Poznan.pl, oficjalna strona Miasta Poznania

pagina

Wydawnictwo

Pominąłeś menu

menu

MY NAME IS POZNAŃ. Zrób wdech!

- Zaniedbujemy sami siebie i nie dajemy sobie zielonego światła na podróż w głąb. Chyba wielu z nas w ogóle nie wie, co to znaczy - mówi Daniel Moszczyński, lider grupy Bibobit, która niedawno wydała swój najnowszy album "Wdech".

. - grafika artykułu
Bibobit, fot. materiały prasowe

Bierzecie "Wdech" i... - to dla Was gest ulgi, odzyskanie wewnętrznej siły, a może coś zupełnie innego? Czym właściwie jest ten moment?

Myślę, że z jednej strony to moment przed akcją - czyli działaniem. Z drugiej: oddech, czyli chwila, w której chcesz poczekać, aż twoja dusza będzie miała szansę dogonić cię w maratonie życia. To czas, kiedy do twojego umysłu dociera tlen i dzięki temu możesz jaśniej dostrzec... albo: zastanowić się: po co ja tu właściwie jestem? To chwila łapania dystansu do spraw, które nas dopadają i siedzą nam na klacie, dociskając do ziemi.

Mam wrażenie, że "Wdech" to album, którego jedną z największych sił jest równowaga - pomiędzy energią a kontemplacją. Pamiętasz moment, w którym zrozumieliście, że to właśnie spokój stanie się osią tej płyty?

To ciekawe, co mówisz - spotykamy się z tak skrajnymi opiniami na temat tego krążka... A Ty dorzucasz jeszcze temat balansu energii i kontemplacji. Super, że tak to postrzegasz! Osobiście lubię wielowymiarowość, lubię, kiedy żywioły walczą ze sobą o dominację. Ten moment zderzenia bywa przepływem świadomości. Lubię, kiedy liryczność miesza się z pewnego rodzaju wściekłością i buntem. To się nie wyklucza. Wszyscy jesteśmy istotami złożonymi. Może dlatego tak to połączyliśmy - dynamiczne utwory z pokręconymi harmoniami, ale też dążeniem do życiowej harmonii w tekstach. Nie wiem, kiedy to się stało (śmiech), ale spokój to też moje naturalne środowisko, w którym lubię tworzyć. Świat wtedy dla mnie znika, jestem tylko w tym swoim. Więc niewykluczone, że było to działanie podświadome.

Debiutowaliście z energią albumem "Podróżnik", później zmierzyliście się z Osiecką, teraz wracacie do własnego alfabetu emocji. Czy czujesz, że "Wdech" jest taką szczególną płytą, na której mówicie już wyłącznie swoim, w pełni wypracowanym językiem?

Każda płyta to nowy rozdział i z "Wdechem" jest podobnie. Tutaj ogromną rolę odegrał wyjazd na nasz twórczy camp. Sporo materiału powstało w sposób spontaniczny. I to jest też jakiś rodzaj naszego języka. Improwizacja prowadzi nas do nieoczywistych rezultatów. Nigdy nie zapomnę sesji nagraniowej, podczas której nasz klawiszowiec Adam Lemańczyk razem z perkusistą Waldkiem Franczakiem płynęli w nieznane. Efekty tego słychać w utworach: "Mój czas", "Siła słów" czy "Mózg". W tamtych okolicznościach powstały one niemal jako gotowe tematy - ja nieco później dopisałem melodię i słowa. Myślę, że pozwalamy sobie na eksperyment, a w drugim kroku nie boimy się powiedzieć: "tędy droga" - i idziemy w to.

Skoro już o języku mowa - piosenka "Siła słów", nagrana z Kubą Badachem, to kompozycja o odpowiedzialności za język. Co myślisz o kondycji współczesnej komunikacji? Wydaje się, że dziś słowo na wiatr można rzucić szczególnie łatwo, nie mówiąc o tym, że w erze fake newsów kłamstwo przychodzi nam jakoś szybciej.

Żyjemy w czasach, kiedy liczba generowanych treści powoduje, że gubimy się w labiryncie. Trudno weryfikować, co jest kłamstwem, a co prawdą. Co jest prowokacją, a co czyimś prawdziwym poglądem. Poza tym interpretacja - zwłaszcza słów pisanych - może być bardzo różna. Tak samo napisane zdanie można odebrać na mnóstwo sposobów, jeśli nie słyszysz intonacji i nie widzisz emocji. Utwór jest właśnie o tym, że sposób, w jaki zwrócisz się do drugiej osoby, może ustawić nie tylko waszą relację, ale też nastawienie tej osoby do samej siebie. Sam jestem zwolennikiem mówienia wszystkiego szczerze i uważam, że ludzie potrafią to doceniać - tylko, właśnie... ważne jest, jak, po co i w jaki sposób to robimy.

Jednym z tematów "Wdechu" jest też tempo współczesnego życia. Gdybyś miał taką moc i mógł zmienić w nim trzy rzeczy, co poprzekładalibyście, by wszystkim było choć trochę lepiej?

Hmmm... przyjmijmy, że kolejność nie ma tu znaczenia. Po pierwsze: relacje ponad pieniądze - bo brakuje nam często czasu na spotkania i poświęcanie go sobie nawzajem, ponieważ pochłania nas praca. Po drugie: jakość ponad ilość - bo wszyscy chcą mieć dużo i szybko, a to ma swoją cenę. Po trzecie: możliwość bycia samemu ze sobą - bez rozpraszaczy - ponad ocenianie nas przez pryzmat tego, czego zdążyliśmy już dokonać. Bo ocenianie nas po wynikach i tempie, w jakim je osiągnęliśmy, totalnie odbiera nam kontakt z naszym prawdziwym "ja". I dlatego jesteśmy tak skupieni na biegu.

Ten album to dla mnie również dużo czułości wobec codziennych momentów. Dźwięk miasta, krótka rozmowa, samotny wieczór - czy to właśnie z takich kadrów składa się "Wdech"? A może są takie, o których chciałbyś wspomnieć szczególnie?

To chyba właśnie celebracja tych momentów, kiedy możesz spotkać się sam ze sobą. Często zapisujemy nasze kalendarze obowiązkami, spotkaniami, ale tak trudno umówić się nam samym ze sobą - i to w miejscu, gdzie może dokonać się przełom. Gdzie możemy dojrzeć za czym tęsknimy i czego tak naprawdę byśmy chcieli, ale nie mówię tu o rzeczach materialnych. Zaniedbujemy sami siebie i nie dajemy sobie zielonego światła na podróż w głąb. Chyba wielu z nas w ogóle nie wie, co to znaczy.

Funk, jazz, hip-hop - to muzyka, która w dużej mierze polega na improwizacji. Zastanawiam się, jak wygląda ten moment w studiu, kiedy decydujecie, że dany fragment zostaje, bo zawiera jakąś ważną dla Was prawdę chwili?

Jeśli twoja muzyka powstaje z improwizacji - co jest akurat naszą najczęstszą praktyką - to już na poziomie kreacji, a potem pierwszego odsłuchu, wiesz, że masz dreszcze na plecach. A one nie mogą kłamać. Coś się urodziło - i teraz trzeba trochę o to zadbać: uzupełnić odpowiednim brzmieniem, słowem, miksem... Oporządzić, podlać i spokojnie obserwować, jak sobie rośnie.

Bibobit to pięć osobowości, pięć estetyk, pięć temperamentów. Czy przy "Wdechu" pojawił się jakiś twórczy konflikt, który paradoksalnie okazał się bardzo rozwojowy? (śmiech)

Może nie konflikt, ale - przekornie - wiara w niektóre numery. Nawiążę na przykład do tytułowego "Wdechu", bez którego dziś nie wyobrażam sobie albumu i - co ważne - także koncertu. Nasz basista Bartek Pietsch był orędownikiem tego utworu, ale ja jakoś hamowałem proces jego powstawania, nie mogłem znaleźć sposobu na "wklejenie się" w tę przestrzeń. Ale w końcu coś "przeklikało". I dziś to tytułowy utwór z naszej płyty!

Rozmawiał Sebastian Gabryel 

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026

Dowiedz się więcej na temat

Do góry