JA TU TYLKO CZYTAM. Piękne, że trupem padnę

"Najlepszy kolor na świecie to taki, który dobrze na Tobie wygląda" - mówiła Coco Chanel. Na nieszczęście wielu mieszkańców wiktoriańskiego Londynu, ale też XIX-wiecznej Warszawy czy Krakowa, Zieleń Scheelego stworzona na bazie arszeniku prezentowała się zbyt pięknie na każdej materii, by dało się jej oprzeć.

. - grafika artykułu
rys. Marta Buczkowska

XIX-wieczny Londyn od lat napędza kołowroty wielu wyobraźni - bo wystawne bale i rauty, bo cylindry i szeleszczące krynoliny, bo obyczaje tak różne od naszych. Tymczasem z każdą kolejną lekturą o kulisach życia w jakimkolwiek XIX-wiecznym mieście, Londynie zwłaszcza, człowiek traci jakąkolwiek ochotę na choćby bardzo krótkie wycieczki w czasie. Bo nigdy nie wiadomo, co nawet w ciągu kwadransa zdąży się do niego przyczepić.

Kolor śmierci, odcień grobu to bardzo wnikliwe historyczne śledztwo wokół pigmentu, który od początku istnienia dostarczał swoim użytkownikom nadmiaru emocji. Zaczęło się od tych dobrych - trudno w kilku słowach wyrazić, jak bardzo wyczekiwane w XIX wieku było pojawienie się żywego, zielonego odcienia. Niezmieniającego się pod wpływem światła, wyrazistego i jednocześnie cieszącego zmęczone oko bogatszego londyńczyka. Trzeba nam wiedzieć, że zwłaszcza w wiktoriańskim Londynie potrzeba otoczenia się kolorami natury była dojmująca - miasto ulegało coraz większej industrializacji, a gnijące opary znad Tamizy połączone z legendarną gęstą mgłą dawały w kość nawet najbardziej pogodnym mieszkańcom.

Szmaragdowa, głęboko nasycona zieleń była spełnieniem wielu marzeń - artystów i ich mecenasów, krawców i kapeluszników, cukierników i, nade wszystko, konsumentów. Nagle witryny zaroiły się od soczystych odcieni, domy od relaksujących dla oka tapet, sale balowe od imponujących sukien. A że przy okazji odnotowywano śmierć wszystkich owadów i pluskiew poniewierających się wokół wiader z barwnikami, którymi pokrywano słodycze, tkaniny i zabawki? Jedno utrapienie mniej!

Nie minęło wiele czasu, a gabinety lekarskie zapełniły się chorymi, cierpiącymi na przedziwne objawy - wysypki, kaszle, duszności, a nade wszystko uciążliwe, niemijające migreny. Im więcej suto obchodzonych świąt i wystawnych bali - tym więcej przybywało pracy i dla lekarzy, i, niestety, dla grabarzy. A gdy namierzono przyczynę wszystkich tych tragedii, to problem wcale nie został zażegnany. Angielskie prawodawstwo, w przeciwieństwie chociażby do szwedzkiego, niemieckiego czy francuskiego, nie regulowało sprzedaży zielonego, toksycznego barwnika.

Wiktoria Król w swojej misji badawczej natrafiła na setki wycinków prasowych w różnych językach -można je znaleźć przetłumaczone lub sparafrazowane na łamach Koloru śmierci, odcieniu grobu. Jest tutaj nawet długa, wielomiesięczna polemika toczona na łamach londyńskiej prasy pomiędzy lekarzem Alexandrem Halley'em a producentem tkanin Alfredem Fletcherem. Jeden z nich punktował wszystkie wady posiadania w pokoju szmaragdowo-zielonej tapety, drugi traktował pierwszego z pobłażliwością i zapewniał, że o żadnych wadach barwienia ścian na zielono nie może być mowy. W rozdziale poświęconym szmaragdowemu pigmentowi w kulinariach również obserwujemy nierówną walkę Arthura Hilla Hassala o nagłośnienie sprawy barwienia cukierków i ciastek toksyczną zielenią, co miało powodować wszystkie niezidentyfikowane wcześniej zatrucia u dzieci - nie zawsze kończące się śmiercią, ale często długotrwałym osłabieniem.

Kolor śmierci, odcień grobu postawiłabym raczej na półce publicystycznej niż popularnonaukowej. Ciekawym pomysłem autorki były rozmowy przeprowadzone z konserwatorami, historykami i medykami, którzy w swoich badaniach otarli się o wątek morderczej zieleni. Wiktoria Król wypytuje ich o wystawy, na których nadal można zobaczyć suknie pokryte niesławnym barwnikiem, współczesne zatrucia arszenikiem, a także o obrazy, do namalowania których użyto szmaragdowego barwnika (co ciekawe, są wśród nich prace Jana Matejki). Jednym z rozmówców Wiktorii Król jest dr Eryk Matuszkiewicz z oddziału toksykologii w Poznaniu.

Kolor śmierci, odcień grobu to przykład tytanicznej pracy z porywającymi efektami. Książka, której nie da się czytać bez wypieków na twarzy, która może stanowić świetne kompendium wiedzy dla autorów kryminałów retro i po której już zawsze będziemy patrzeć podejrzliwie na niewiadomego pochodzenia soczyście zielone świece, puzderka, karty czy ubrania. Ba, nawet na książki!  Bo nie wiem czy wiecie, ale Muzeum Winterhur stworzyło próbnik kolorów, dzięki któremu możemy wykryć, czy stara książka z naszej ulubionej biblioteki lub prywatnej kolekcji nie jest przypadkiem... wdzięcznym i dyskretnym podtruwaczem. Wtedy należy m.in. użyć ochronnych rękawiczek i zamknąć książkę w szczelnej, plastikowej torebce. Z pięknymi trucicielami nie ma żartów. 

Izabela Zagdan

  • Wiktoria Król, Kolor śmierci, odcień grobu, czyli 50 odcieni morderczej zieleni
  • Wydawnictwo IX 

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021

sieci społecznościowe