz? Pytania otwarte. Zapraszam do dyskusji.

Ulisses jest spektaklem trudnym na wielu poziomach. Niemal w każdej scenie zderza nas z czymś, z czym nie chcemy mieć do czynienia. Otacza nas brutalnością, okrucieństwem i wyuzdaniem, miesza tożsamościowe rozmyślania z komicznymi wstawkami, przechodząc od kontekstu moralności do wojny, od wojny do seksu, od seksu do cywilizacji, od cywilizacji do polityki... Niepokojąca muzyka autorstwa Cezarego Duchnowskiego w wykonaniu Orkiestry Antraktowej i Chóru Pogłosy dokłada kolejną warstwę, której chciałoby się przyjrzeć w skupieniu. O skupienie na jednej płaszczyźnie jednak trudno - zbyt wiele mamy ich jednocześnie przez oczami, uszami, duszą i rozumem. Trzeba wrócić. Może nie od razu, może nawet nie na całość, ale warto. I iść także, upewniając się jednak zawczasu, że mamy w sobie na tę historię miejsce. Jest co mieścić.

PS. Na zakończenie, trochę czułego pragmatyzmu - Teatrze Polski, brawo za wprowadzenie zakładki Oswojenie na swojej stronie internetowej. Dla tych, którzy nie wiedzą lub do tej pory nie zauważyli (jak ja, dopóki nie siadłam do pisania tej recenzji, do czego przyznaję się otwarcie) - każdy ze spektakli opatrzony jest symbolami z wytłumaczonymi w legendzie opisami, dzięki którym możemy uniknąć zderzenia się w trakcie spektaklu z tematem będącym dla nas triggerem (a w Ulissesie akurat ich nie brakuje). "Pielęgnuj swoją wrażliwość" to nie tylko piękne hasło, ale realna troska o dobrobyt widzów i aż prosi się, by przypominać o niej częściej! Well done.

Marta Szostak

  • Ulisses
  • reż. Maja Kleczewska
  • Teatr Polski
  • premiera: 16.06

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2022

sieci społecznościowe