Biuletyn Miejski

Biuletyn Miejski

Wędrówka niemal mistyczna

Marta Grywińska i Marek Mikulski przeszli Polskę dookoła wzdłuż granic. Pokonanie mniej więcej 3500 km zajęło im 4 i pół miesiąca. Z nami podzielili się wrażeniami z tej niezwykłej wędrówki.

Fot. Z archiwum Marty Grywińskiej i Marka Mikulskiego
Fot. Z archiwum Marty Grywińskiej i Marka Mikulskiego

Rozmach waszej wyprawy robi wrażenie. Organizowaliście już wcześniej takie przedsięwzięcia?

Marek Mikulski: Jeśli chodzi o dystans, była to pierwsza wielotysięczna wędrówka. Natomiast u nas zaczęło się od tego, że wyruszaliśmy na spacery wokół Poznania liczące po kilkadziesiąt kilometrów. Spacerowaliśmy po najróżniejszych bezdrożach Wielkopolski. W ubiegłym roku zdecydowaliśmy się pójść pieszo na festiwal Woodstock w Kostrzynie nad Odrą. Wyruszyliśmy z Poznania i pokonaliśmy na piechotę 170 km.

Marta Grywińska: Musieliśmy się bardzo streścić, bo Marek miał tylko cztery dni urlopu i w takim czasie trzeba było ten dystans pokonać. Dziennie przemierzaliśmy ponad 40 km.

Kiedy mówiłem o was znajomym, wielu pytało czy idziecie w jakiejś intencji, celu.

Marek: Idąc na Woodstock żartowaliśmy, że warto by było przejść Polskę i z tego żartu zrobiła się wyprawa. Rok 2018 to też 100-lecie odzyskania przez nasz kraj niepodległości i był to nasz sposób na uczczenie tej rocznicy.

Marta: Dzięki temu mogliśmy dokładnie sprawdzić jaka jest współczesna Polska. Jeszcze 30 lat temu taka wyprawa nie byłaby możliwa, bo do granic nie można było się zbliżać. Dla nas wędrówka była też zaskoczeniem jeśli chodzi o ludzi. Często mamy obraz Polaków jako zamkniętych, nieufnych. Okazało się, że w przeciwieństwie do stereotypów ludzie są otwarci. Często nas pytano czy coś złego nam się przydarzyło pod drodze, a tymczasem najgorsza rzecz jaka się trafiała, to że najwyżej ktoś nie odpowiedział nam na "dzień dobry".

Ludzie często przyjmowali was na nocleg w swoich w domach. Spędziliście nawet noc w klasztorze.

Marek: Spadł na nas ogrom dobra, poczynając od drobnych rzeczy jak kawa z rana, po nocleg w mieszkaniu, bacówce, czy nawet w pomieszczeniu gospodarczym u kogoś w pracy. Nocleg w klasztorze z naszym brakiem wiary jest ewenementem, a my nie tylko spędziliśmy tam noc, ale nad ranem ksiądz pobłogosławił nam na dalszą podróż.

Marta: Okazało się, że strasznie dużo ludzi modliło się za nas, abyśmy szczęśliwie dotarli do celu.

Napisałem do Marka w czasie wakacji, że chętnie zrobię z wami rozmowę po waszym powrocie. Odpowiedział, że to będzie możliwe za około dwa miesiące. Byliście w połowie drogi. Chyba dopiero wtedy uświadomiłem sobie jakie to poważne przedsięwzięcie. Ile przeszliście kilometrów? Ile czasu wam to zajęło?

Marta: Pokonaliśmy około 3500 km, musimy to jeszcze doprecyzować. Nasza wędrówka trwała 4 miesiące i 15 dni, czyli dokładnie tak długo jak sobie zaplanowaliśmy. Wyruszyliśmy 20 maja, zakończyliśmy wyprawę 5 października.

Trasę dokładnie zaplanowaliście?

Marek: Trasę mieliśmy zaplanowaną od A do Z, miejsca jakie odwiedzimy i... już pierwszego dnia cały plan się posypał.

Marta: Ale dzięki temu odwiedziliśmy miejsca, których wcześniej nie planowaliśmy, na przykład tatarska wioska Kruszyniany. Mogliśmy obcować ze społecznością muzułmańską, która ma w Polsce 300 lat tradycji. Są Polakami pochodzenia tatarskiego.

Marek: Przeżyliśmy tam mistyczne zdarzenie. Nasz gospodarz zabrał nas do miejsca, w którym kiedyś była wioska. Jedynym znakiem upamiętniającym to jest wysoki kamień z wyrytym krzyżem. Kiedy Marta dotknęła głazu zaczęły wyć wilki. Wycofaliśmy się, a potem spotkaliśmy przyrodników i zapytaliśmy ich czy to, aby na pewno były wilki. Powiedzieli, że tak, ale coś dziwnego się u nich dzieje.

Marta: Jakoś dziwnie ze sobą rozmawiają.

Może wilki były reinkarnacją dawnych mieszkańców wioski?

Marta: Kto wie.

Marek: Dobry motyw na opowiadanie.

A właśnie. Chcecie jakoś spisać wasze przygody?

Marek: Naszym marzeniem jest wydać książkę, w której opiszemy tę niesamowitą podróż i opowiedzieć o polskiej różnorodności. O naszym kraju mówi się, że jest jednolity, a my spotkaliśmy bardzo różne uniwersa, kultury, w tych samych granicach.

Czy dla Polski przygranicznej można znaleźć jakiś wspólny mianownik?

Marek: To co łączy tereny przygraniczne, to mieszkania, domy z flagami biało-czerwonymi. Ludzie starają się podkreślać swoją polskość. Nie ma tego jedynie na Pomorzu, które graniczy z Bałtykiem.

Marta: Ludzi nad granicą, często z małych miejscowości i wsi łączy, pewna ciekawość drugiego człowieka. Poza tym w rejonach gdzie jest najbiedniej ludzie jednocześnie chcą najbardziej pomagać.

Marek: Z perspektywy Wielkopolski można też powiedzieć, że tam, gdzie chodziliśmy wszędzie są niższe ceny.

Planujecie następne tak imponujące wyprawy.

Marta: Jak najbardziej. Naszym kolejnym marzeniem jest Santiago de Compostella. Chcielibyśmy wyruszyć z Polski pieszo szklakiem św. Jakuba.

Marek: Wszystko zależy od tego jak szybko uda nam się zebrać fundusze. Wyprawa dookoła Polski była całkowicie niekomercyjna. Korzystaliśmy z naszych środków, wsparcia rodziców, przyjaciół. Kiedy na przykład dotarliśmy do moich rodzinnych Polic rozpadły nam się buty. Wtedy dzięki szybkiej akcji znajomych, mogliśmy kupić nowy sprzęt do dalszej podróży.

Swoją wędrówkę na bieżąco relacjonowaliście na portalach społecznościowych. Stworzyliście swój fanpage "Piechotą się chodzi". Uzbierała się ogromna dokumentacja fotograficzna.

Marek: Mamy kilka tysięcy zdjęć, starczyło by na nie jeden katalog

Tym bardziej powinniście pomyśleć o wydaniu książki, ale chciałem zapytać o inspiracje fantastyczne. Jesteś Marku autorem opowiadania opublikowanego w antologii "Poznań Fantastyczny. Droga wolna". Czy spacer dookoła Polski podsunął ci pomysły na kolejne niesamowite opowieści?

Marek: Oj tak, na przykład nowoczesna wersja Baby Jagi, czy wspomniane wilki. Mam wiele fantastycznych pomysłów, tylko muszę je spisać.

Rozmawiał Mateusz Malinowski

© Wydawnictwo Miejskie Posnania

Zobacz także: