Komunikaty

pagina

Info

Pominąłeś menu

menu

7xEnter. Rozmowa z Leszkiem Możdżerem

W minionym tygodniu w Poznaniu rozbrzmiewał jazz na najwyższym światowym poziomie. W dniach od 12 do 14 czerwca 2017 nad Jeziorem Strzeszyńskim odbył się Enter Enea Festival. O zakończonej tegorocznej edycji oraz siedmioletniej już współpracy z Miastem Poznań rozmawiamy z Leszkiem Możdżerem, dyrektorem artystycznym festiwalu.

Iiro Rantala, Leszek Możdżer, Michael Wollny podczas koncertu na Enter Enea Festival 2017 - grafika artykułu
Iiro Rantala, Leszek Możdżer, Michael Wollny podczas koncertu na Enter Enea Festival 2017

Enter Enea Festival 2017 już za nami. Wraca Pan do Poznania już od 7 lat. Jak z perspektywy czasu ocenia Pan to przedsięwzięcie?

To są zawsze bardzo miłe powroty. Udało nam się stworzyć w Poznaniu imprezę niezależną - taką, w której mogę realizować swoje muzyczne marzenia. Jestem Miastu Poznań bardzo wdzięczny za to, że mnie zauważyło, że doceniło moje starania i że od tych siedmiu lat nas wspiera. Mam z tym miastem bardzo dobre osobiste wspomnienia, mieszkałem tutaj około dwóch lat. Jest to bez wątpienia bardzo dobre miejsce do realizowania takiego przedsięwzięcia, jest tu wielu świetnych artystów, a środowisko jest bardzo skonsolidowane. Poznań od lat wypuszcza w świat mnóstwo talentów. Wielu bardzo dobrych muzyków stąd pochodzi, m.in. cały String Connection, czy chociażby Komeda, który miał z Poznaniem bardzo silne związki. Poznanianką jest też Basia Drążkowska, o czym wcześniej, prawdę mówiąc, nie wiedziałem. Najważniejsze było dla mnie to, że ona robi świetne rzeczy i prowadzi poszukiwania na terenach, na które nikt nie miał odwagi się zapuścić. I dlatego ją zaprosiłem na tegoroczny Enter. Dopiero tutaj, z programu festiwalowego, dowiedziałem się, że ona jest stąd. Można zatem powiedzieć, że to miasto jest takim źródłem, z którego sporo zasobów polskiego jazzu wyszło. Być może właśnie dlatego jest tutaj taka przyjemna energetyka, która sprawia, że można tu robić takie odważne rzeczy, jak niezależny festiwal Enter Enea. My nie serwujemy przecież muzyki popularnej, mainstreamowej, ale dzięki tym genialnym umysłom, które się tutaj rozwijały, energetyka tego miasta jest na tyle sprzyjająca, że to się łatwo tutaj robi.

Nie bez znaczenia są na pewno okoliczności Jeziora Strzeszyńskiego. Festiwal od początku jest blisko natury, jest od niej też poniekąd zależny, choćby z uwagi na niekiedy kapryśną aurę. Jak to wpływa na całą energię festiwalu?

Trzeba zaakceptować fakt, jesteśmy częścią natury i choćbyśmy nie wiem jak się gimnastykowali, to nie zmienimy faktu, że źródłowo jesteśmy oprogramowani zgodnie z prawami planety Ziemia. Jeśli popatrzeć na ludzkie ciało to jest ono kombinacją minerałów, programów roślinnych i zwierzęcych. Takie same stawy i chrząstki można zobaczyć u kurczaka, a włosy i paznokcie to po prostu rośliny, bo nawet jeżeli ciało umrze to one spokojnie rosną sobie dalej. Ludzkie ciało jest królestwem, w którym te wszystkie programy współistnieją. Dlatego nie da się nas odłączyć od natury, chociaż trwają prace systemowe nad robotyzacją ludzkości. Oprócz technologii robi się to między innymi poprzez przejęcie psychiki i stwarzanie sztucznych potrzeb. Powiedzmy sobie szczerze -  połowa rzeczy, które kupujemy w sklepach jest nam niepotrzebna. Tutaj, nad Jeziorem Strzeszyńskim podejmujemy nieśmiałą próbę powrotu do stanu wzorcowego. Po odbyciu całej drogi w przestrzeń mentalizacji, która doprowadziła do wykształcenia kultury, instrumentów, a także nagłośnienia i całej technologii, do rytualizacji kontaktu z artystami, próbujemy się skontaktować z naturą. By to się udało próbujemy zapomnieć o naszym myśleniu, wyłączyć je na chwilę i dojść do źródłowego stanu, w którym artysta wyrzuca z siebie nuty, dźwięki, słowa, dokładnie tak samo jak jabłoń wyrzuca z siebie jabłka. Chodzi nam dokładnie o ten sam stan. I dzięki temu, że jesteśmy tutaj na łonie przyrody, może do nas ta informacja dotrzeć. Dlatego właśnie zaprosiłem do nas projekt SHMIB, czyli Symultaniczną Hybrydę Muzyki Improwizowanej z Bioartem. Mieliśmy dzięki temu okazję posłuchać świata mrówek, który - mogłoby się wydawać - jest światem niemym, ale gdy się w to mrowisko włoży mikrofon, to się okazuje, że tam się pod względem dźwiękowym bardzo dużo dzieje. Dlatego sprowadziliśmy też specjalnie z Sardynii kamienie, które poprzez pocieranie dłonią wydają z siebie kosmiczne dźwięki. Wydawałoby się, że kamień jest głupi, ale gdy dowiadujemy się, że kamień przyrasta jeden centymetr w ciągu stu lat, to zdajemy sobie wówczas sprawę, jak ogromny komponent cierpliwości jest obecny w tym stworzeniu. Jednak nie każdy potrafi na takim kamieniu zagrać. To wymaga pewnych predyspozycji. Ja nie mam na tyle cierpliwości w sobie, żeby się tego nauczyć. Ludzie, którzy grają na tych kamieniach mówią, że by zagrać, trzeba z nimi nawiązać emocjonalny kontakt. Gloria Campaner zanim na tych kamieniach zagra, modli się i dopiero po osiągnięciu pewnego stanu emocjonalnego jest w stanie wydobyć z nich dźwięk. Jest to więc pewnego rodzaju magia, która jest czymś naturalnym. Bo podejrzewam, że od zawsze ludzie zdawali sobie z tego sprawę, że można się łączyć z naturą na poziomie rezonansu, na poziomie emocji, na poziomie wzajemnej akceptacji. Teraz trwają prace nad wzbudzeniem w nas przekonania, że zarówno samo ciało fizyczne jak i planeta Ziemia jest niebezpiecznym miejscem do przebywania. Poprzez muzykę można w dużym stopniu zneutralizować to przekonanie.

Finałowy koncert dnia drugiego festiwalu, w którym zagrał Pan z Glorią Campaner właśnie, to też był taki powrót do źródeł, muzycznej klasyki i piękna. Publiczność przyjęła to wręcz entuzjastycznie, co rzeczywiście może świadczyć o dużej potrzebie tego typu doświadczeń wobec masy negatywnej energii, jaka obecnie nas otacza. Zgodzi się Pan z tym? 

Taka jest funkcja muzyki, muzyka jest schronieniem, muzyka jest światem wibracji, jest światem poszukiwania piękna, więc w sposób naturalny jest więziotwórcza. Wspólne uprawianie muzyki i obserwowanie radości ludzi, którzy wspólnie uprawiają muzykę, powoduje podniesienie się wibracji, czyli całe jestestwo człowieka zaczyna produkować inną częstotliwość. Ciało ludzkie i wszystkie zasoby duchowe są w stanie wygenerować najróżniejsze rodzaje energii. I tak było zawsze, teraz nie jest gorzej niż kiedyś, tylko zasłona spada i system pokazuje swoją obrzydliwą mordę. Jesteśmy w stanie zajrzeć za kulisy. Trochę poprzez internet, a trochę dlatego, że kłamstwo jest z natury rzeczy kruche i po jakimś czasie zaczyna pękać i rozpadać się. Kłamstwa, które do tej pory były dobrze zakonserwowane - dziś nie wytrzymują próby czasu. Prawda w sposób oczywisty wygrywa, bo jest po prostu prawdą. Zgadzam się, że zło opanowało ogromne przestrzenie, a jego demaskowanie jest fascynujące. Można całe życie strawić na poszukiwaniu i rozwikływaniu zła. Ale dla mnie to jest też swego rodzaju pułapka. Penetrując zło zaczynam nim żyć i mój stan emocjonalny bardzo się pogarsza. Nie jestem w stanie pracować i kreować piękna.

Tegoroczna edycja Enter Enea Festivalu była mocno skoncentrowana na fortepianie. Ten instrument towarzyszy Panu od dzieciństwa. Czym jest fortepian dla Pana po tak wielu latach pracy z nim? 

Przede wszystkim fortepian jest dla mnie narzędziem pracy na bardzo wielu polach. Kiedyś, siadając przy klawiaturze kryłem się przed normami społecznymi i uciążliwą kurtuazją. Nigdy nie czułem się dobrze wśród nieznajomych. Dzisiaj już wiem, że większość ludzi ma po prostu na sobie maskę. Jeżeli znalazłem się wśród nieznajomych, a w pobliżu było pianino, natychmiast do niego siadałem i zamykałem się w swoim świecie. Nie posiadam umiejętności prowadzenia sztucznej rozmowy, nie lubię przywdziewania maski, chociaż doszedłem do sporych umiejętności w tej dziedzinie. Potrafię to zrobić na jakiś czas, ale jest to dla mnie uciążliwe. Natomiast uprawianie muzyki jest dla mnie pewnego rodzaju schronieniem. To, że sprowadziliśmy tutaj na scenę tyle fortepianów sprawia, że ja mogę uprawiać tę muzykę z partnerami, którzy są podobni do mnie. Mamy tu całą scenę swoich ulubionych zabawek.

Widać było, że tutaj w Strzeszynku, na Enter Enea Festivalu, zwłaszcza podczas ostatniego koncertu z Michaelem Wollnym i liro Rantalą, bawiliście się naprawdę świetnie. Często zdarzają się takie okazje?

Pianiści bardzo rzadko ze sobą grywają. Zdarza się nawet, że pianista nigdy nie zagra z drugim pianistą przez całe swoje życie! Zwłaszcza w muzyce jazzowej, improwizowanej, jest to sytuacja rzadko spotykana. Pianiści nawet nie mają do siebie numerów telefonów. Mamy numery telefonów do basistów, perkusistów, do trębaczy, do saksofonistów, bo z nimi pracujemy. Do drugiego pianisty w zasadzie nie ma po co dzwonić. Sprowadzenie dwóch fortepianów to już jest afera, a co dopiero czterech czy siedmiu. Trzeba je przecież przywieźć, wnieść na scenę, nierzadko po schodach, nastroić, nagłośnić, przygotować. Dobry fortepian ma około 3 metrów długości i waży ponad 500 kilogramów, dlatego nie każda scena jest w stanie przyjąć dwa fortepiany. Taka sytuacja jak tutaj, jest bardzo rzadka i cenna. Możemy ze sobą zagrać, możemy skonsolidować swoje środowisko, możemy się bezpośrednio wymienić informacjami. Uspokoić emocje i wygasić ambicje. Pamiętajmy, że jesteśmy nieustannie wmanipulowywani w formułę konkursu. Napuszczają nas na siebie krytycy, którzy porównując nas w recenzjach antagonizują nas między sobą. Młodemu muzykowi trudno się odnaleźć w takim świecie. Siłą rzeczy zaczynamy nasiąkać tym wszystkim, zaczynamy patrzeć na siebie złowrogo. Natomiast to, co dzieje się tutaj, na scenie Enter Enea Festival prowadzi do zakopania tych podziałów i to jest bardzo ważny proces pod względem terapeutycznym - że my, jako pianiści, zaczynamy się konsolidować, zaczynamy patrzeć na siebie z akceptacją i miłością. To jest coś, co jest bardzo rzadkie i bardzo ważne, bo to zmienia świat na lepsze.

Jedyną kwestią sporną pozostaje to, który strój fortepianu jest lepszy?

Rzeczywiście, wprowadzenie normy strojenia instrumentów przez nazistów to sprawa bardzo ciekawa. Jednak obowiązkowy strój 440 Hz nigdy się w Polsce nie przyjął, polscy stroiciele zawsze instynktownie preferowali 442 Hz. Teraz w internecie promowany jest strój 432 Hz jako "naturalny". Nie mam pewności, czy tak rzeczywiście jest, być może jest to wybór typu Coca-Cola/Pepsi, natomiast temat wart jest zbadania. Zważywszy na to, że ciało fizyczne zawiera 90% wody to zjawisko akustycznego rezonansu może mieć kolosalny wpływ na procesy wewnętrzne. Jedynym instrumentem poznania prawdy jest własne ciało, więc testujemy wspólnie z publicznością ten alternatywny strój. Jeżdżę z fortepianem w stroju 432 Hz, żeby wyrobić sobie własne zdanie na ten temat. Zdarza się, że podczas koncertów w stroju 432 Hz ludzie bardzo intensywnie kaszlą, ale nie jest to regułą, więc nie mam pewności czy są to procesy oczyszczania ciała fizycznego związane ze zmianą wibracji. David R. Hawkins stwierdził, że ciało fizyczne reaguje na prawdę wzmożeniem napięcia mięśniowego, a na kłamstwo zwiotczeniem mięśni. Dlatego pewne rzeczy a w zasadzie wszystkie rzeczy, trzeba przepuścić przez własne ciało i po prostu najzwyczajniej w świecie je odczuć, żeby zrozumieć, co jest prawdą, a co nie. Nie wszystko da się zmentalizować. Tym bardziej, że dusza czasem potrzebuje choroby ciała fizycznego, żeby zatrzymać postępującą destrukcję struktur duchowych i móc się odbudować. W zasadzie nic nie jest trucizną - istnieją tylko dawki zbyt duże.

Kiedy zaczyna się myślenie o kolejnej edycji?

Już teraz. Już planujemy kolejną edycję. Będzie ona bardzo rozbudowana, myślimy o wprowadzeniu orkiestry symfonicznej, bądź chóru. Jeszcze nie podjęliśmy decyzji. Na pewno scena będzie większa. To będzie prawdopodobnie festiwal z bardzo rozbudowanym składem wykonawczym.

Czekamy z niecierpliwością. Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Joanna Żabierek

Do góry